„Zmęczony burz szaleństwem…” *

Jestem zmęczona. Jestem najzwyczajniej w świecie zmęczona. Psychicznie, bo walczę ciągle o rzeczy, które niby nie są poza moim zasięgiem, ale jednak te moje krótkie łapki muszę wyciągać; bo kłócę się z ludźmi i za często przejmuję się nie swoimi problemami (chociaż na laptopie mam przyklejone od dawna dwie karteczki: „nie wtrącaj się” i „nie twoja sprawa”); bo ciągle mi się zachciewa czegoś więcej, niż mam, a chcenie więcej to planowanie więcej i robienie więcej, chociaż mogłabym po prostu usiąść na dupie, siedzieć i milczeć. Fizycznie, bo robienie więcej męczy tak zwyczajnie. Do tego wyraźnie widać jesień, a tego to już w ogóle nie poważam i jestem zniechęcona, nie przekonują mnie do tej pory roku ani koce, ani świeczki, ani herbata czy ciepłe skarpetki – to tylko środki podtrzymujące, nie żadne lekarstwo. Dlatego marudzę. Weekend spędziłam na przemeblowaniach, robieniu zapasów na najbliższe tygodnie i na obliczaniu, ile jeszcze metrów półek na książki muszę kupić, żeby się ze wszystkim zmieścić (wyszło coś koło połowy długości równika). Na początku ogarniania moich zbiorów zawsze przechodzi mi przez głowę myśl na cholerę mi tyle książek, ale potem zabijam tę myśl śmiechem i idę tulić moich papierowych przyjaciół.

Mam jednak nadzieję, że w najbliższych dniach ogarnę przynajmniej swoje sięganie po więcej i wtedy na chwilę usiądę. W spokoju, w ciszy. Co prawda zdarza mi się czasem siadać w spokoju, gdy pijemy kawę z koleżanką O., ale następnego dnia już znowu odpierdzielam jakiś szajs. Na jesień biorę mnóstwo witaminy D, na niepokój biorę mnóstwo melisy, powinnam jeszcze brać mnóstwo orzechów na wyraźne niedobory magnezu, ale nienawidzę orzechów, więc zostaje mi czekolada :p wymyśliłam też już epicki prezent rocznicowy dla moich rodziców, więc przynajmniej jedna rzecz będzie załatwiona prosto i bez komplikacji. Podzielę się tym pomysłem po rocznicy, żeby nie siać fermentu i zgorszenia :D

W tak zwanym międzyczasie udało mi się za oknem w pracy zaobserwować dzięcioła zielonego. Ponieważ mamy całkiem niezły służbowy aparat fotograficzny i nie musiałam się do mojego gościa wcale zbliżać, by dokładnie go obejrzeć, to zrobiłam mu parę zdjęć. Dzięcioł przychodził do nas przez ostatnich kilka dni, a efektami naszej „współpracy” poniżej się podzielę:

Wdzięczny z niego model, chociaż bardzo płochliwy i ostrożny. Może to i dobrze – nasz zakładowy kot jest wprawnym łowcą i lepiej dla ptactwa, żeby się rozglądało :p

Jedziemy dalej. Wpis rozpoczęłam w niedzielę, dziś jest wtorek i wiem już, że moje „sięganie po więcej” zakończyło się sukcesem, teraz mogę w spokoju leżeć i napawać się dobrze zrobioną robotą. Oczywiście leżąc, planuję już kolejne wiekopomne akcje, ale na razie to wszystko takie raczej na przyszłość, jesienią nie ma co krucjat przeprowadzać, bo pogoda nie zachęca nawet do wstania z łóżka. Dzisiaj na przykład jest wyjątkowo paskudnie. Wstałam rano (udało się) i zawiozłam D. do pracy. Padał lekki deszcz, było 13 stopni, wszędzie słuchać było ten mlaszczący dźwięk mokrych ulic i chodników. Pierwsze skojarzenie – grudzień. Coś się mocno spieprzyło na świecie, że moim skojarzeniem grudniowym nie jest mróz i śniegowa pierzynka na chodniku, tylko chlapa, całkiem wysokie temperatury, wszechobecna wilgoć i woda padająca na głowę.

Może to dlatego, że już kilka lat temu na Wigilię jedliśmy świeżą sałatę, bo było tak ciepło, że jakieś zagubione nasionko wykiełkowało z przestrzeni między domem a chodniczkiem i do Wigilii wyrósł z niego piękny krzaczek zielonej sałaty. Na ten rok nie przewiduję jakichś bardziej zimowych widoków.

W tak zwanym międzyczasie, skoro jesteśmy już przy tematach roślinnych, do naszej wesołej gromadki dołączyły dwie sztuki sansewierii gwinejskiej. Ponieważ to roślina z gatunku „trudne do zaje*ania”, postanowiliśmy nazwać je jakoś wojowniczo. I, oczywiście, na H. Teraz mamy więc zestaw 3 roślin, które są odporne na wszystko i noszą imiona królów lub wspaniałych wojowników: Harold, zamiokulkas, który jest z nami od wiosny, i dwóch nowych lokatorów: Hrodgar i Halfdan.

Panowie mają już teraz inne tabliczki z imionami, wyglądają trochę bardziej godnie niż z tym oczojebnym kawałkiem kartki :p jeśli chodzi o inne istoty żyjące w naszym mieszkaniu – Babeczka odmawia komentarza i mieszka w kocach, w bazach z poduszek oraz w innych ciepłych miejscach. Jak włączymy ogrzewanie, to na pewno będzie mieszkała przy grzejniku, ale na razie namioty z kocyków są tym najbardziej obleganym miejscem.

A już zupełnie na koniec… Mój szanowny małżonek uparł się, że Hrodgar, noszący imię po legendarnym królu Danii, powinien mieć nad literką „a” narysowany mały hełm. Nie poszłam na to. Następnego dnia D. wrócił z pracy i powiedział:

- Dziś w robocie trochę myślałem…

Zastrzygłam uszami, bo to nigdy nie oznacza niczego dobrego. I wtedy D. wręczył mi to:

Jeżeli dostanę to w wersji czarno-białej, wykonane w sposób trwały (np. marker) – wbijam to na patyczku w Hrodgarową doniczkę i o nic nie pytam :D król to król! A jak już Hrodgar umrze, to kupimy łódź, złożymy go na łodzi na stosie, podpalimy i puścimy na jezioro. Na to wszystko mogłam wygłosić tylko następujące stwierdzenie:

- Właśnie dlatego, gdy mówisz „dziś trochę myślałem”, budzą się we mnie najstraszniejsze lęki…

To by było na dziś. Miłego! :)

_________________________________________________________________________________
* Julian Tuwim, Zmęczony burz szaleństwem

Zmęczony burz szaleństwem, jak statek pijany,
Już niczego nie pragnę, jeno wielkiej ciszy…

Szaleństwa (nie)urlopowe

Z powodów zdrowotnych moich trzeba było odwołać wszelkie urlopowe rezerwacje i na wymarzony mój Śląsk nie pojechaliśmy – potrzebowałam pomocy w przechodzeniu z leżenia do siedzenia, co tu mówić o dalszych wojażach :-P  teraz już nawet samodzielnie schodzę po schodach i mogę prowadzić samochód, nie umierając przy tym, więc D. mógł spokojnie wrócić do pracy, a ja jeszcze kilka dni odpoczywam. Nie znaczy to jednak, że nie próbowaliśmy sobie mimo wszystko tego czasu umilić. Kiedy odkryłam, że zaczynam bez zawrotów głowy osiągać pion, postanowiłam wdrożyć plan B, czyli wprowadzanie usprawnień w mieszkaniu. Wiązało się to z krótkimi wyprawami „na miejscu” (na tyle, żebym trochę się pobawiła, ale żebym nie padła na pysk po 15 minutach wycieczki), z których wyniosłam wiedzę wysokowartościową. Babka wyraziła radość z faktu, że nie musi spędzać tygodnia na wygnaniu u moich rodziców i spała sobie bezpiecznie w moich swetrach:

Ona mieszkała w domku, a my odbywaliśmy mikrowyprawy (najczęściej na zakupy). Wśród licznych moich potrzeb i zachcianek znalazła się m.in. większa doniczka dla Helmuta. Od Helmuta oczekuję, że będzie domowym drzewkiem i będzie wyglądał tak, jak koleżka w lewym rogu:

W tym celu udaliśmy się na wycieczkę do Starogardu Gdańskiego, ponieważ lubię tamtejsze Bricomarche (jest duże). Doniczkę dla Helmuta wynalazł D., a ta kapryśna kreatura Helmut nawet nie zauważył, że zmienił miejsce zamieszkania i z półki został zdegradowany do poziomu podłogi. Tutaj należy pochwalić zmysł inżynierski D. – sam wymyślił (i wykonał) sznurki w doniczce, żeby można było łatwo wyciągać wkład z Helmutem na przykład przy następnym przesadzaniu.

Mam nadzieję, że moje przyszłe drzewko będzie rosło tak szybko, jak do tej pory i niedługo trzeba będzie przesadzić go do wiadra albo do wanny :D widzę w tym swój hodowlany sukces. Z Matki Kotów powoli przeradzam się z Matkę Kwiatów. Przy okazji – zaczęłam przesadzać Helmuta jakoś wieczorem i zabrakło mi ziemi. Tak. To ja i D. jesteśmy tymi ludźmi, którzy 21:10 wbiegają do Carrefoura po worek ziemi do kwiatów, bo korzenie nie mogą zostać odsłonięte!, przyznaję się do winy. 

Wracając do sprawy Bricomarche w Starogardzie – D. znalazł tam cud technologii. Ogólnie: jeżeli ktoś mówi „spray na komary”, to każdy słyszy „spray odstraszający komary”. Jeżeli mówimy „obroża na kleszcze”, to mamy na myśli „obrożę odstraszającą kleszcze”. Moje pytanie: WHAT THE FUCK?!

Panie i panowie, hit każdej dyskoteki i wielki bohater każdej nadmorskiej miejscowości, spray na odzież! :D byłam chora i bolało mnie wszystko, ale mimo bólu uśmiałam się setnie. I przekazuję wiedzę o tym cudownym środku Wam wszystkim :D 

Karuzela kręci się dalej, jedziemy! Aby nieco ubarwić moją egzystencję, D. zabrał mnie na jednodniowy wypad do Łeby. Padało, było zimno jak cholera, a gdy nad kanałem portowym zaleciało rybą, zrobiło mi się słabo i musiałam samą siebie bardzo przekonywać, by nie upaść na chodnik i nie zwymiotować. Jednak było warto. Dowiedziałam się na przykład, że w Łebie grasuje Gang Pomarańczy, je*ać cytryny!

Może mi ktoś powie: ma to coś wspólnego z ostatnim szałem na Świeżaki z Biedry? Zachwyt mnie zdjął. Podobnie jak w miejscu, w którym dowiedziałam się, że Łeba prędzej czy później zniszczy każdego:

Coś jak te wszystkie memy „po roku w Rosji”:

Cóż, jak to ja i D. na naszych wycieczkach – pośmialiśmy się i pojechaliśmy do domu. Po drodze zrobiło się głodno, więc odtruchtaliśmy kawałek od głównej drogi i znaleźliśmy lokal Mała Cegielnia w Miszewie – polecamy, jedzonko było przesmaczne. Gdybym tam nie trafiła, straciłabym scenę absolutnie tchnącą boskością, uwaga! Tak, jestem tą osobą, która w miejscach publicznych przede wszystkim obserwuje ludzi. I tym razem się nie zawiodłam. Przy stoliku obok usiadły jakieś 4 osoby, z czego przynajmniej dwie to byli typowi modni panowie z koszulami opiętymi na mizernych klatach jak rajstopy na moim na pewno nie mizernym tyłku (swoją drogą – gdzie można kupić opinające koszule w tak małych rozmiarach? W Smyku?). Panowie, pomimo swoich śmiesznych koszul, mieli bardzo mądre i poważne miny i starali się również mówić mądrze i poważnie. I nadeszła Ta Chwila. Do ich stolika podeszła pani z Cegielni, aby przyjąć zamówienie. W tym miejscu należy wspomnieć, że jako specjalność lokalu Cegielnia proponuje wołowinę ze szczególnym wskazaniem na steki.

- Dzień dobry, czy mogę przyjąć zamówienie?
- Tak. Ja poproszę steka. Poproszę MIDJUM RER, ostatnio jadłem ŁEL DAN, ale mi nie smakował. 
- Rozumiem…

Myślę, że jego ton i sposób wypowiadania się rozbawił oprócz mnie również panią z Cegielni, ale ona nie mogła się jawnie roześmiać. To uczucie, gdy obejrzałeś kilka odcinków „Kuchennych rewolucji” na TVN-ie i jakimś cudem zapamiętałeś dwie nazwy stopni wysmażenia steków, po czym przyszedłeś ich użyć w małej knajpce w Miszewie… POEZJA :D martwi mnie, że niektórzy ludzie w swym nadęciu nie widzą, że dawno przekroczyli granicę śmieszności. Ogólnie nie ma nic złego w zamawianiu steków po stopniach wysmażenia, ale uważam, że spokojnie można było zostać przy określeniach „średnio krwisty” oraz „bardzo wysmażony”. No ale ja to ja i się czepiam, jak zwykle. 

Tamten dzień ogólnie należy zaliczyć do dni trudnych, bo jeszcze nawet nie dojechaliśmy do Łeby, a zdarzył się pierwszy cud podróżniczy. Na niestrzeżonym przejeździe kolejowym bez szlabanów wreszcie któryś z kierowców zauważył, ze JEDZIE POCIĄG i wyhamował. Pociąg miał lokomotywę w środku składu, wiec parę platform pchał z przodu lokomotywy, a dwa jakieś urządzenia ciągnął za nią. Platformy takie płaskie, jak na kontenery albo drewno, całkiem puste. W lokomotywie – normalnie – maszynista, wyglądający przez okienko i obserwujący okolice przejazdu przez drogę. Za to… na pierwszej z przodu platformie, z nogami zwieszonymi nad tory, siedział koleś w kurtce przeciwdeszczowej i ociekał wodą, bo cały czas padało, i miał w rekach małą wuwuzelę (autentyk.) i dmuchał w nią przed przejazdem kolejowym jako ostrzeżenie. Przejeżdżając, skinął głową wszystkim stojącym kierowcom, pociąg się przetoczył i pojechaliśmy dalej, ale ja do dzisiaj w to nie wierzę. Po prostu nie wierzę. Jakie trzeba mieć szczęście, żeby trafić na taki widok? :D

Aby jakoś zresetować sobie mózgi po czymś takim, kolejnego dnia D. zabrał mnie do kociej kawiarni w Gdyni (kawiarnia Biały Kot, ul. Władysława IV). Ledwie usiedliśmy przy stoliku z kawą i ciastem, już pojawiła się niejaka Marysia, wskoczyła na blat i usiłowała wylizać mi śmietanę z ciasta. Swojemu bym pozwoliła, bo i tak ja bym sprzątała jego sensacje żołądkowe, ale Marysi nie chciałam za bardzo na to pozwolić i walka była zaciekła. Kiedy już przekonała się, że śmietany nie będzie, pozostawiła nas jako niegodnych uwagi, a miejsce przy naszym stoliku zajęła Kasia, chyba nieco lepiej wychowana:

Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, Kasia sprzedała nam parę lokalnych plotek, ja trwałam w zachwycie, bo w kawiarni akurat byliśmy tylko my, koty, panie z obsługi i jeszcze dwie osoby, które całkowicie respektowały regulamin lokalu i zapis o zachowaniu ciszy, więc tego dnia zdecydowanie było to miejsce dla osób takich, jak ja. A że oglądanie kotów chyba nigdy się kociarzom nie nudzi, to oglądaliśmy z D., ile się dało. 

Cudowności <3 a przy okazji lokal spełnia założenie, bo oprócz bycia kawiarnią jest też domem tymczasowym dla schroniskowych kotów i z tego, co wiem, kilku kocich podopiecznych z Białego Kota już znalazło wśród odwiedzających swoich własnych służących. Fajna inicjatywa, potrzebna i podana w atrakcyjnej formie. Dobra reklama dla adopcji zwierząt ze schroniska :) 

Z Gdyni udaliśmy się na szeroko pojęte zakupy, ponieważ zażyczyłam sobie szafy na korytarz, aby chować w niej bałagan, D. zażyczył sobie nowego monitora do nowej karty graficznej (a przy okazji wynikła potrzeba zakupu nowej myszki i klawiatury, najlepiej takich dla graczy), a jak już powędrowałam po sklepach, to spodobała mi się szafka na buty (kolejny bajzel schowany do szafki), nowy wieszaczek z półką do korytarza, kilka roślinek i półki do niewykorzystanego dotąd kącika nad biurkiem (zobacz, kupimy tu półki i ustawiłbyś tu swoje gry! #siłaargumentu). Ponieważ w sklepach nic nie było, monitor i szafę zamówiliśmy przez Internet, a po szafkę na buty i chabazie musieliśmy zrobić drugie podejście, bo dostawa przyjdzie w niedzielę. Nie powstrzymało mnie to jednak, bo jestem jak dziecko: jak się na coś uprę, to musi być już zaraz od razu i CHCĘ. Ostatecznie więc w naszym mieszkaniu pojawiły się Dzieci z Bullerbyn, czyli Lasse, Bosse i Lisa (Zagroda Środkowa, wtajemniczeni wiedzą). 

Lasse i Bosse to haworsje pasiate (Haworthia fasciata), a Lisa to zwykłe drzewko szczęścia, grubosz jajowaty (Crassula ovata). Mam nadzieję, że będą dobrze rosły, chociaż nie wiem, czy potrafię hodować rośliny, które podlewa się raz na ruski rok, a nie raz w tygodniu 1,5-litrową butelką wody (patrz: Henryk). 

Jeśli mówimy już o Henryku – odnóżka od Henryka, zwana Henrykiem II, wkrótce zakwitnie. Ponieważ róże chińskie nie zawsze chcą kwitnąć i mają milion zachcianek, zanim to uczynią, ten fakt kwitnięcia jest moim ogromnym hodowlanym sukcesem i dumą. Od momentu pojawienia się pączka (a to już kilka tygodni) cały roślinny świat tego mieszkania kręci się wokół Henryka II i trwają wszelkie zabiegi mające na celu zapewnienie mu jak najlepszych warunków przy jak najmniejszym stresowaniu go. Halinka też niedługo wypuści drugi kwiat, ale jednak anturium wydaje mi się mniej roszczeniowe, niż róża, dlatego Halinka musi pogodzić się z faktem, że to Henryk II jest w tej chwili gwiazdą. Czekamy na rozwinięcie! 

A tymczasem – kolejny dowód na to, że mnie się nie powinno zabierać nawet do Kauflandu. Ledwie weszłam, patrzę – śliczne zielone krzaczki. Nawet gdyby D. chciał protestować przeciwko moim licznym kwiatowym adopcjom, w tym przypadku i tak by nie zdążył i tak w naszym koszyku obok przecieru pomidorowego i kostek do kibla wylądowała roślinka, której łacińska nazwa brzmi Hebe armstrongii.

Po polsku zresztą też nazywa się hebe. Wygląda jak specyficzny wrzos, ma słodkie małe listki i podobno nie miewa żadnych wymagań. Przesadziłam go więc do starej helmutowej doniczki i umieściłam na biurku pod Dziećmi z Bullerbyn (swoją drogą – Lasse, Bosse i Lisa to jedyne moje kwiaty, które nie nazywają się na „H”, ale pochodzą z pewnego szwedzkiego sklepu, jest ich trójka i mieszkają w jednej doniczce, więc uczyniłam dla nich wyjątek i nazwałam je po szwedzku. Drugą opcją – jako że chciałam całą trójkę nazwać jakimiś imionami „dla trójki” – były imiona siostrzeńców kaczora Donalda, czyli Hyzio, Dyzio i Zyzio. Wtedy chociaż zestaw zaczynałby się na „H”, ale jednak te szwedzkie korzenie przeważyły). Całkiem przyzwoicie razem wyglądają.

Nad imieniem dla najmłodszego lokatora nie wysilaliśmy się z D. zbyt długo.

Wiem, to już przesada :D ale jeśli coś dostaje dźwięczne imię na „H” z oryginału, to ja nie zamierzam z tym walczyć :D walczyć za to będę musiała z Babeczką, która uznała, że Hebe należy przytulać i wycierać się o nią pyszczkiem. Na szczęście są jednak chwile, kiedy Babeczka odpoczywa, można wręcz powiedzieć – leży pokotem (taki humor sytuacyjny z gatunku Babeczka&Filmweb):

To na razie tyle, jeśli chodzi o mój dotychczasowy urlop. Czekam, aż przywiozą mi szafę. Wtedy na pewno pojawi się tu jakiś hymn do ładu i porządku, który planuję zaprowadzić w korytarzu. Z innych pieśni – D. na razie nuci hymny do nowego sprzętu i wydaje mi się, że nowe zabawki to doskonała rekompensata dla faceta za odwołanie wyjazdu. Polecam!

Miłego :)

Rzeczy super, mniej super i misje samobójcze

Z mściwą satysfakcją rozmyślam sobie od rana nad tym, że dziś jest ten dzień, kiedy młodszej części populacji kończą się wakacje, a ja za chwilę rozpoczynam urlop. Niech Wam plecaki lekkimi będą, haha! A ja zamierzam wypoczywać i wędrować. Plan wyjściowy – wyjazd w poniedziałek rano, 4:00 zbiórka przy samochodzie. Nie musi być w dwuszeregu, bo siebie i D. chyba jakoś zliczę. I to jest super.

Super jest też to, że siostra moja rodzona wraz ze szwagrem zostali krupierami w kasynie. To pierwsi znani mi krupierzy i uważam, że to cudowne. Fascynuje mnie ta ich robota :D 

Mniej super jest to, że ich praca jest głównie nocna, a jak trafiają na tę mniej zabawną zmianę, to wysiadają z pociągu o 3:00 w nocy i ktoś (zazwyczaj matka nasza rodzona) ich odbiera z dworca i zawozi na wieś, bo na wieś w nocy nic już nie dojeżdża.

Z rzeczy super i mniej super przechodzimy do misji samobójczej: w porozumieniu z matką moją rodzoną ustaliłam, że w poniedziałek rano (w nocy?) to ja i D. odbierzemy młodzież pracującą z pociągu, a ponieważ przewieźć należy ich trochę na południe, a na urlop jedziemy bardzo na południe, to pojedziemy już od razu w trasę. Wyjeżdżałam już na wycieczki o różnych godzinach, ale o 2:45 chyba mi się jeszcze nie zdarzało :D w każdym razie będzie to fascynujące doświadczenie, bo na miejsce docelowe dojedziemy o wiele wcześniej, niż zakładaliśmy i będę podziwiać pierwsze zamki w promieniach wschodzącego słońca (jak wszyscy widzą, zakładam, że podczas urlopu zobaczę słońce, hurraoptymizm!).

W tym miejscu należy przytoczyć fragment rozmowy z koleżanką K., z którą zdążyłam się podzielić tym odważnym planem:

Wciąż nie rozwiązaliśmy z D. problemu ewentualnego snu w niedzielę wieczorem. Myślę, że poleci jakaś chora improwizacja, jak zawsze.

Cieszę się jak dziecko, mój kot na pewno cieszy się zdecydowanie mniej, ale jakoś to chyba przeżyjemy, kupiliśmy już trochę prowiantu na drogę (żelki! koleżanka I. na pewno poprze), zostało mi znaleźć moją torbę podróżną (ni cholery nie wiem, gdzie też ona może być) i w drogę :D jesteśmy oboje tak zmęczeni ostatnio, że całkowita zmiana otoczenia na pewno dobrze nam zrobi. Kompletnie tylko nie wiem, jak dużo ciepłych rzeczy powinnam zabrać, ale najwyżej będę chodziła owinięta w koc – nie będzie to ani pierwszy, ani ostatni raz mój czy czyjkolwiek (Mrs. Brick na pewno pamięta kawę w kocu na Orlenie w drodze z Krakowa w środku nocy).

A tak poza konkursem, ale nadal w klimacie podróży – moja środowa wycieczka. W ostatniej chwili na skrzyżowaniu zdecydowałam, że nie pojadę do siebie, tylko jednak do rodziców. Przejechałam aż do ostatnich świateł w mieście ruchem ciągłym (co w dzień powszedni o 16:00 w zasadzie się nie zdarza), radośnie wrzuciłam wyższy bieg, gdy zauważyłam, że wszyscy przede mną hamują i toczą się 30 km/h. Ok, potoczę się i ja. Trafiłam w dobry moment na rozglądanie się, bo kiedy zjechałam maksymalnie do prawej, żeby zobaczyć, co spowalnia ruch, akurat na zakręcie pojawił się ciągnik. Spoglądam w lusterko wsteczne – za mną sznureczek samochodów. Toczę się i rozmyślam: jak ciągnik, to na pewno wjedzie do wsi, tam gdzie i ja wjechać powinnam. No, trudno, albo go wyprzedzę, albo się potoczę za nim, daleko nie jest.

W tym miejscu warto dodać, że przez środek wsi mało bystrzy ludzie urządzają sobie objazd drogi krajowej, nie wiedząc zapewne, że ani to im czasowo lepiej nie wychodzi, ani kilometrowo, ani tym bardziej zawieszeniowo (droga przez tę wieś to nie jest jakiś lux glanc beton autostradowy, nie, nie. To stara poniemiecka kostka brukowa).

Dotoczyłam się do wjazdu do miejscowości – i skręcam. Z poziomu wjazdu nie było jeszcze widać ciągnika, który – a jakże – zjechał w tę samą drogę. Z nawyku patrzę w lusterko wsteczne, a za mną skręca cały sznur samochodów, których kierowcy mieli nadzieję nadrobić te 2 stracone za ciągnikiem minuty. Myk, myk, myk – i wszyscy dojeżdżamy do ciągnika. Widząc minę kierowcy z samochodu za mną spłakałam się ze śmiechu i nie myślałam już nawet o wyprzedzaniu, bo nie byłam w stanie xD tak mi jeszcze dnia nikt nie zrobił, jak te cwaniaczki, które chciały pomknąć zwyczajowe 70 km/h przez obszar zabudowany (zabudowany tak, że w zasadzie powinien być oznaczony jako strefa zamieszkania), a zamiast tego musiały się bujać za ciągnikiem i za mną :D złośliwe to z mojej strony, ale ubawiłam się jak rzadko kiedy :D

Tym optymistycznym akcentem wchodzimy w piąteczek, część popołudniowa. Miłego! :)

Coffee Gospel Band, czyli czwartek w wersji mocnej parzonej

Tak naprawdę wystarczyłoby tu wstawić screeny rozmowy dzisiejszej mojej z koleżanką K., która podobnie jak ja jest wielką miłośniczką kawy i podobnie jak ja prowadzi jakiekolwiek życie zawodowe po to, aby koty nie zdechły z głodu (Babeczka, Krystyna i Hokus oraz wszelkie koty towarzyszące pozdrawiają).

Przy prowadzeniu tegoż życia zawodowego utrzymuje nas boski napój zwany kawą.

Jest czwartek, Książę Małż uszczęśliwił mnie dzisiaj budzikiem o 4:50 (JA pracę zaczynam od 8:00, że tak nadmienię…) i od tej pory próbuję umilić sobie ten skopany dzień kawą właśnie. Ponieważ lubię pić kawę w towarzystwie, poprosiłam koleżankę K., by zawołała mnie na fejsie, jak już będzie parzyć swoją. Doczekać się nie mogłam tego momentu i śliniłam się przy każdym spojrzeniu rzuconym w stronę paczki z kawą. I tak to się zaczęło.

Kurtyna!

Miłego :)

Rozprawa o należnościach

Należności wspomniane w tytule nie mają nic wspólnego z zagadnieniami finansowymi. Chodzi o rzeczy, które mi się należą. Zwłaszcza w tym roku, bo łatwo nie jest, a zeszły rok ogłoszony został Rokiem Żałości i chyba postanowił przeciągnąć się również na 2017, a dwa porąbane lata z rzędu to stanowcza przesada. Dlatego uznałam, że „należy mi się” i rozpoczęłam radosny proces uprzyjemniania sobie życia bez względu na koszty (hm… tym rodzajem należności zajmę się kiedy indziej, żeby sobie nastroju nie psuć).

Pomijając rzeczy drobne a przyjemne, czyli ciuchowe zakupy, dobre jedzenie, rzadko kupowane kosmetyki i małe podróże oraz wykorzystywanie wszelkich możliwych okazji do przedłużania weekendów – postanowiliśmy w tym roku z D. wyjechać na porządny urlop, jako że w zeszłym roku nie udała nam się zbytnio ta sztuka. W tym roku opcje urlopowe były trzy: 1.) Małopolska z Krakowem i Sandomierzem przy założeniu, że przemieszczamy się na wschód aż do granicy; 2.) Ojców i wędrówki po Ojcowskim Parku Narodowym oraz liczne wyprawy po szlakach między Orlimi Gniazdami; 3.) Podlasie – bagna, cerkwie, żubry i proste-a-pyszne potrawy z mąki i ziemniaków.

Wersja ostateczna, która narodziła się w długi weekend sierpniowy, to hybryda propozycji nr 1 i nr 2, Podlasie zostało na przyszły rok. Olewamy Kraków, bo chociaż jest spoko, to każdy był w nim już wystarczająco wiele razy, żeby odpuścić wizytę tam bez bólu serduszka. Nie odpuszczamy natomiast Orlich Gniazd, Ojcowskiego Parku Narodowego i Sandomierza, do którego mam zamiar dostać się przez Pacanów :D po Sandomierzu i wiochach okolicznych (moje niespełnione dotąd marzenie: zamek Krzyżtopór!) nadejdzie czas na Kazimierz Dolny – kto oglądał Rejs, ten wie:

– Pytanie kolejne. Zatem. Jak się nazywa miasto nad Wisłą. Dla ułatwienia dodajemy, że jest to imię króla, który zostawił Polskę murowaną.
– Ale jakie miasto?
– Ja się pana pytam, jakie miasto.
– Aaa… to ja nie wiem.

– Panie Kazimierzu, ma pan klucz od kabiny?
– Bardzo państwa proszę, nie podpowiadać. Bardzo proszę.
– Kluczbork.
– Odpowiedź prawidłowa – Kazimierz.
– Roman.
Także tego.

Postanowiłam tym razem kompletnie nie liczyć się z kosztami i zarządziłam przymknięcie oczu na stan portfela oraz niezwłoczne wyrzucanie wszystkich rachunków i paragonów. Raz nam się należy :D przypuszczam, że miło będzie oderwać się zupełnie od obowiązków i zmienić całkowicie otoczenie. Jak to mawia moja chrzestna – urlop bez wyjazdu to nie urlop. Za radą starszyzny więc wyjeżdżam. Cieszę się, bo o ile nasze wszystkie jednodniowe wypady są fajne, to jednak na koniec dnia zawsze wracasz do domu i zawsze coś znajdziesz: a to pranie można zrobić, a to kuchnię ogarnąć, a to podłogi pozmywać… Niby wolne, ale często nadrabia się zaległości domowe. A teraz takiej opcji nie będzie i bardzo fajnie, mam zamiar korzystać z tego, ze codziennie ktoś ugotuje mi obiad, poda kawę i sprzątnie hotelowy pokój po moim wyjeździe.

Jedyną trudnością będzie to, że muszę zostawić Babeczkę u rodziców. Ani ona z tego nie będzie zadowolona, ani ja. Drogą konsultacji społecznych i długich rozmów z moim kotem ustaliłam jednak, że u rodziców przynajmniej będzie z ludźmi, których zna i w miejscu, które kojarzy i że to nieco bardziej pokrzepiająca opcja, niż zostawienie jej w domu z dochodzącym opiekunem, który wsypie do michy i sobie pójdzie. No i będę mogła dzwonić do nich 16x dziennie, aby zapytać, jak tam moje dziecię :D

Mam nadzieję, że pogoda na moje wymarzone wędrówki dopisze i że faktycznie nie będzie już zbyt wielkiego tłumu (po to biorę urlopy we wrześniu). Mam też cichą nadzieję, że mimo wszystko znajdę podczas podróży kilka „brzydkich” miejsc – wszyscy wiedzą, że to nie sztuka robić zdjęcia ładnym miejscom, dlatego wraz z D. specjalizujemy się w podróżach po miejscach brzydkich (jak Ciechocinek). Planuję oglądać na potęgę, zachwycać się bezgranicznie tak obcymi dla Pomorzan terenami i kosztować lokalnej kuchni przy każdej okazji. Na pewno nie planuję się wyspać :D szkoda czasu na spanie, kiedy można iść na przygodę! I zastanawiam się tylko… jeśli będzie padało, to przecież w prezencie od Mrs. Brick i szwagra dostaliśmy wspomniane we wcześniejszym wpisie (Kategoria: prezent, nad którym ofiarodawca spędził chyba miesiące…) płaszcze przeciwdeszczowe. Tylko czy możemy je założyć w okolicach Ojcowa i Sandomierza i bezpiecznie w nich tam chodzić? :D jeśli ktoś ma aktualną mapę podziału sympatii klubowych w Polsce – bardzo proszę o udostępnienie. Nie chciałabym zebrać łomotu na jakimś pięknym szlaku w parku narodowym na przykład.

Miłego! :)

Trudna sztuka obrażania ludzi

Tym optymistycznym tytułem rozpocznę dzisiejszy krótki wpis. Zaczniemy od bardziej zakamuflowanego obrażania ludzi, polegającego na nawiązywaniu do ich pochodzenia. Ważne jest, aby zaznaczyć, że pochodzeniowo jestem co najmniej w połowie Kaszubką (a z charakteru w całości). D. zaś ma mocne powiązania kresowe (tak jak moi dziadkowe to Kaszubi, tak jego to Kresowiacy) i szczątkowe z Kaszubami. Wywiązała się więc dyskusja, rozpoczęta od mojego żelaznego uporu nad jakąś sprawą.

- Tak to jest mieć za żonę Kaszubkę…
- Półkaszubkę.
- No, z pochodzenia pół. Ale z charakteru jestem pełnej krwi Kaszubką.
- Z pochodzenia to i ja mam trochę z Kaszuba…
- No! Ale w tobie jest ten kresowy upór. Chociaż w sumie nie. Bardziej cierpliwość to jest, niż upór. Kaszubi są uparci, a Kresowiacy nieskończenie cierpliwi.
- Tak. Ty ze swoim uporem będziesz dążyła do tego, by osiągnąć swoje cele, a ja z moją cierpliwością będę czekał, aż osiągniesz moje cele.

I czasami serio on więcej wygrywa tą cierpliwością, niż gdyby mnie na siłę do czegoś nakłaniał :p

***

Jeśli chodzi o obrażanie bezpośrednie: ostatnio w domu rodziców odbyła się dyskusja na temat imion moich kwiatów. Jak już wiemy, wszystkie kwiaty mają imiona na literkę „H”. Opowiadałam właśnie, że wstydzę się, że nadałam fikusowi imię Helmut (to imię kojarzy mi się z takim trochę niedorozwojem i ofiarą losu; po fikusie nie spodziewałam się niczego dobrego – zwłaszcza, że pochodzi z gabinetu szefa – a tymczasem rośnie jak natchniony i jest zwyczajnie piękny) i że Daniel zaproponował jakieś bierzmowanie, żeby dostał drugie imię, nieco bardziej godne. Omówiłyśmy z mamą możliwe warianty imienia z bierzmowania dla Helmuta, a potem przeszłam do imion dla następnych kwiatów:

- I jako że wszystkie są na „H”, następny będzie się nazywał Hrabia Anzelm. A jak będzie kwitnący, to Hrabina Cosel.

Na to mój tata się zaśmiał i stwierdził:

- Jak na „H”, to można je trochę inaczej nazwać. Trochę mniej  ozdobnie.

Temat zrozumiał i podchwycił D., wtrącając uwagę ale to jest na „C”… W sumie to nawet na „CeHa”. I tutaj nastąpiła doskonała puenta dla sytuacji.

mama: widzisz, ty się nawet na wyzwiskach nie znasz…
tata: ale przecież jak kogoś wyzywam, to nie będę do niego mówił „ty CeHuju”…

Kurtyna.  :D

Podróże w wersji ładniejszej

Kontynuujemy rozważania z poprzedniego wpisu. Jako że Ciechocinek zdegustował mnie kompletnie i sprawił, że poczułam, iż świat mnie przytłacza, postanowiłam poszukać ratunku. I jedzenia. Wyruszyliśmy z D. w drogę powrotną i w akcje desperacji uznaliśmy, że jedzenie ze stacji benzynowej też nie jest złe, ale okazało się, że na wspomnianej stacji całe jedzenie zostało pożarte przez grupę ludzi, która weszła tam przed nami. Niepocieszeni, pojechaliśmy dalej, rozglądając się za jakimś zajazdem albo czymkolwiek, gdzie dają papu. I nagle – olśnienie! Całą drogę mijaliśmy znaki „Chełmno – Starówka”. Zaproponowałam, że może by dać im się skusić? I tym sposobem znaleźliśmy się w Chełmnie.

Pokręciliśmy się po uliczkach za autobusem („Jedź za nim, autobusy znają się na miastach!”), a następnie porzuciliśmy samochód na jakimś placu. Tutaj trzeba zaznaczyć, że miasto jest oznakowane bardzo dokładnie, bo co kawałek można znaleźć drogowskazy, którędy na Stare Miasto, którędy do urzędów itd. Zadowoleni, popędziliśmy za strzałkami opisanymi jako Starówka właśnie. I znaleźliśmy się przed Urzędem Miasta.

Trochę mi ta ciężarówka od mammografii przesłaniała widok, ale idea szczytna, więc się nie czepiam. Jak będę tam następnym razem, to zrobię dokładniejsze zdjęcia Urzędu miasta, bo budynek jest naprawdę ładny. I w przeciwieństwie do ciechocińskich budynków – świetnie zachowany i zadbany. I urzekł mnie ten kwietnik na placu <3 pokręciliśmy się radośnie, czując, że miejsce jest godne kolejnej wizyty, i uczyniliśmy kilka kroków za urząd. I tutaj dostałam ataku paniki, bo chciałam iść w kilku kierunkach jednocześnie, a nie mogłam.

Chciałam iść i do parku, i na to skrzyżowanko, które obiecywało fajny deptak. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się obejść najpierw park, korzystając z tej chwili, kiedy nie padało i nawet świeciło słoneczko.

Park – rewelacja. Największe wrażenie w Chełmnie robią zachowane w zasadzie w całości mury miejskie, które z tego parku można podziwiać.

Musimy tam wrócić choćby dla samego parku, bo jest tam sporo ścieżek, którymi nie poszłam, a wydają mi się arcyciekawe. No, może oprócz tych zamkniętych schodów, na których można się zabić, jak ktoś chce :D

Bardzo ważną informacją jest to, że Chełmno leży na górce, dość wysoko względem przepływającej obok Wisły. To sprawia, że w parku można było zrobić punkt widokowy, z którego podziwia się całkiem atrakcyjną panoramę okolicy.

Fajnie byłoby tam wrócić z lornetką. Myślę, że to pomysł godny przemyślenia. Tak samo jak pomysł, żeby w ogóle tam wrócić, bo się jeszcze nie nacieszyłam tymi ślicznymi uliczkami :D

I tak dotarliśmy na Rynek. Na Rynku akurat trwał koncert, bo trafiliśmy na Dni Chełmna i rozstawiona scena zasłaniała trochę ich ładny ratusz, ale od biedy parę detali zdołałam uchwycić.

Fontanna na placu trochę nowoczesna, jeśli porównać ją z kamienicami wokół Rynku. I z niektórymi samochodami, które udało nam się napotkać :D

Trudno w zasadzie opowiadać o chełmińskiej Starówce. Jest po prostu urocza. Podobno gdzieś niedaleko jest też park miniatur zamków krzyżackich. Musimy tam następnym razem iść (tym razem odpuściliśmy, bo zaczęło kropić i zrobiło się późno), żeby sprawdzić, czy stoi mój rodowy krzyżacki zamek (Gniew) i rodowy krzyżacki zamek D. (Nidzica).

Milego!  :)

P.S.: A jakby kto w Chełmnie zgłodniał i chciał zjeść wyśmienitą, podaną na desce, z wybornym ciastem i świeżymi dodatkami pizzę, to polecamy lokalik Me Gusta, całkiem blisko staromiejskiego deptaku. To jeden z najważniejszych powodów, dla których do Chełmna bankowo wrócę. Zdetronizowali moje najulubieńsze pizzerie w Krakowie i Kościerzynie, tak pyszne mają jedzonko <3

Podróże w wersji brzydszej

Z okazji faktu, że D. obronił w piątek pracę magisterską, w sobotę wyruszyliśmy na wyprawę. Wyprawę zmuszona będę podzielić na dwie części, bo to, co się tam zdarzyło, nie ma w rzeczywistym świecie prawa zaistnieć razem, takie kontrasty nie istnieją :D ale po kolei. Zaczniemy od obrony i podróży w wersji brzydszej.

Bladym świtem w piątek wraz z D. i Mrs. Brick udaliśmy się na polibudę, żeby D. z niezmąconym spokojem poszedł, pogadał, obronił się i żeby wszyscy z komisji go chwalili, jak to wspaniale wypadł (a ten człowiek po prostu poszedł na totalnym luzie i czego mądrze nie dopowiedział, to dowyglądał na mądrego). W tym czasie na korytarzu ja i Mrs. Brick omawiałyśmy wszelkie ważne kwestie polityczno-gospodarcze. Kiedy pan MgrInżMąż opuścił salę, postanowiliśmy udać się do budynku innego wydziału, by złożyć ofiarę bóstwu.

Bóstwo mieszka pod Wydziałem Oceanotechniki i Okrętownictwa (OiO) i kiedyś nosiło imię Malwinka (tak głoszą legendy), dziś to po prostu KOiOt. Wydział również zmienił swoją nazwę na Oceanotechnikę i Kotrętownictwo. KOiOt ma swój profil na Facebooku (Kot z Oio) i rzeszę wiernych fanów śledzących jego przygody. Ma też swój własny domek pod wydziałem. Ponieważ obrona D. oznaczała definitywny koniec naszych kontaktów z uczelnią, udaliśmy się do KOiOta, aby złożyć dary i prosić o dalsze łaski. Saszetka kociej karmy spotkała się z uznaniem i poczułam się pobłogosławiona.

Tego dnia, oprócz hipsterskiej kawy w Starbucksie i przepysznego obiadu w PizzaHut nie wydarzyło się już w zasadzie nic godnego uwagi (no może oprócz tego, że na Dniu Ojca spotkaliśmy się wszyscy, łącznie z moim ojcem, u ojca mojej matki, a że i babcia miała przygotowane ciasto, i ja, to zrobiła się z tego całkiem spoko nasiadówka), stąd też możemy płynnie przejść do wydarzeń sobotnich.

Oh, wait. Jednak nie. Bo w Starbucksie oprócz naszej trójki była też młodzież kończąca rok szkolny. Zacytuję Internety: „Gdybym nie wiedział, że dzisiaj jest zakończenie roku szkolnego, to zastanawiałbym się, skąd na ulicach wzięły się te wszystkie prostytutki”. Jasne, że można mieć krótką spódniczkę czy szpilki. Ale wszystko na wierzchu, totalnie wieczorowy makijaż i pewien określony sposób zachowania zniesmacza nawet mnie (zwłaszcza w kontekście oficjalnych uroczystości), chociaż sama nigdy nie występuję w wydaniu „galowym”. 

Dobrze, sobota. Jeszcze bardziej wczesnym świtem udaliśmy się na uczelnię, bo D. dostaje od nich kasę „na pogorszenie warunków życiowych” (czyt. na okoliczność ożenku ze mną, serio) i musiał odebrać decyzję. Plan pierwotny był taki, żeby się wybrać na wędrówkę na Wyspę Sobieszewską. Niestety, było zimno i padało, a to już nie warunki dla mnie. Po powrocie do domu i krótkiej dyskusji uznaliśmy, że może w głębi lądu będzie cieplej, a nawet jeśli nie, to w mieście deszcz aż tak nie przeszkadza, bo można się chować w lokalach, i udaliśmy się do Ciechocinka. I to właśnie jest ta brzydsza część historii…

Ciechocinek to symbol. Deptak w Ciechocinku, tłumy emerytów, potańcówki, stoiska z pamiątkami, tężnie śmierdzące moczem – wszystko to mamy przed oczyma (i nosem), słysząc „Ciechocinek”. Tylko jako dzieci zapamiętaliśmy to z D. jakoś inaczej jakby. Jakoś… lepiej. Jak to stwierdził D. – „Ciechocinek zawiódł i nie zawiódł jednocześnie; wiedzieliśmy, że nas zawiedzie i pod tym względem nasze oczekiwania się spełniły, więc na tym polu zawodu nie ma”. Chociaż na samo wejście według mnie wyglądało to całkiem obiecująco: napotkałam budkę, która spełniać mogła wszystkie moje oczekiwania co do świata.

Cudowna budka objawiła nam się jednak dopiero po tym, jak przebyliśmy 180-kilometrową trasę drogą krajową m.in. przez Toruń. Co się dzieje na drogach krajowych – łatwo sobie wyobrazić, jeśli ktoś dużo jeździ, a zadziać się tam może w zasadzie wszystko, ja już nawet nie okazuję zdziwienia wtedy, gdy ktoś zmienia pas kombiakiem i zapomina, jak długi ma tył i zjeżdża połową samochodu na miejsce, gdzie nadal jest mój samochód. Ale muszę przyznać, że sposób jazdy na dwupasmówkach w Toruniu i okolicach to jest jakaś poezja. Próbowaliśmy z D. dociec, gdzie może leżeć przyczyna takich problemów:

ja: czy mieszkańcy Torunia i okolic znajdują prawa jazdy w paczkach czipsów?
D.: nie, wygrywają je w Loterii Radia Maryja.

Wierzę w to całym sercem. Połowa z tych ludzi powinna przejść przymusową reedukację w zakresie podstawowych przepisów ruchu drogowego i nieburaczenia na drodze.

Nieważne. Ponieważ udało nam się przeżyć, postanowiliśmy porzucić samochód na pierwszym napotkanym parkingu. Zachęciła nas bliska odległość do tężni i stosunkowo niska opłata za postój. Bliska odległość… Cóż, zaprezentuję zdjęcie i przejdę do wyjaśnienia tej kwestii.

Od parkingu, na którym pozostawiliśmy samochód, przeszliśmy jakieś 200 metrów. A tam był inny parking i z niego również było 300 metrów do tężni. Poszliśmy dalej. Pokonaliśmy kolejny kawałek, a tam – pokoje gościnne, oczywiście 300 metrów od tężni. Tę odległość na znakach znaleźliśmy później jeszcze kilkukrotnie, nie znajdując jednak w promieniu 300 metrów rzeczonych tężni. Przestrzeń zagięła się mocno. D. zaczął podejrzewać, że wyjdziemy na jakieś główne skrzyżowanie, a tam:

  • Gdańsk  -  300 m
  • Wiedeń  -  300 m

Takiego drogowskazu jednak nie znaleźliśmy (na szczęście). Za to sam Ciechocinek wyglądał tak, jak zapamiętałam go z bardzo wielu lat temu (i jak zapewne zapamiętali go z dzieciństwa moi rodzice, a może i dziadkowie) i wysnuliśmy przypuszczenie, że Ciechocinek zagina nie tylko przestrzeń, ale i czas, co skłoniło D. do podzielenia się ze mną obawami:

- Ciechocinek zagina i czas, i przestrzeń… Jak jeszcze chwilę pochodzimy, to może spotkamy siebie sprzed 20 lat, jak spacerujemy tutaj z rodzicami.
– Wuj R. był tutaj kiedyś w sanatorium. Myślisz, że możemy go dziś spotkać?

Poniżej przedstawiam kilka dowodów na to, że zagięcie czasu z całą pewnością ma tam miejsce. Zagięcie przestrzeni każdy musi zbadać samodzielnie, doświadczając wizyty w tym szlachetnym miejscu.

Robiłam zdjęcia temu obiektowi i wzbudzałam powszechne zainteresowanie, fotografując coś, co nie wzbudza żadnego zainteresowania. Jedna z babć przechodzących za mną poczęła użalać się do koleżanki, że tak, tak to teraz wygląda, a kiedyś to i palmiarnia tu była! Nie wiem, co mogło tu być, ale na pewno nic, w czym chciałabym być palmą. 

No jak ma, to ma, trudno. Dalej wcale nie było lepiej. Stacja kolejowa w Ciechocinku wygląda tak, jakby wszystkie palmy ze wspomnianej już palmiarni wsiadły do pociągu całe dziesięciolecia temu i odjechały do Bombaju (dowód poniżej).

Między kliniką uzdrowiskową (płotek z prawej) a kolejnym stoiskiem z pamiątkami (parasolki po lewej) można doświadczyć lokalnego folkloru (czyli miejsc, które wyglądają jak wyrwane z przysłowiowej Starej Orunii):

A to wcale nie koniec, bo na tej samej ulicy czeka na nas jeszcze hotel Orion, który i nazwą, i wyglądem wciąż jeszcze uporczywie czepia się czerwonego blasku chwały minionego ustroju…

Tymczasem na turystę zwiedzającego Ciechocinek czyhają też mniej monumentalne atrakcje. Ogólnie nie wyraziłam zdziwienia na ten widok:

Mi też już po kilku minutach nasiąkania sanatoryjną atmosferą prawie kapcie z nóg spadły. Dlatego cyknęłam tylko fotkę i powędrowaliśmy z D. dalej, rozmyślając o tym, co widzieliśmy po drodze.

A widzieliśmy wiele. Pomijając już w tym miejscu chronologię – widzieliśmy na przykład biesiadę na trawniku przy warzelni soli. Kiedy minęliśmy już budynek, nazywany roboczo palmiarnią, i przebyliśmy jakąś dziwną łąkę w środku miasta, wyszliśmy naprzeciwko bramy do zabytkowej warzelni soli. Tam właśnie trwała biesiada, o czym z daleka już informował radosny głos prowadzącego zabawę:

- A teraz sobie troszkę pobiesiadujemy! Proszę państwa, biesiadować to znaczy siedzieć przy pysznym jedzeniu, bawić się, żartować, a nawet śpiewać! I my sobie właśnie teraz pośpiewamy! Zaczniemy może od bardzo popularnego, znanego wszystkim walczyka „Szła dzieweczka do laseczka”. I razem, uwaga! Raz, dwa, trzy, iii… SZŁA DZIEWECZKA DO LASECZKA…!

Zdębieliśmy. Za nami – park, palmiarnia i łąka. Z lewej – droga donikąd, z prawej – droga na jakieś zabiedzone osiedle, przed nami – biesiada w warzelni soli. I tańczący ludzie. I wszyscy śpiewają. Aby ukazać moim rodzicom sens przyjeżdżania do Ciechocinka (bo właśnie TO jest sensem, ten cały stos dziwactw, na które można się tam natknąć), nagrałam krótki materiał obejmujący otoczenie oraz śpiewających ludzi. Następnie postanowiliśmy się niezwłocznie oddalić. Nasze odejście zostało przyjęte z wyraźnym smutkiem:

tłum: GDYBYM MIAŁ GITARĘ, TO BYM NA NIEJ GRAAAAŁ…
D.: słyszysz to? Idealnie pasuje. To podkreśla wszystko, co w tej chwili czujemy, będąc w Ciechocinku. Ten żal… rozczarowanie… smutek…

Poczułam to wszystko, a karuzela żałości radośnie się zakręciła jakby nieco szybciej. Zdecydowaliśmy się odejść drogą donikąd. Nie zawiodłam się:

A przecież zamknięta brama do lasu z otwartą furtką do lasu to wciąż nie jest wszystko, co zobaczyliśmy tego dnia. Niedaleko porzuconego różowego sandałka napotkaliśmy bardzo nabuzowaną Przedstawicielkę Partii Wymuszaczy Odszkodowań. A było to tak: ktoś powolutku wyjeżdżał z parkingu przy klinice, ustawił się na ulicy zgodnie z założonym kierunkiem jazdy, pozapinał pasy sobie i jakiemuś starszemu pasażerowi i ruszył. W międzyczasie na przejście dla pieszych zdążyła wkroczyć Przedstawicielka. Jeżeli myślicie, że standardowa kolejka do komunii w niedzielę porusza się wolno, to nie widzieliście tej kobiety. To mało powiedziane, że ona szła z godnością. Ona sunęła, jej każdy krok naładowany był dumą, poczuciem wyższości, szlachetną pychą i spokojem. Na brzegu krawężnika pozostawiła koleżankę, sama zaś niczym masowiec Sea Ponta Da Madeira pokonywała przejście. Dla uświadomienia grozy – poniżej zamieszczam zdjęcie wspomnianego masowca:

Tak właśnie. No i wędruje szanowna Przedstawicielka przez to przejście, stawiała już swą szlachetną stopę na końcowym krawężniku, gdy samochód powolutku się za nią przetoczył. Gdy przejechał, koleżanka żwawo przetruchtała przez przejście, a Przedstawicielka odwróciła się do niej i rzecze:

- Widziaaaaaałaaaaaaś? Widziałaś, jak on jechaaaaał? Ja byłam na przejściu, a on przejechał za mną! Kiedy ja jeszcze przechodziłam przez przejście!

Koleżanka trwożliwie przytaknęła i nie rozwijała tego tematu, ale Przedstawicielkę Partii Wymuszaczy Odszkodowań słyszałam jeszcze przez jakiś czas, jak z oburzeniem wygadywała na kierowcę, który ośmielił się przetoczyć ostrożnie za jej dumnymi, z godnością niesionymi nad przejściem plecami. Jestem pewna, że miała zamiar dać się potrącić, żeby przedłużyli jej pobyt.

Bo przecież warto tam bywać! Kilka(naście?) lat temu, gdy byłam w Ciechocinku z rodzicami, na ławeczce siedziały dwie starsze panie. Jedna rzekła ze złością do drugiej, że teraz to już nie ma po co do tych sanatoriów, do tego Ciechocinka na te turnusy jeździć, te baby z tymi mężami swoimi jeżdżą, pilnują, nikogo nawet nie zapoznasz! I koniec sanatoryjnych romansów. A do tego (to już wniosek z tegorocznej wizyty) nawet jak potencjalny partner przyjedzie sam, to zaraz tworzy się wokół niego obstawa i nie ma, nie przejdziesz. Tutaj powiążemy po raz kolejny dwie historie w jedną. Godzina 15:40, biały dzień, przechodzimy obok restauracji. Przed restauracją – podeścik, na podeściku – tańczące pary plus jakiś mocno antyczny wolny kawałek. Dancing w sobotnie mocno wczesne popołudnie. Nic, Ciechocinek to miasto rządzące się swoimi prawami, więc starałam się nie komentować. Wejście do parku, muzyka cichnie, ale nie na tyle, żeby ominął nas fakt, że piosenka się zmieniła i teraz jest zdecydowanie szybsza.

ja: Ty, didżej im trochę tempo narzucił…
D.: to się nazywa selekcja.

Pokiwałam głową ze zrozumieniem, wchodzimy do parku, mijają nas 3 starsze panie. To ten moment, gdzie historia o dancingu i starszych paniach łączy się ze wzmianką o zaporach wokół potencjalnych kawalerów. Otóż: mijamy te trzy panie i słyszę rozmowę:

- A gdzie on w ogóle jest?
- Gdzie, gdzie. Ubrał długie spodnie, powiedział, że chce tańczyć. I poszedł tańczyć! *fuknięcie*
- Zaraz zobaczymy, chodźcie.

Tutaj już nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem, oddalając się w pośpiechu. Podzieliłam się tylko z D. stwierdzeniem, że panie myślały, że znalazły sobie towarzysza, a tymczasem on znalazł już sobie czwartą do swojej kolekcji. Słodko :D przy okazji dancingu wyszła historia, którą zawsze opowiada mój tata: że w sanatorium na wieczorku zapoznawczym można z partnerką tańczyć, ale nie kręcić w lewą stronę, bo jej się śruby wykręcą i noga odpadnie. Po krótkiej analizie stwierdziłam, że przecież jeśli ktoś miał nogę dawno temu robioną, to może jeszcze mieć ją na radzieckie lewoskrętne śruby. W tej sytuacji pozostaje jedno: na wieczorku zapoznawczym jako dżentelmen nie pytasz partnerki o wiek, ale pytasz, ile lat ma jej noga (w którym roku była robiona). Na tej podstawie w przybliżeniu określa się, jakie zastosowano śruby (bo na przykład jeżeli to już XXIw., to małe szanse na lewoskrętną śrubę), a co za tym idzie – w którą stronę nie kręcić pani w tańcu.

A jako wisienka na torcie został mi już tylko siedzący na ławce pan z dużym brzuszkiem, który opowiadał swojemu koledze (również siedzącemu na ławce), że trzeba dużo chodzić i ruch to zdrowie. Aha.

Druga część naszej podróży była zdecydowanie ładniejsza – ale to temat na kolejny wpis, jako że nie chciałabym poprzez kontrast umniejszać jej urody.

Miłego! :)

Krótko o tym, jak pokonałam komunistyczne stołówki

Komunistyczne stołówki to taki symbol, bo zaliczają się również do tej grupy kuchnie w całkiem nowoczesnych, wydawałoby się, pensjonatach i gościńcach. Są to miejsca, w których produkty spożywcze (surowe, przetworzone oraz w formie gotowych już obiadów) wykorzystywane są na 110%. Aby się nic nie zmarnowało. Sztandarowym przykładem jest 3-dniowa seria rosół z makaronem – pomidorowa z makaronem – pomidorowa z ryżem, bo makaron wreszcie się skończył, ale pomidorowa jeszcze nie. Jak się ugotowało za dużo ryżu, to można czwartego dnia na wykończenie dać ryż na słodko albo risotto (dla zaawansowanych).

Dzisiaj pokonałam pewną granicę. Bo jeśli ma się cały gar rosołu i próbuje się go zagospodarować, to jeszcze się da zrozumieć. Ale z ostatniego obiadu (gulasz z kaszą jęczmienną) zostało mi coś koło kubka kaszy. Więc ugotowałam pomidorową. Na jutro szef kuchni poleca – pomidorówka z kaszą jęczmienną. 

Nie wiem, czy to przedsiębiorczość, czy gospodarność, czy skrajne lenistwo (nie chciało mi się wymyślać niczego skomplikowanego) – faktem jednak jest, że obiad na jutro ugotowałam w jakieś 20 minut :p gdyby czasy były inne, pracowałabym w stołówce zakładowej.

Miłego!  :)

Kiedy ZOO w ZOO jest w zupełnie innym miejscu…

Jeżeli ktoś myślał, że w ogrodzie zoologicznym największy zwierzyniec jest na wybiegach i w klatkach, to ja może podpowiem: to błąd. Największy zwierzyniec jest bowiem na ścieżkach pomiędzy wybiegami i nie da się ukryć, że czasami wolałabym, żeby to niektórzy ludzie zostali zamknięci w klatkach NA ZAWSZE.

Ale żeby nie było tak pesymistycznie – najpierw żyrafki! :D

Z atrakcji absolutnie cudownych są właśnie żyrafki, brykające zebry, surykatki (miłość forever), zasmucone deszczem wyjce i – oczywiście – lwiarnia. Czym się różni lew od kota domowego? Tylko wielkością, bo odwalają na pieńkach tak samo, jak nasze domowe futrzaki. Rewelacyjna sprawa, lwy w Gdańsku mają ładny kawałek terenu do dyspozycji, dookoła wybiegu rozstawione są lunetki i można praktycznie z bliska zobaczyć zwierzaki. I można też poczuć się dziwnie, jak ustawi się obiektyw na lwa, który patrzy prosto na Ciebie. :p 

Słodkość roku: kot arabski. Nie można się w tym stworzeniu nie zakochać.

Wybraliśmy się w piątek, radośnie padało i nie można powiedzieć, żeby było słońce chociaż przez chwilę, ale zalet takiego rozwiązania znalazłam co niemiara. Żeby schronić się przed wodą, wystarczył kaptur lub parasolka, było ciepło i nie wiało, więc zadanie nie było szczególnie uciążliwe. Za to wszystkie kopytne, psopodobne i kotowate były nadzwyczaj aktywne w takiej pogodzie :D nie było upału, więc nie leżały rozlazłe gdzieś pod krzakami, tylko pokazywały się z tej aktywnej, zaciekawionej światem strony, jedynie małpkom było smutno, bo zostały wygnane przymusowo na dwór, chyba na czas sprzątania domków, i siedziały osowiałe, chroniąc się przed deszczem. Pomijając małpkowe smutki, odkryłam w tej pogodzie drugi ogromny bonus – MAŁO LUDZI. Chociaż i tak znalazły się prawdziwe gwiazdy.

Ja rozumiem, że nie każdy może być zoologiem. Ja rozumiem, że nie wszyscy są geniuszami. Ale czasami wystarczy powiedzieć „nie wiem” i to świadczy o człowieku dużo lepiej, niż siłowe wymyślanie niestworzonych historii. Rzecz dzieje się przy rysiu. Ryś, jaki jest, każdy widzi: płowe futerko w delikatny wzorek, ni to prążki, ni to plamki, uszka z charakterystycznymi pędzelkami, wielkość niewyrośniętego owczarka niemieckiego. Oprócz rysia, który na szczęście nie skomentował całej sytuacji, bohaterami zdarzenia są matka i dziecko. Dziecko – standardowo: mama, a co to? I na to wchodzi nasza krynica mądrości: takie duże zobacz, chyba tygrys! Moja mama zakrztusiła się wdychanym akurat powietrzem, a ja miałam ochotę zapytać, co ta pani sądzi o tym, że szczepionki powodują autyzm

Lwiarnia. Wisi kartka na wysokości wzroku przeciętnego ojca, że PROSIMY O CISZĘ. Wchodzę do środka, wewnątrz inna mama z małym dzieckiem, dzieciak lata po pomieszczeniu i zadaje pytania, kobieta go zatrzymuje i po cichu tłumaczy, że tu są zwierzątka, które nie lubią hałasu i trzeba być ciszej, żeby ich nie denerwować, i zaczyna opowiadać coś o dużym kotku za szybą (akurat wewnątrz znajdował się lew i bardzo domagał się, żeby otworzyć mu wyjście na wybieg), żeby małego człowieka czymś zająć. Cudownie, uwielbiam rozumnych ludzi. I na to wszystko wchodzi jakaś grupka z wycieczki (na wejściu uznałam ich za wycieczkę z jakiegoś Domu Pomocy Społecznej albo coś takiego), i drą ryje jeden przez drugiego. Zresztą akurat ta ekipa darła ryje w całym ZOO, bo nieszczęście sprawiło, że postanowili obejść wszystkie zwierzątka, podobnie jak my, i od czasu do czasu na siebie wpadaliśmy. Zastanawiałam się, czy może nie zgłosić do dyrekcji ogrodu, że uciekło im chyba parę naczelnych (masakra… kto to w ogóle mógł nazwać naczelnymi…?). Ludzie nieustannie mnie zadziwiają swoim analfabetyzmem i jawną głupotą. Cudowne jest w nich jednak to, że nawet nie wiedzą, że prawdopodobnie są upośledzeni i myślą, że są zabawni, fajni i rozrywkowi.

Rozmawiałyśmy ostatnio z Mrs. Brick – czasami żałujemy, że rodzice nam wpoili samodzielne myślenie, że coś wiemy, że czytamy jakieś artykuły, badania naukowe, że coś tam w głowie jako temat do krytycznej, obiektywnej analizy zawsze się znajduje… Czy nie lepiej byłoby być radosnym debilem, który niczego nie rozkminia, tylko uznaje za prawdę pierwszą teorię, jaką dostanie z TV lub Internetu? Jak to powiedział ostatnio jakiś antyszczepionkowy mędrzec pod artykułem o szczepieniach – dla nas ważna jest informacja, a nie źródło informacji. No i pięknie, tak trzymać! W przyszłym tygodniu wykupuję skrawek ostatniej strony opiniotwórczego czasopisma na literę F, na ostatniej stronie którego zawsze znajduje się rozebrana pani, i na tejże ostatniej stronie daję informację, że jogurty naturalne powodują zapalenie trzustki. Żadnych źródeł (a już w ogóle żadnych wiarygodnych źródeł), bo przecież ważna jest informacja, a nie źródło, a poza tym cioteczny kuzyn ze strony pierwszego męża stryjenki Marysi zjadł kiedyś jogurt naturalny, a potem 40 lat później miał zapalenie trzustki, więc dowody są jakby niepodważalne. 

Nieważne, w nosie z głupotą, chociaż czuję ostatnio, że ona mi bezpośrednio zaczyna zagrażać. Wracając do samej wycieczki – w ZOO urzekły mnie też domki dla owadów :D

To tyle, jeśli chodzi o wyjazd, polecam każdemu, bo rozwój tego miejsca przez ostatnie 20 lat (a więc odkąd pamiętam coś więcej niż migawki) jest naprawdę imponujący. A jako wisienkę na torcie miałam okazję zobaczyć pana dyrektora ZOO we własnej osobie :) szacunek za wieloletnią ciężką pracę i za osiągnięcia.

Jeśli już jesteśmy przy osiągnięciach – Halina i Henryk będą kwitnąć! O ile Halina mnie nie zaskakuje, bo anturium to mało wymagający stwór (chociaż to dopiero jej pierwszy kwiat wypuszczony już u mnie), to Henryk wzruszył mnie niepomiernie tym swoim małym pączkiem i teraz muszę na niego chuchać i dmuchać, żeby tylko kwiat się z tego prawidłowo rozwinął. Mam nadzieję, że zdążę go zobaczyć – to raczej jednodniowe widoki. Róża chińska to taki dość kapryśny kwiatek, nie każdemu i nie wszędzie chce dobrze rosnąć, o kwitnieniu nie wspominając (kwiat mojej mamy obraził się na 2 lata po tym, jak przestawiła go do innego pokoju i nie kwitnie, BO NIE). A Henryczek nie ma jeszcze nawet roku i już chce zakwitnąć, to jest sukces :D

Henryk i jego pączek:

Halina i pączek:

Teraz jestem dumnym hodowcą i czekam na rozwój kwiecia :D

Pozostajemy nadal w temacie „Sukcesy”. W czwartek, zwany popularnie Bożym Ciałem, byliśmy z D. zaproszeni na obiadek do babci. Trwaliśmy w radości, ponieważ we wtorek wieczorem zepsuła nam się kuchenka i nie było żadnej opcji, abyśmy mogli ugotować sobie jakiś przyzwoity obiad sami (tak, tak… sponsorem długiego weekendu była firma Knorr i ich dania z pudełek – czajnik działał). Umówiliśmy się na taką jakąś orientacyjną godzinę, na zasadzie jak wrócimy z kościoła, to przyjedźcie na obiad. Siedzimy sobie więc z D. spokojnie w mieszkaniu, aż uznaliśmy, że obiadodawcy pewnie już niedługo będą wracać, więc postanowiliśmy się ubrać i wyjechać. Otóż nie. Bo na ulicy pod naszą kamienicą postanowili klęczeć ludzie. Zdjęcie w kratkę, bo moskitiera.

Czułam się tak, jakby nastał poranek w dzień Zombie Apokalipsy, ale w sumie w Boże Ciało zawsze tak to widzę. Traf chciał, że zablokowali ulicę na dobrych kilkanaście minut, bo jeden z przystanków był akurat naprzeciwko wyjazdu z naszej ulicy (swoją drogą – prawie pod oknami burdelu, ale co tam). Odczekałam grzecznie, aż procesja się zawinie i postanowiłam wyjechać na prowincję, gdzie nikt nie blokuje ulic bez powodu. Akurat jeśli chodzi o te wycieczki z księdzem po mieście… nigdy tego nie zrozumiem. #mózgtakizbytmały

Ale za to lubię pytać ludzi oburzonych paradami i marszami równości („to chore, niech sobie robią co chcą, ale po co się tak obnosić ze swoimi poglądami?!”), czym te parady różnią się od ich procesji w Boże Ciało. Bo przecież jedno i drugie to publiczna manifestacja swoich poglądów na szeroką skalę.

Tymczasem już za kilka dni skończy się świat, ponieważ D. obroni pracę magisterską i pozostanie mu już tylko jedna wizyta na uczelni – odebranie dyplomu. Chwała! Odetchnę z ulgą, że już żadne z nas nigdy więcej nie będzie musiało tam zawitać. I nastanie nieskrępowana wolność, albowiem nie trzeba już będzie w weekendy ani po pracy pisać, powtarzać materiału ani nic takiego. Aż nie wiem, co będziemy robić ze swoim życiem :D jak to obwieścił parę lat temu pan Krzysztof Kononowicz, „nie będzie niczego” – i bardzo dobrze. Czasami to bardzo fajnie, jak niczego nie ma. Szanuję :D

Poniedziałek. Czas na kawę. Byle do czwartku, gdyż piątek mam wolny. Miłego!  :)