Krótko o tym, jak pokonałam komunistyczne stołówki

Komunistyczne stołówki to taki symbol, bo zaliczają się również do tej grupy kuchnie w całkiem nowoczesnych, wydawałoby się, pensjonatach i gościńcach. Są to miejsca, w których produkty spożywcze (surowe, przetworzone oraz w formie gotowych już obiadów) wykorzystywane są na 110%. Aby się nic nie zmarnowało. Sztandarowym przykładem jest 3-dniowa seria rosół z makaronem – pomidorowa z makaronem – pomidorowa z ryżem, bo makaron wreszcie się skończył, ale pomidorowa jeszcze nie. Jak się ugotowało za dużo ryżu, to można czwartego dnia na wykończenie dać ryż na słodko albo risotto (dla zaawansowanych).

Dzisiaj pokonałam pewną granicę. Bo jeśli ma się cały gar rosołu i próbuje się go zagospodarować, to jeszcze się da zrozumieć. Ale z ostatniego obiadu (gulasz z kaszą jęczmienną) zostało mi coś koło kubka kaszy. Więc ugotowałam pomidorową. Na jutro szef kuchni poleca – pomidorówka z kaszą jęczmienną. 

Nie wiem, czy to przedsiębiorczość, czy gospodarność, czy skrajne lenistwo (nie chciało mi się wymyślać niczego skomplikowanego) – faktem jednak jest, że obiad na jutro ugotowałam w jakieś 20 minut :p gdyby czasy były inne, pracowałabym w stołówce zakładowej.

Miłego!  :)

Kiedy ZOO w ZOO jest w zupełnie innym miejscu…

Jeżeli ktoś myślał, że w ogrodzie zoologicznym największy zwierzyniec jest na wybiegach i w klatkach, to ja może podpowiem: to błąd. Największy zwierzyniec jest bowiem na ścieżkach pomiędzy wybiegami i nie da się ukryć, że czasami wolałabym, żeby to niektórzy ludzie zostali zamknięci w klatkach NA ZAWSZE.

Ale żeby nie było tak pesymistycznie – najpierw żyrafki! :D

Z atrakcji absolutnie cudownych są właśnie żyrafki, brykające zebry, surykatki (miłość forever), zasmucone deszczem wyjce i – oczywiście – lwiarnia. Czym się różni lew od kota domowego? Tylko wielkością, bo odwalają na pieńkach tak samo, jak nasze domowe futrzaki. Rewelacyjna sprawa, lwy w Gdańsku mają ładny kawałek terenu do dyspozycji, dookoła wybiegu rozstawione są lunetki i można praktycznie z bliska zobaczyć zwierzaki. I można też poczuć się dziwnie, jak ustawi się obiektyw na lwa, który patrzy prosto na Ciebie. :p 

Słodkość roku: kot arabski. Nie można się w tym stworzeniu nie zakochać.

Wybraliśmy się w piątek, radośnie padało i nie można powiedzieć, żeby było słońce chociaż przez chwilę, ale zalet takiego rozwiązania znalazłam co niemiara. Żeby schronić się przed wodą, wystarczył kaptur lub parasolka, było ciepło i nie wiało, więc zadanie nie było szczególnie uciążliwe. Za to wszystkie kopytne, psopodobne i kotowate były nadzwyczaj aktywne w takiej pogodzie :D nie było upału, więc nie leżały rozlazłe gdzieś pod krzakami, tylko pokazywały się z tej aktywnej, zaciekawionej światem strony, jedynie małpkom było smutno, bo zostały wygnane przymusowo na dwór, chyba na czas sprzątania domków, i siedziały osowiałe, chroniąc się przed deszczem. Pomijając małpkowe smutki, odkryłam w tej pogodzie drugi ogromny bonus – MAŁO LUDZI. Chociaż i tak znalazły się prawdziwe gwiazdy.

Ja rozumiem, że nie każdy może być zoologiem. Ja rozumiem, że nie wszyscy są geniuszami. Ale czasami wystarczy powiedzieć „nie wiem” i to świadczy o człowieku dużo lepiej, niż siłowe wymyślanie niestworzonych historii. Rzecz dzieje się przy rysiu. Ryś, jaki jest, każdy widzi: płowe futerko w delikatny wzorek, ni to prążki, ni to plamki, uszka z charakterystycznymi pędzelkami, wielkość niewyrośniętego owczarka niemieckiego. Oprócz rysia, który na szczęście nie skomentował całej sytuacji, bohaterami zdarzenia są matka i dziecko. Dziecko – standardowo: mama, a co to? I na to wchodzi nasza krynica mądrości: takie duże zobacz, chyba tygrys! Moja mama zakrztusiła się wdychanym akurat powietrzem, a ja miałam ochotę zapytać, co ta pani sądzi o tym, że szczepionki powodują autyzm

Lwiarnia. Wisi kartka na wysokości wzroku przeciętnego ojca, że PROSIMY O CISZĘ. Wchodzę do środka, wewnątrz inna mama z małym dzieckiem, dzieciak lata po pomieszczeniu i zadaje pytania, kobieta go zatrzymuje i po cichu tłumaczy, że tu są zwierzątka, które nie lubią hałasu i trzeba być ciszej, żeby ich nie denerwować, i zaczyna opowiadać coś o dużym kotku za szybą (akurat wewnątrz znajdował się lew i bardzo domagał się, żeby otworzyć mu wyjście na wybieg), żeby małego człowieka czymś zająć. Cudownie, uwielbiam rozumnych ludzi. I na to wszystko wchodzi jakaś grupka z wycieczki (na wejściu uznałam ich za wycieczkę z jakiegoś Domu Pomocy Społecznej albo coś takiego), i drą ryje jeden przez drugiego. Zresztą akurat ta ekipa darła ryje w całym ZOO, bo nieszczęście sprawiło, że postanowili obejść wszystkie zwierzątka, podobnie jak my, i od czasu do czasu na siebie wpadaliśmy. Zastanawiałam się, czy może nie zgłosić do dyrekcji ogrodu, że uciekło im chyba parę naczelnych (masakra… kto to w ogóle mógł nazwać naczelnymi…?). Ludzie nieustannie mnie zadziwiają swoim analfabetyzmem i jawną głupotą. Cudowne jest w nich jednak to, że nawet nie wiedzą, że prawdopodobnie są upośledzeni i myślą, że są zabawni, fajni i rozrywkowi.

Rozmawiałyśmy ostatnio z Mrs. Brick – czasami żałujemy, że rodzice nam wpoili samodzielne myślenie, że coś wiemy, że czytamy jakieś artykuły, badania naukowe, że coś tam w głowie jako temat do krytycznej, obiektywnej analizy zawsze się znajduje… Czy nie lepiej byłoby być radosnym debilem, który niczego nie rozkminia, tylko uznaje za prawdę pierwszą teorię, jaką dostanie z TV lub Internetu? Jak to powiedział ostatnio jakiś antyszczepionkowy mędrzec pod artykułem o szczepieniach – dla nas ważna jest informacja, a nie źródło informacji. No i pięknie, tak trzymać! W przyszłym tygodniu wykupuję skrawek ostatniej strony opiniotwórczego czasopisma na literę F, na ostatniej stronie którego zawsze znajduje się rozebrana pani, i na tejże ostatniej stronie daję informację, że jogurty naturalne powodują zapalenie trzustki. Żadnych źródeł (a już w ogóle żadnych wiarygodnych źródeł), bo przecież ważna jest informacja, a nie źródło, a poza tym cioteczny kuzyn ze strony pierwszego męża stryjenki Marysi zjadł kiedyś jogurt naturalny, a potem 40 lat później miał zapalenie trzustki, więc dowody są jakby niepodważalne. 

Nieważne, w nosie z głupotą, chociaż czuję ostatnio, że ona mi bezpośrednio zaczyna zagrażać. Wracając do samej wycieczki – w ZOO urzekły mnie też domki dla owadów :D

To tyle, jeśli chodzi o wyjazd, polecam każdemu, bo rozwój tego miejsca przez ostatnie 20 lat (a więc odkąd pamiętam coś więcej niż migawki) jest naprawdę imponujący. A jako wisienkę na torcie miałam okazję zobaczyć pana dyrektora ZOO we własnej osobie :) szacunek za wieloletnią ciężką pracę i za osiągnięcia.

Jeśli już jesteśmy przy osiągnięciach – Halina i Henryk będą kwitnąć! O ile Halina mnie nie zaskakuje, bo anturium to mało wymagający stwór (chociaż to dopiero jej pierwszy kwiat wypuszczony już u mnie), to Henryk wzruszył mnie niepomiernie tym swoim małym pączkiem i teraz muszę na niego chuchać i dmuchać, żeby tylko kwiat się z tego prawidłowo rozwinął. Mam nadzieję, że zdążę go zobaczyć – to raczej jednodniowe widoki. Róża chińska to taki dość kapryśny kwiatek, nie każdemu i nie wszędzie chce dobrze rosnąć, o kwitnieniu nie wspominając (kwiat mojej mamy obraził się na 2 lata po tym, jak przestawiła go do innego pokoju i nie kwitnie, BO NIE). A Henryczek nie ma jeszcze nawet roku i już chce zakwitnąć, to jest sukces :D

Henryk i jego pączek:

Halina i pączek:

Teraz jestem dumnym hodowcą i czekam na rozwój kwiecia :D

Pozostajemy nadal w temacie „Sukcesy”. W czwartek, zwany popularnie Bożym Ciałem, byliśmy z D. zaproszeni na obiadek do babci. Trwaliśmy w radości, ponieważ we wtorek wieczorem zepsuła nam się kuchenka i nie było żadnej opcji, abyśmy mogli ugotować sobie jakiś przyzwoity obiad sami (tak, tak… sponsorem długiego weekendu była firma Knorr i ich dania z pudełek – czajnik działał). Umówiliśmy się na taką jakąś orientacyjną godzinę, na zasadzie jak wrócimy z kościoła, to przyjedźcie na obiad. Siedzimy sobie więc z D. spokojnie w mieszkaniu, aż uznaliśmy, że obiadodawcy pewnie już niedługo będą wracać, więc postanowiliśmy się ubrać i wyjechać. Otóż nie. Bo na ulicy pod naszą kamienicą postanowili klęczeć ludzie. Zdjęcie w kratkę, bo moskitiera.

Czułam się tak, jakby nastał poranek w dzień Zombie Apokalipsy, ale w sumie w Boże Ciało zawsze tak to widzę. Traf chciał, że zablokowali ulicę na dobrych kilkanaście minut, bo jeden z przystanków był akurat naprzeciwko wyjazdu z naszej ulicy (swoją drogą – prawie pod oknami burdelu, ale co tam). Odczekałam grzecznie, aż procesja się zawinie i postanowiłam wyjechać na prowincję, gdzie nikt nie blokuje ulic bez powodu. Akurat jeśli chodzi o te wycieczki z księdzem po mieście… nigdy tego nie zrozumiem. #mózgtakizbytmały

Ale za to lubię pytać ludzi oburzonych paradami i marszami równości („to chore, niech sobie robią co chcą, ale po co się tak obnosić ze swoimi poglądami?!”), czym te parady różnią się od ich procesji w Boże Ciało. Bo przecież jedno i drugie to publiczna manifestacja swoich poglądów na szeroką skalę.

Tymczasem już za kilka dni skończy się świat, ponieważ D. obroni pracę magisterską i pozostanie mu już tylko jedna wizyta na uczelni – odebranie dyplomu. Chwała! Odetchnę z ulgą, że już żadne z nas nigdy więcej nie będzie musiało tam zawitać. I nastanie nieskrępowana wolność, albowiem nie trzeba już będzie w weekendy ani po pracy pisać, powtarzać materiału ani nic takiego. Aż nie wiem, co będziemy robić ze swoim życiem :D jak to obwieścił parę lat temu pan Krzysztof Kononowicz, „nie będzie niczego” – i bardzo dobrze. Czasami to bardzo fajnie, jak niczego nie ma. Szanuję :D

Poniedziałek. Czas na kawę. Byle do czwartku, gdyż piątek mam wolny. Miłego!  :)

Wypluwka nietematyczna

Wypluwka nietematyczna to takie wszystko, co akurat mam w głowie, składające się z wielu niepowiązanych ze sobą elementów. Zapraszam!

Ostatnio dni w pracy mijają nam raczej spokojnie, stąd też znalazł się nawet czas na to, by odwiedziła nas koleżanka, która wcześniej pracowała na moim stanowisku. Posiedziałyśmy, poplotkowałyśmy, dostałam nawet kwiatka na wciąż jeszcze nową drogę życia:

Po konsultacjach z koleżanką K. dostał na imię Henrietta i stoi sobie dumnie na biurku (kiedy jestem w domu) lub na półce (kiedy wychodzę z domu, bo Babka miewa zapędy do obgryzywania korzonków).

Weekend udało mi się spędzić absolutnie fantastycznie, tj. w zasadzie bez zaglądania, co się w świecie dzieje (czyli bez włączania kompa). Zauważyłam, że przeglądanie informacji budzi we mnie bardzo negatywne odczucia, więc postanowiłam przynajmniej w weekend tego nie robić. Udało się wspaniale. W piątek po południu zaczęłam robić ciasto, pojechałam do rodziców na kawkę, wróciłam dokończyć ciasto i bawiłam się do nocy nową zabawką*. W sobotę rano wpadli panowie od kontroli napięcia w gniazdkach elektrycznych**, następnie razem z D. pojechaliśmy na śniadanie do Sopotu***, później odbyły się małe prace naprawcze nad samochodem**** i kolejna kawka, a wieczorem olaliśmy mecz (ponoć całkiem udany) i obejrzeliśmy połowę Czasu apokalipsy. Drugą połowę zaliczyliśmy w niedzielę rano*****. Przez resztę niedzieli czytałam Metro 2034 Dimitrija Głuchowskiego, gdzie znaleźć można fantastyczne myśli na temat życia i ludzi. Pierwsza część trylogii również obfitowała w filozoficzne kwiatki i liczę na to, że rozpoczęta właśnie przeze mnie część trzecia nie pozostanie pod tym względem w tyle. Niniejszym zamieszczam próbkę rozważań na temat tego, co po nas zostaje i dlaczego niektórzy ludzie upierają się, że dzieci to ta wyjątkowa rzecz, która zostanie po nich na świecie i będzie wyjątkowym świadectwem ich życia. Czy na pewno takim wyjątkowym?

„Mogą być do nas podobne. W ich rysach twarzy możemy widzieć odbicie naszych własnych rysów, w cudowny sposób zlane w jedno z rysami tych, których kochamy. W ich gestach, w wygięciu brwi, w minach, jakie robią, będziemy z rozrzewnieniem rozpoznawać siebie. Przyjaciele mogą nam mówić, że nasi synowie i córki to skóra zdjęta z nas, że są wycięci z tej samej sztancy. I to ma jakoby zapewniać nam jakieś przedłużenie nas samych po tym, jak przestaniemy istnieć.

Ale przecież żaden z nas nie jest pierwotnym obrazem, na podstawie którego powstają kolejne kopie, lecz zaledwie chimerą, stworzoną po połowie z powierzchowności i wnętrza naszego ojca i naszej matki, dokładnie tak, jak z kolei oni składają się z połówek swoich rodziców. A więc nie ma w nas żadnej unikalności, a tylko niekończące się przetasowania maleńkich kawałków mozaiki, które istnieją same z siebie, składając się w miliardy przypadkowych, niemających specjalnej wartości i rozsypujących się na naszych oczach kompozycji?

Warto więc być tak dumnym, że u naszych dzieci widzimy wypukłość czy wklęsłość, którą przywykliśmy nazywać swoją, ale która tak naprawdę już od pół miliona lat wędruje po tysiącach ciał?

Czy zostanie coś właśnie po mnie?”

/ Dmitry Glukhovsky, Metro 2034 /

Tyle z wyjątkowości.

A teraz gwiazdki, gwiazdki!

* Nową zabawką jest lampa do paznokci hybrydowych, którą zakupiłam po tym, jak szlag trafił moją cierpliwość do paznokci wiecznie obtłuczonych na klawiaturze. Żywię nadzieję, że hybrydy pobędą ładne trochę dłużej, niż 3 dni. Ich już stwierdzoną ogromną zaletą jest to, że maluję paznokcie i idę spać, a rano nie mam wzorków z kołdry na lakierze i nie muszę czekać na jego wyschnięcie milion dni. Owszem, przygotowanie pazura trwa minimalnie dłużej, ale jeśli lakier będzie się trzymał bez odpryskiwania – błogosławię sprzęt na wieki. Nie oszczędzam paznokci, więc wkrótce się dowiem, ile są warte.

** Panowie sprawdzający gniazdka wizytują w naszym bloku raz na 5 lat, u nas sprawdzali akurat kuchnię i łazienkę. Opis ich wizyty należy zacząć od uwagi, że mój kot jest kotem niestandardowym i zachowuje się po psiemu: kiedy słyszy otwierane drzwi, biegnie zobaczyć, kto przyszedł i każdego musi obwąchać, niczego się nie boi i daje do zrozumienia, że on tu jest u siebie. Panowie weszli do łazienki, sprawdzili gniazdka, idą do kuchni – tu mój kot stał już w samiuśkim przejściu, drżąc ze zniecierpliwienia. „Ooo, jaki ładny kotek!”. Kotek, jak już usłyszał, że taki ładny, to zaczął gwiazdorzyć. Ocierał się o nogi jednego z panów, latał za nim i tańczył wokół niego, prezentował się w całej okazałości, nawet postanowił odwalić popisówkę na drapaku. Panowie byli zachwyceni kotkiem, a starszy z nich zauważył wiszącą u nas w kuchni planszę z napisem:

TEN KOT
LIŻE
GNIAZDKA
(kontakty)

Przeczytał to sobie i się zadumał, więc mówię, że jak się wprowadziliśmy, to Babeczka obeszła mieszkanie i miała wszystkie gniazdka wylizane. Na co pan tonem znawcy:

- Elektryk…

I trudno się z tym nie zgodzić, jako że elektryka prąd nie tyka, a Babeczki też szczęśliwie nie tknął.

*** Śniadanie w Sopocie spełniło wszelkie marzenia i oczekiwania mojego żołądka. Naleśnikarnia, którą zawsze odwiedzamy, stoi na ultrawysokim poziomie, dużo wyższym, niż niektóre rozreklamowane w Trójmieście naleśnikarnie, i w ten weekend nadszedł czas, by ją właśnie odwiedzić. Pojechaliśmy z samego rana, żeby uniknąć tłumów w porze obiadowej, więc po 10:00 byliśmy na miejscu. Tłumu samochodowego w Sopocie nie udało się jednak uniknąć, bo była duża impreza na hipodromie, jakieś wydarzenia na kortach i poruszanie się po mieście było lekko utrudnione. Daliśmy jednak radę i chwała nam za to! Byliśmy dzielni, pojechaliśmy tam nawet z zepsutym tłumikiem (spaw w piątek puścił i nam się tłumik rozczłonkował). W drodze do Sopotu nasz nadwyrężony przyjaciel postanowił upaść najniżej jak się da, czyli na poziom asfaltu, i w drodze powrotnej radośnie na każdym wyboju tarliśmy rurą o nawierzchnię. Miód na me uszy, plaster na moje serce. MYŚLAŁAM, ŻE OCIPIEJĘ. Do tego rano w Sopocie dość mocno wiało, a ja byłam w śmiesznej cienkiej kurteczce i wieczorem dorobiłam się (znowu… ostatnio często mi się to zdarza…) stanu podgorączkowego. W wielkiej radości zagrzebałam się w kocach i udawałam, że wcale nie marznę. W tym wszystkim pocieszało mnie jedynie wspomnienie przepysznego naleśniczka z kurczakiem, pieczarkami i sosem koperkowym. Poezja <3

**** Ponieważ parkujemy na Starym Mieście, a na starych miastach ulice są zazwyczaj porządnie wyłożone kostką brukową, która czyni ulicę nierówną, trochę niedobrze byłoby ten zwisający tłumik tak zostawić. Wyobraziłam sobie, jak D. musi wycofać trochę samochodem, aby opuścić ciasne miejsce, zapiera się tą rurką o jakąś kostkę i psuje wszystko, co tylko da się zepsuć poprzez wypchnięcie rury od tłumika podczas cofania. Wizja ta bardzo mnie zaniepokoiła, dlatego też pojechaliśmy na wieś i D. razem z moim tatą tymczasowo podwiązali wszystko drutem. Do mechanika i tak byliśmy już umówieni na dziś lub jutro, a ta prowizorka umożliwiła nam w miarę bezpieczne podróżowanie na krótkich dystansach. Kiedy panowie leżeli pod samochodem i naprawiali tłumik, ja siedziałam z mamą na górze i naprawiałam jej zagubiony paznokieć moją nową lampą do hybryd. Są priorytety :D

***** O filmie Czas apokalipsy mogę powiedzieć tylko jedno: jak się go ogląda w dwóch częściach, mniej więcej równej długości, to ma się wrażenie, że oglądało się zupełnie dwa różne filmy i że ten pierwszy był zdecydowanie lepszy. Ale ogólnie uważam, że warto, bo lubię filmy z gatunku mindfuck, które pozostawiają widza z takim „ej, coooo?”. Przerażający jest zarówno sam film, jak i świadomość, że ludzie zdolni są do każdej z rzeczy, które zostały tam pokazane. Pozostaje lekki niepokój.

______________________________________________________

Uwielbiam te dni, kiedy przychodzisz do pracy w poniedziałek, a tam już środa, bo tydzień jest mocno skrócony, należy mi się. Następny też będę miała skrócony, bo też mi się należy. A potem za chwilę będzie już lipiec i chociaż dla osobnika pracującego to już nic nie znaczy, to chyba zawsze wewnętrznie będę odczuwała taki spokój w tym czasie, bo „wakacje”. Nie da się tak w ciągu paru lat wyrzucić z głowy przyzwyczajeń z lat osiemnastu, jeśli policzyć tylko od zerówki, zaliczyć 3-letnie liceum i skończyć studia w regulaminowe 5 lat. Ten termin „wakacje” zawsze będzie gdzieś w głowie, nawet jeśli jest się miłośniczką urlopów wrześniowych.

Co do urlopów – w tym roku mam zamiar wybrać się na porządny wypoczynek gdzieś w jakąś ładną krainę z mnóstwem fajnych pieszych szlaków i pobytować tam chociaż tydzień. Zobaczymy, jak to się uda i czy dane mi będzie wyjechać w jakimś rozsądnym terminie. Myślę, że wkrótce będzie już można zacząć myśleć o planowaniu urlopu, usiąść, poszukać noclegów, trasy, nacieszyć się projektowaniem wypoczynku :) to taka sama frajda, jak faktyczny urlop.

Na dziś to chyba tyle. Ambitnie pada deszcz, więc jestem śpiąca i ziewam na potęgę, odsiedzę tu jeszcze swoje 3 godzinki i udam się do domu, gdzie będę czytać trzecią część Metra. I zostaną jeszcze 2 dni do przepracowania :D jak będzie ładnie, w najbliższych dniach udam się do ZOO. Dawno nie byłam, aż wstyd, a D. w gdańskim ogrodzie nie był jeszcze w ogóle. Czekają nas ogólnie różnorakie atrakcje i należy się tym cieszyć, jako że życie samo z siebie rzadko coś przydatnego i fajnego oferuje – zazwyczaj są to problemy neurologiczne i nowotwory. Stąd konieczność umilania sobie życia z jak największym uporem i entuzjazmem. Wiem, zabrzmiało to strasznie, ale faktem jest, że akurat z taką tematyką mam obecnie do czynienia. Może jeszcze wliczyłabym w to wszystko niestrawność. Chociaż naleśniczka z Sopotu akurat strawiłam wybitnie sprawnie <3

Miłego!  :)

Trzy najbardziej epickie momenty w moim życiu (jak dotąd)

Trzy najbardziej epickie momenty w moim życiu (jak dotąd) wyglądają następująco:

1. Gdy totalnie olałam egzamin roczny z wiolonczeli w drugiej klasie szkoły muzycznej i nauczyciel kazał mi przyjść z mamą.

2. Gdy pewnego letniego popołudnia musiałam ręką w gipsie trzymać nie mojego kuca i zaprowadzić go z tą ręką na jego pastwisko.

3. Gdy wczoraj rano Babeczka narzygała na magisterkę D.

A było to tak:

1

Miałam co do szkoły muzycznej kompletnie inne oczekiwania, niż mój nauczyciel wiolonczeli. On chciał chyba robić ze swoich uczniów gwiazdy, wysyłać ich na konkursy, festiwale, ogólnie sława, sława, ćwiczenia, ćwiczenia – a ja po prostu chciałam nauczyć się grać. Pierwsza klasa minęła nam po prostu na pyskówkach, druga już na regularnych awanturach i moim złośliwym olewaniu przedmiotu, jakim była nauka gry na wiolonczeli. Po każdym semestrze zdawało się egzamin przed komisją, tak w ramach zestresowania mniej odpornych dzieciaków do cna. Oprócz tego była to chyba próba nadania szkole muzycznej jakiegoś wyższego statusu, „no wiesz, egzamin po każdym semestrze, coś poważnego”. Mój egzamin po drugiej klasie wyglądał tak, że w ogóle przed nim nie ćwiczyłam, zagrałam najgorzej jak umiałam, myląc się w najprostszych przejściach i z radością eksponując wszelkie nieczystości. Pan od wiolonczeli był wściekły, jak można było tak zwalić egzamin (uważam, że mogłam się postarać i zwalić go bardziej), że to wstyd i w ogóle. Ja zauważyłam, że to wstyd, jak on próbuje nas uczyć i że w zasadzie to ja mam w nosie tę wiolonczelę i wcale nie chcę grać. Pan na to wyrzekł sławetne PRZYJDŹ Z MATKĄ

Pamiętam to jak dziś: korytarzem do drzwi wyjściowych pędziłam jak natchniona, bo wiedziałam, czym to się skończy. I że na pewno nie skończy się tym, na co miał nadzieję pan od wiolonczeli, a mianowicie – że moja mama go będzie przepraszać. Wypadłam więc na zewnątrz, podbiegłam do samochodu i oświadczyłam mamie, że Jaśniepan chce z nią rozmawiać, w międzyczasie wplatając informację, że egzaminu raczej nie zdałam. Po minie rodzicielki widziałam, że oto skończyła się jej cierpliwość do fanaberii Jaśniepana, który uważał (chyba jak każdy nauczyciel świata, a zwłaszcza nauczyciele przedmiotów dodatkowych i gównianych), że ta wiolonczela to powinien być sens mojego życia, najważniejsza kwestia we Wszechświecie, walić matematykę i języki obce. Z miną chciałeś, to masz otworzyłam drzwi do sali i oświadczyłam, że Pani Matka nadeszła. Pan kazał mi poczekać na korytarzu. Może i dobrze, bo słuch mam wrażliwy i głośne dźwięki bardzo mnie męczą. 

Z tego, co pamiętam, pan od wiolonczeli dał radę wygłosić tylko wstęp do swojej tyrady, coś o tym, że jestem uparta, złośliwa i nie ćwiczę, przez to zawaliłam egzamin, gdy w słowo weszła mu moja rodzicielka. I gwarantuję wszystkim, że on do dzisiaj żałuje tego PRZYJDŹ Z MATKĄ. Jeśli jeszcze w tamtym momencie myślał, że jest wspaniałym nauczycielem i ktoś się z nim liczy, to sądzę, że jego złudzenia z gruchotem pokruszyły się na ścianie gorzkiej prawdy i zarzutów mojej mamy. Po tym, jak się pokruszyły, zostały dodatkowo starte na proch tym, że moja mama wyruszyła na skargę do dyrektorki szkoły. Akcja nie była bezpodstawna: każdy, kto był w tej szkole, zna nazwisko tego gościa, a większość z tych, którzy się u niego uczyli, ma traumę i do dziś nie dotknęło wiolonczeli. Ludzie z niespełnionymi ambicjami nie powinni uczyć nikogo, bo przenoszą tylko swoje zdechłe marzenia na kogoś, kto tych marzeń wcale nie chce. O tym moja mama też była uprzejma wspomnieć dyrektorce, która w zasadzie była całkiem spoko babeczką i znała trochę sławę pana od wiolonczeli. Skończyło się na tym, że zaproponowała mi dokończenie szkoły w klasie fagotu. Po przegadaniu z mamą stwierdziłyśmy, że może to niegłupie i przez następne 2 lata robiłam 4-letni program nauki gry na fagocie, co było dużo lepszą zabawą, niż lekcje z tym czubkiem. To był jeden z tych momentów, który świetnie pokazał, że wyniki uczniów nie zawsze zależą w 100% od predyspozycji dziecka, bo są też odbiciem tego, co potrafi nauczyciel. Klasę fagotu w pełnej zgodzie z nauczycielką skończyłam bez większych przygód, w późniejszym czasie też chętnie z własnej woli sięgałam po ten instrument, ale akcję PRZYJDŹ Z MATKĄ zapamiętam do końca życia. Jestem pewna, że kiedy prowadziłam ją korytarzem na pierwszym piętrze do sali wiolonczeli, na drugim piętrze ktoś akurat grał Knights March (chociaż to jeszcze nawet nie było skomponowane). 


2

Pewnego wyjątkowo upalnego popołudnia, gdy szurnięcie klapkiem po balkonie powodowało burzę piaskową na tarasie piętro niżej, siedziałyśmy sobie z mamą, próbując przetrwać gorąc. Ze 2 tygodnie wcześniej udało mi się wyrąbać w szkole i wpakować rękę w gips (na szczęście lewą, czyli tę z założenia mniej przydatną), więc nawet nie próbowałam się zmuszać do jakiejkolwiek konstruktywnej czynności. Cisza, spokój, jak to na wiosce. Wszystko, co żyło, czekało na to, aż nadejdzie wieczór i zelżeje upał. Wait – nie takie wszystko.

Niedaleko naszego domu jest taka gruntowa droga, ciągnąca się między polami, kawałkiem lasu, prowadząca do sąsiednich wioch; przy tej gruntówce zdarzają się pojedyncze domki lub gospodarstwa, między innymi gospodarstwo pana Z. Pan Z. posiadał w tamtym czasie (i posiada do dziś) między innymi osiołka oraz wyjątkowo rasową kucynkę walijską najszlachetniejszej odmiany. Nie wiadomo, które z tych dwóch zwierzątek ma większą sieczkę we łbie, w każdym razie – tamtego popołudnia jedno się spłoszyło i postanowiło biec jak pojebane przed siebie (kucynka), a drugie postanowiło w ramach przyjaźni biec za tym pierwszym (osioł).

Od pastwiska do mojego domu prostą trasą jest ok. 1 km, od mojego domu dalej tą samą trasą za ok. 700 metrów jest droga krajowa o sporym natężeniu ruchu. Spłoszone kopytne raczej nie są skore do zatrzymywania się bez powodu, idą przed siebie. Z balkonu dostrzegłyśmy, że wspomnianą drogą gruntową w stronę naszego domu zmierza obłok dymu. Uznałam, że Izraelici ze swoim obłokiem nie mogliby się poruszać aż tak szybko, więc to musi być coś innego. Z ciekawością wyjrzałam za róg i oczom moim ukazały się mijające nasz dom kopytne, ani myślące się zatrzymać. Przypomnę, do krajowej jakieś 700 metrów. Zdążyłam przebiec na drugą stronę domu, żeby zobaczyć akurat, jak osioł wybiegł na drogę prosto pod przejeżdżający samochód, przewrócił się od siły uderzenia i zaczął się zbierać do wstawania, kucynka zdezorientowana wyhamowała na poboczu, a z samochodu zaczął wysiadać jakiś przerażony koleś. Jego żona postała w samochodzie, gdyż osiągnęła ten stopień przerażenia, gdy już nawet nie wysiadasz.

Aby zwierzaki nie odstawiły jakiejś dalszej maniany, zanim przyjedzie właściciel, pobiegłyśmy z mamą na miejsce wypadku. Złapałam kucynkę za kantar i pobieżnie sprawdziłam, czy jest cała, kiedy zaczął się do mnie zbliżać koleś z samochodu. Osioł nadal stał przed maską, zastanawiając się, czy mu się to wszystko przypadkiem nie śni. Koleś z samochodu tymczasem, idąc ku mnie z rozwścieczoną miną, zaczął krzyczeć CZY TO SĄ PANI ZWIERZĘTA?! Zanim odpowiedziałam, że nie, przeciągnęłam kucynkę przed siebie, wyglądając zza jej grzbietu – stwierdziłam, że przez kuca mnie może nie pobije. Pan zaczął wobec powyższego krzykiem domagać się ujawnienia właściciela – oświadczyłam, nadal zza kucowego grzbietu, że właściciel zaraz będzie na miejscu (modląc się w duchu, żeby pan Z. faktycznie jakimś cudem przyjechał albo żeby ktoś po niego zadzwonił). W tym czasie moja mama wysłała mojego młodszego brata, który przybiegł za nami, po psią smycz i przypięła ją do ogłowia osiołka. To było swoją drogą odważne, bo w sumie nie wiadomo, co temu zwierzakowi po takim uderzeniu mogło odwalić. Ogłosiłam, że zabieram kucynkę na jej pastwisko i ruszyłam w stronę domu, po czym ku swej wielkiej radości zobaczyłam pana Z. mknącego na rowerze w naszą stronę. Zadowolona, że gość z samochodu dostanie swoją ofiarę, poczekałam na moją mamę z osiołkiem i wyruszyłyśmy na spacer w kierunku pastwiska. Za nami niosły się krzyki w stylu moja żona jest przerażona, siedziała na przednim siedzeniu, ten osioł potłukł nam szybę oraz mam szkło nawet w gaciach, w staniku, w gaciach, wszędzie! Aby uniknąć dalszej części tego sporu, który nie był w zasadzie naszą sprawą, oddaliłyśmy się pospiesznie.

I tu zaczęło się drugie show, bo o ile ten przetrącony osiołek miał się całkiem dobrze (one to jednak mają twarde łby…) i karnie szedł na smyczy, to kucynka strzelała fochy i nie dała się prowadzić inaczej, jak tylko lewą ręką. Tą w gipsie. Do tego urządzała sobie przystanki na skubanie trawy, a ja w tej ręce nie miałam dość siły, żeby ją ciągnąć, więc przechodziłam na prawą rękę, wyciągałam kuca z pobocza, łapałam z powrotem lewą i prowadziłam aż do następnej kępy trawy. Było fajnie, ludzie patrzeli na nas jak na idiotki, upał wkurzał i nas, i zwierzaki, a każde kopytko postawione na drodze wznosiło tuman kurzu na wysokość nosa. Normalnie Salvador Dali (albo już nawet Salvador Bliży, bo w sumie byłam w samym centrum wydarzeń). 

I jedno tylko nieskończenie mnie bawi (bawi, bo skończyło się dobrze). Ci ludzie z samochodu. Jedziesz sobie drogą krajową, jedziesz, jedziesz, aż tu nagle… osioł. Myślę, że to już się kwalifikuje do przerobienia z jakimś dobrym terapeutą.

3

D. w ostatnim tygodniu wydrukował, oprawił i oddał magisterkę do podbicia w dziekanacie. Jakieś głupie szczęście sprawiło, że recenzentowi oddał z pośpiechu ładnie oprawioną pracę, z logo uczelni i tymi wszystkimi ozdobnikami, a sobie w domu zostawił taką zgrzaną, oprawioną w foliową okładkę i umówił się z promotorem, że wymienią się egzemplarzami na obronie. 

Kiedy kocię moje dostaje jakiejś przykrej niestrawności, rzyga na wszystkie powierzchnie zmywalne (nigdy na dywaniki i kanapę, leci w panice na panele albo biurka). Często też (jakby zapobiegawczo) na takich powierzchniach sypia. Za biurkiem stoi taka wielka plastikowa skrzynia, w której przechowuję część sprzętu kuchennego. Babeczka lubi się na tej skrzyni czasem wysypiać, D. lubi tam składować ważne rzeczy. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym specyficznym rodzajem konkurencji między nimi, po prostu tak jest i oboje z tej skrzyni korzystają. Wczoraj rano poszłam sobie spokojnie myć włosy, kiedy słyszę walenie w drzwi do łazienki i paniczne pytanie D.:

- Co tam robisz?
- Włosy myję, a co?
- Czyli mogę wejść?
- No możesz…

D. wbiegł po papier, chwycił rolkę i wybiegając z łazienki wydusił:

- Babeczka narzygała mi na magisterkę.

Postanowiłam nie pytać. Stwierdziłam również, że i tak już za późno na cokolwiek, więc nie ma sensu, żebym biegła za D. Dokończyłam mycie włosów, wyszłam z łazienki i pytam:

- Więc mówisz, że nasz domowy recenzent narzygał na twoją pracę?
- Na twoją torbę też.

To już mnie zniesmaczyło, bo nie przypominam sobie, żeby moja torba od laptopa musiała przejść jakąś recenzję. W każdym razie okładkę (i torbę) udało się doczyścić, większych szkód nie odnotowaliśmy, i mam tylko nadzieję, że to „na szczęście”. Gorzej by było, gdyby zapaskudziła tę tłoczoną okładkę, nikt by tego nigdy nie doczyścił xD     podsumowując – praca magisterska D. nie znalazła chyba uznania w oczach Babeczki. Irracjonalność sytuacji była jednak nie do opisania. Walka o tę pracę trwała od miesięcy, wreszcie udało się zamknąć temat, ogarnąć wszystko, dopiąć na ostatni guzik – i na to wszystko przychodzi mój kot i po prostu puszcza na to pawia. To się nazywa dystans do życia…

Miłego! :)

Nadchodzi wolność <3

Wolność nadchodzi wielkimi krokami, albowiem ja oddałam już całą dokumentację z moich ostatnich zleceń (więc zostają ewentualne drobne poprawki, które się zdarzą albo nie), a D. oddał do dziekanatu pracę magisterską i wszystkie inne pierdoły, więc jak tylko się obroni – koniec popołudniowo-weekendowych nasiadówek nad czymkolwiek. Będzie można leżeć i kwitnąć albo jeździć w dziwne miejsca, wybierać się na konie, nad jeziora i na kurki do Borów Tucholskich, oczywiście do czasu, aż nie znajdziemy sobie nowych atrakcji. W perspektywie jest egzamin D. na uprawnienia budowlane i/lub moja podyplomówka, zobaczymy, niby fajnie, ale chyba wolałabym trochę jednak odpocząć. A z drugiej strony – wiadomo, że lepiej funkcjonuję, jak mam dużo na głowie. Zastanowimy się jeszcze. 

Na pewno nie mogę się doczekać planowanych wyjazdów do Elbląga, Fromborka i – może wreszcie – Olsztyna. W Elblągu zauważyłam niezwykły potencjał, prawie jak w Szczecinie („Szczecin, Szczecin… ty syfie.”) i Gniewie (Ładny Pelplin i brzydki Gniew), i jak tylko zwiedzę dostatecznie dokładnie tę miejscówkę, na pewno zdam relację. Przejeżdżałam tamtędy ostatnio i już wiem, że będzie co pokazywać… Chociaż Tczew też trzyma poziom:

Nie znałam wcześniej tej marki. Byliśmy zaskoczeni, ale jednak co parking pod Biedronką, to parking pod Biedronką. W sumie w Tczewie sam parking pod Biedronką dałby radę zapełnić cały „Reportaż z dziwnych miejsc”, bo to, jak ludzie tam parkują, to jest poezja po prostu. Przejazd? Jaki przejazd? Ja tu parkuję, bo stąd do drzwi najbliżej, A GRAŻYNKA MUSI MIEĆ BLISKO! Wyprawa do Biedry to zawsze dla mnie przygoda, naprawdę polecam, warto. Podobnym rodzajem przygody jest wyprawa do Tesco w Starogardzie Gdańskim, również polecam, ale najpierw trzeba obić samochód folią bąbelkową, żeby bezpiecznie tam parkować wśród tych ludzi. Polecam uważać :)

Dziś Dzień Dziecka, więc pojadę sobie do babci na pączki, genialnie, już szykuję miejsce w żołądku. Przestałam żałować, że zapomniałam śniadania do pracy – nadrobię po południu :D jutro  zaś, skoro jesteśmy już w temacie jedzenia, planuję wybrać się z D. na najpyszniejsze naleśniki w Sopocie celem świętowania oddanej pracy (bo w naszej katedrze obrona ma status „Herbatka u cioci” i nie ma się zbytnio czym przejmować; wszyscy wychodzą z założenia, że skoro ktoś przetrwał 5 lat na tym wydziale, to trudno go bardziej zniszczyć). Wreszcie zaczyna się to popołudniowe niecnierobienie albo cochcęrobienie, którego tak ostatnio brakowało :D w pracy z kolei też zaczyna być nieco spokojniej, bo pozbywamy się najtrudniejszych zleceń i atmosfera wraca do normy. Tak to ja mogę żyć <3 do pełni szczęścia brakuje mi w sumie tylko nowej szafy (jesteśmy na etapie rozglądania się za), bo kurtki zimowe wciąż w stanie nieschowania wiszą. I prowokują zimę do powrotu. A oprócz kurtek muszę też jeszcze gdzieś pochować wszystkie moje buty i torebki, sporo się tego narobiło :p 

Z okazji Dnia Dziecka życzę wszystkim naszym wewnętrznym dzieciom, aby ujawniały się jak najczęściej i nakłaniały nas do robienia głupot. To potrzebne i zdrowe :D moje wewnętrzne dziecko czeka na przykład na ten Elbląg, będzie hit, już to czuję. Może w najbliższy weekend?

Miłego!  :)

Kolejna nisza na rynku, która na mnie czeka

Czasem jest tak, że znajduję te nisze i naprawdę zastanawiam się, czy tego nie wykorzystać. Ostatnia taka spektakularna okazja to były wspomniane niegdyś pełnowymiarowe wypchane konie na biegunach. Dla zainteresowanych – to tutaj, to ten właśnie chory wpis: Nisza na rynku .

Wczoraj wraz z D. odkryliśmy nową rzecz dla mnie. Otóż żyjemy w dobie coachingu i rozwoju osobistego (i dlatego uwielbiam Facebookowy fanpage Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty), w świecie pełnym porad, jak żyć i co robić, by odnieść jakkolwiek pojmowany SUKCES. Najczęściej pojawiającym się sformułowaniem w dziale Porady jest „musisz opuścić swoją strefę komfortu”. 

I wtedy wchodzę ja (cała na biało) i moja nowa książka, którą dopiero napiszę. Tytuł roboczy brzmi Jak wzmacniać swoją strefę komfortu: poradnik konstruktora maszyn bojowych. Otóż wg mojego poradnika absolutnie będziemy odchodzić od tego niezdrowego trendu, jakim jest porzucanie własnej strefy komfortu, i będziemy to robić na rzecz umacniania jej, pielęgnowania i taranowania nią stref komfortu ludzi, których nie lubimy :D 

Dyskusja z pomysłem wywiązała się między mną i D. z racji wizyty u moich rodziców. Przed ślubem, kiedy to haniebnie pogwałciliśmy wszelkie tradycje i prawa natury (od wyglądu obrączek poprzez formę uroczystości aż do kwestii nazwiska*), moja mama – oczywiście – musiała pozałamywać trochę nade mną ręce, pomarudzić, że jak to tak, że dlaczego ja zawsze pod prąd, że jestem uparciuchem (no jestem.), że tak nie można stawać okoniem ciągle (byłam okoniem w zeszłym życiu, czego już wielokrotnie dowiodłam) i tak dalej. Przypomnę – to było przed ślubem. I tylko w mojej obecności**.

Tutaj należy dokonać wyjaśnień.

* zostałam przy swoim nazwisku ku zastanowieniu mamy, rozpaczy babci i przy całkowitej aprobacie mojego (wtedy jeszcze) przyszłego. Jestem ogromną przeciwniczką zmieniania nazwisk, chyba że ktoś naprawdę ma potrzebę całkowitego zjednoczenia się z rodziną męża i tworzenia nowej rodziny pod wspólnym sztandarem, albo chce w pewien sposób uciec przed starą tożsamością i symbolicznie rozpocząć nowe życie. Ok, powody są różne i radośnie akceptuję wszystkie oprócz powodu pt. nieprzemyślana zmiana nazwiska. Jednak jeśli chodzi o moją osobę, po niezbyt długich rozważaniach uznałam, że od pewnego czasu na różnych frontach buduję pewną markę, która nazywa się tak, jak ja się nazywam, i niekorzystnym byłoby zmieniać marce nazwę w zasadzie bez większego powodu. Włoszki, kobiety z narodu silnie przywiązanego do swoich familii i do swojego pochodzenia, nie zmieniają nazwiska po ślubie, nie mają nawet takiej możliwości prawnej – jest to pewien przejaw dumy z tego, kim się jest od urodzenia i w tym miejscu jednoczę się z tamtą częścią Europy, również będąc dumną „nosicielką” tylko ojcowskiego nazwiska. Ta przynależność do rodu ojca to kolejna kwestia, tym razem związana z punktem widzenia bojującej feministki – już raz zostałam „ometkowana” i przypisana poprzez nazwisko do stada jednego mężczyzny. Wtedy zostałam przypisana bez swojego świadomego udziału. Jednak jako dorosła osoba mogę przeciwko temu zaprotestować – nazwisko już jedno mam i nie istnieją racjonalne powody, by teraz robić alpejskie kombinacje z przepisaniem się pod szyldzik innego mężczyzny. Ja to ja, ta sama od urodzenia. I jestem okropna, wiem :D

** to „tylko w mojej obecności” to nawiązanie do pewnego letniego poranka, kiedy to własnymi ręcyma ładowałam łopatą węgiel do piwnicy. Przyszedł mój dziadek i skrzyczał mnie, że mam zostawić ten węgiel, że mój brat to zrobi, jak wstanie, że to nie jest robota dla dziewczyn, że co to ma znaczyć?! Zgodnie z faktami oświadczyłam, że zanim Młody się obudzi, to ja powolutku będę już miała większość skończone i że żadna krzywda mi się nie dzieje, rączek sobie nie urywam. Dziadek pomarudził, ale wiedząc, że nie wygra, odszedł z godnością. Jakieś pół godziny później idąca ulicą ciotka – na widok mojej skromnej osoby wymachującej łopatą – uznała za stosowne przekazać dziadkowi, że to chyba nie jest robota dla dziewczyny i „jej wnuczki by tego nie robiły”. Na to dziadek z niezmąconym spokojem:
- A bo ty masz źle wychowane.
Ta historia znalazła się tutaj dlatego, żeby uświadomić wszystkim, jak bardzo różni się rytualne marudzenie mojej rodziny od tego, jak odnoszą się do moich fanaberii faktycznie.

Powracamy na właściwą ścieżkę – przed ślubem należało stoczyć kilka tradycyjnych potyczek słownych, coś w rodzaju sympatycznej gry towarzyskiej, każdy to miał. Można byłoby pomyśleć, biorąc pod uwagę te wszystkie rozmowy, że rozczarowałam swoją rodzinę. Otóż – chyba nie. Ostatnio rodzicielka moja miała okazję spotkać się z jedną z ciotek. Padło pytanie, jakie teraz mam nazwisko po ślubie. Na to moja rodzicielka tonem największej oczywistości: no jak – G……..ska!, przyjmując postawę nie rozumiem pytania, no jak miałaby mieć inaczej na nazwisko?. Zapadła chwila milczenia, a następnie chyba ostatecznie zostałam przez ciotkę skreślona z Listy Poważanych Krewnych, ponieważ jako jedyna z tej gałęzi rodziny nie wyprawiałam wesela na 150 osób, a do tego ta sprawa z nazwiskiem, dajcie mi długopis, toć trza to kreślić. Przez jedną z babć zostałam skreślona z Listy Poważanych Krewnych w poprzedni weekend, kiedy na jej pytanie o ślub kościelny odpowiedziałam, że takowego nie będzie (ja już ślub wzięłam i nie planuję „poprawek”, halo). Druga babcia przyjęła fakty bez zbędnych uwag do wiadomości tuż po tym, jak moja mama wygarnęła jej, że lepszy dobry mąż bez ślubu kościelnego, niż pobłogosławiony związek z pijakiem i damskim bokserem. Ta wizja skutecznie podziałała i od tej pory nie słyszałam od dziadków ani słowa o kościele. Moja mama powinna dostać Order Wytrutych i Wymarłych za te swoje działania :D wracając do sprawy z ciotką i nazwiskiem – wieczorem rozmawialiśmy z D. o tym zdarzeniu i śmiałam się, że zobacz: przed ślubem to trzeba było rytualnie namarudzić, a teraz – wszelkie moje wybory mają domyślnie dopisaną klauzulę No Przecież To Oczywiste. Na to D.:
- Ja mam w ogóle wrażenie w takich momentach, że Twoja mama jest z Ciebie w jakiś sposób dumna za ten Twój upór i za to, że zawsze stawiasz na swoim.

Czasami też mam takie wrażenie. Że od małego rodzice próbowali mnie utemperować, bo brak reakcji na moje wyczyny byłby mało wychowawczy, ale tak naprawdę to pozwalali mi być tym upartym, nieustępliwym stworzeniem, jakim jestem do dziś. Że pouczali dla czystej przyzwoitości, a tak serio to całkowicie akceptowali to moje znarowienie. I chwała im za to!  :)

Z tych rozważań wziął się pomysł napisania książki o tym, że absolutnie nie należy opuszczać swojej strefy komfortu. Jeżeli ktoś próbuje sprawić, żebyśmy w naszej strefie poczuli się niekomfortowo, należy go tą strefą rozjechać i pozbawić złudzeń, że jego zamiar kiedykolwiek wypali. Proponuję ze strefy uczynić rodzaj czołgu i bez wyrzutów sumienia jeździć nim po świecie, udowadniając, że sukcesy i szczęśliwe rzeczy osiąga się właśnie wtedy, kiedy żyje się w zgodzie ze swoimi potrzebami i tym, co mamy w głowie, a nie „przełamując schematy swojego umysłu”. Nie ma sensu naginać się do świata, kiedy można świat nagiąć do siebie. Polecam :) na początku troszkę dziwnie, bo kulturowo jesteśmy wszyscy uczeni czegoś innego, ale później wchodzi w krew. Do takiej wygody można się szybko przyzwyczaić :D

Wszystko to dzisiaj, oczywiście, w kategorii żartu, ale nad książką się zastanowię. Ostatecznie wszystkiego w życiu trzeba spróbować podobno.

Miłego! :)

Wiosna wreszcie – wzruszonam!

Taaaaak jeeeeeeeeeest! Wreszcie :D idę rano do pracy w najcieńszej kurteczce, jaką posiadam (bez kurteczki jeszcze nie – czasami wiatr zawiewa, a ja nie lubię, jak idę i jest mi ciepło, a nagle dostaję po rękach arktycznym wiatrem i mi się komfort cieplny zaburza), bez szalików, bez kaptura, okulary przeciwsłoneczne (kocham) i lekkie buty. Mój D. rozpoczął już sezon na narzekanie dlaczego jest tak gorąco…?, ale wybaczam mu to marudzenie, bo wiem, że o ile dla mnie 27 stopni to poziom No-Ewentualnie-Mogę-Spać-Bez-Skarpet, to dla niego od 27 stopni zaczyna się Dlaczego-Nie-Mogę-Zdjąć-Skóry. Podpowiem, że istnieje jeszcze jeden poziom, poziom 35 stopni: dla mnie to strefa Komfort-Cieplny-Mocno-Proszę-Nie-Przeszkadzać, gdy D. po prostu osiąga wtedy stan Kompletne-Spopielenie. Innych poziomów, typu 20 stopni oraz 13 stopni nie będę nawet wspominać, bo takie temperatury wymagałyby wstawienia tutaj zestawienia warstw ubrań, jakie wtedy zazwyczaj na sobie mam. A te listy byłyby długie. Jestem organizmem ciepłolubnym i się z tym nie kryję; D. z kolei znosi podwyższone temperatury raczej słabo i nie wiem, na jakiej podstawie my się w ogóle dobraliśmy :p

Może na podstawie stukniętości. Ledwie parę tygodni temu wymyśliliśmy sobie ślub i zdążyliśmy go wziąć, już wymyśliliśmy sobie nowy powód do zmartwień: mieszkanie. Ogólnie fajnie, każdy chciałby mieć ten mityczny własny kawałek podłogi, urządzony wg swojego widzimisię (dobrze, że widzimisię mamy podobne), gdzie można się spokojnie zadekować i wprowadzać tysiąc zmian na metrze kwadratowym ściany/podłogi, ale jak sobie pomyślę o tysiącu rzeczy, które trzeba ogarnąć na wejściu, to trochę mi się odechciewa :p o ile łazienka jest oczywista w urządzeniu, o tyle kuchnia… Dla kogoś, kto dużo gotuje, dużo czasu w kuchni spędza i ceni sobie funkcjonalność, projekt zabudowy w kuchni jest najistotniejszym projektem, jeśli chodzi o mieszkanie w ogóle. I to ta kuchnia najbardziej mnie przeraża. Mam to po mamie: kuchnia musi być łatwa w ogarnianiu, wszystko musi być pod ręką, ciąg technologiczny musi być ściśle określony, a więc rozstawienie płyty, zlewu, zmywarki i lodówki nie jest przypadkowe NIGDY, a oprócz tego to wszystko ma być ładne :D i spełniać jeszcze 3000 warunków pobocznych. Powiedzmy, że z D. uzgodniliśmy już ładność kuchni, kolor frontów, blatu, wygląd zlewu i stołu (i chyba nawet krzesełek) w jadalni, ale reszta… Ech, to będzie wymagało sporo pracy :D najchętniej kupiłabym gotowe mieszkanie, żeby nie pakować się w robociznę, ale wtedy będę narzekać, że szuflady w kuchni są nie tak rozplanowane i nie tak głębokie, jak ja potrzebuję. Jak żyć… Ale zauważam w tym korzyść i swoją mocną stronę – przynajmniej wiem, że w określonych przypadkach będę marudzić :D   #samoświadomość

Poza tym – idzie lato. Niezapominajki i pokrzywy mają się świetnie :D

Dobrze nie mają się za to Delicje. Otwieram wczoraj opakowanie, a tam ewidentnie zmieściłaby się jeszcze jedna Delicja, ale jej tam NIE BYŁO. Banda oszukistów.

Na szczęście ciasto udało się zrobić i bez tego jednego ciastka, którego tu wyraźnie brakuje. Nadal jednak trwam w lekkim rozczarowaniu.

W międzyczasie, kiedy nie robię ciast, pieczeni, pasztecików i innych wynaturzeń, jestem ostatnio bojującą feministką i tyram wszelkie przejawy nawet żartobliwego i najlżejszego nieposzanowania kobiet, ich człowieczych praw i roli, jaką odgrywają. Nawet mój ojciec rodzony wie już, że lepiej nie zaczynać trudnych tematów, bo oprócz mnie przy stole zazwyczaj zasiadają też dwie inne bojujące feministki i niestety, ale w naszej rodzinie od pokoleń panuje matriarchat i wszelkie próby zamachów na władzę są pacyfikowane szybko i brutalnie. Matriarchat ma się dobrze i jasne jest, że ustrój ten pozostanie z nami przez wiele następnych pokoleń. Zaczynam się przekonywać, że im jestem starsza, tym bardziej bezkompromisowa i bezlitosna w swoich przekonaniach. Mój trudny i bojowniczy charakter z wiekiem nie łagodnieje… Powiem jednak, że wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli się jedzie czołgiem, to ogólnie mało rzeczy przeszkadza :D

Dziś dzień pełen atrakcji, bo po południu wybieramy się na konie, więc D. stanie się wreszcie adeptem sztuki jeździeckiej. Miejmy nadzieję, że nie skończymy tak, jak ostatnio Mrs. Brick, która na błocie wywaliła się z całym koniem :p pozdrawiamy i życzymy wyleczenia lewej strony ciała :D wieczorem mam zamiar przygotować roladki z kurczakiem, co by nie było gadane, że nie dbam, a tak w ogóle to do przygotowania jest jeszcze chłodnik <3 wczoraj do nocy robiłam ciasto, także na weekend jestem przygotowana – muszę się przygotowywać na weekendy z wyprzedzeniem, bo ostatnio sporo nam się pracuje, zwłaszcza w soboty, i czasu brak :D ale od poniedziałku (oby!) odpada jeden z większych obowiązków, także będzie można trochę zwolnić. Lubię, jak coś się kończy i człowiek ma wtedy to błogie poczucie wypełnionej misji.

Tedy więc w spokoju ducha dokończę dzisiejszy dzień i będę pokrzepiać się myślą, że za 4 tygodnie wypada kolejny w tym roku długi weekend. Czyli tak naprawdę 18 dni roboczych i można pomyśleć o jakimś wyjeździe (albo o przestawieniu rusztowania na kolejną ścianę :p ). Lubię długie weekendy, jakoś tak psychicznie je lubię, bo szczerze – w tym roku i tak nie wypoczywam, bo ciągle coś. Nie ma, że pośpię. Ale widocznie do dobrego samopoczucia wystarczy świadomość, że można pokręcić się po innym miejscu, niż praca, mój mózg lubi takie „odświeżenia”. Chociaż czasami tęsknię też za tym, żeby sobie po prostu spokojnie egzystować… widocznie jeszcze nie jest mój czas na to. Może na starość. A może nigdy, jak moja babcia, która nie ma na nic czasu, bo uniwersytet, grupa teatralna, koła, kółka i kółeczka, wycieczki, przedstawienia, wyjazdy :p czy takie rzeczy przenoszą się w genach…?

Miłego!  :)

Kategoria: prezent, nad którym ofiarodawca spędził chyba miesiące…

… bo najpierw musiał to wszystko wymyśleć, a potem wykonać. Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, dzisiaj zaprezentuję chyba najbardziej zaawansowany technologicznie prezent ślubny, jaki otrzymaliśmy z D. – prezent od mojej siostry i szwagra.

Dopiero dzisiaj znalazłam tyle czasu, żeby go należycie rozpakować (oglądaliśmy go już w dniu ślubu, ale uznałam, że spakuję wszystko tak, jak było i rozpakuję jeszcze raz, robiąc tym razem zdjęcia każdemu elementowi, bo warto zachować to dla potomnych). Przedstawię więc to wszystko w fotograficznej formule unboxing, nadal zastanawiając się, ile czasu ci ludzie poświęcili na wykonanie czegoś takiego :D

Panie i panowie… tadaaaam!

Skrzyneczka, biedroneczki, na wejściu wyglądało to dużo lepiej, bo jak ja już zacznę w czymś grzebać, to jak dzik w ściółce, ogólnie – higienicznie zapakowany prezent, bardzo lubię celofan :D a jeszcze bardziej te biedronki i inne ozdóbki, które pozdejmowałam i schowałam do swojego pudełka z pierdołkami. W rozpakowywaniu wszystkiego, a jakże, pomagała Babeczka:

Skrzyneczka bez celofanu prezentowała się następująco (trochę bajzel, bo zdążyłam przegrzebać w poszukiwaniu Bardzo Ważnego Elementu – ale o tym później):

I tu dochodzimy do zasadniczej części zabawy. Wiadomo, małżeństwo to teoretycznie ludzie razem na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, w najróżniejszych życiowych sytuacjach… i do tego właśnie nawiązuje ten prezent. Są to rzeczy, które mają się przydać na każdym etapie życia, swego rodzaju niezbędnik, z którego już nawet zdążyłam skorzystać :D proszę bardzo, jedziemy, po kolei…

1. W zdrowiu

Jako że śmiech to zdrowie, mamy tutaj gazetkę lokalnego wydawcy pełną porytych artykułów zrozumiałych dla nielicznych (ale na pewno zrozumiałych dla Mrs. Brick, szwagra, D. i dla mnie). Kilka kartek wystarczyło mi, żeby osłodzić mi ten ciężki dzień, bo nie lubię zbiorowisk i bardzo mnie one stresują. A tu – same znane tematy, do tego przedstawione w mojej ulubionej, popieprzonej formie :D

A to tylko ułamek tego, co można znaleźć w tym czasopiśmie… Będę prenumerować, nie ma opcji :D

2. W chorobie

Różne rzeczy zdarzają się w życiu, o czym już doskonale wiemy, i trzeba być na wszystko przygotowanym. Moje życzenie: obyśmy chorowali tylko na takie rzeczy, na jakie dostaliśmy remedium :D

Chociaż facet z katarem albo grypą… wiadomo… poważna sprawa :D

3. W młodości

Ale wait. Tylko tyle?!  xD  a w sumie… no zawsze coś :D

4. Na starość

Mierzyłam, bardzo twarzowo w nim wyglądam, najbardziej twarzowo ze wszystkich :D Mrs. Brick wygląda w nim jak nasza babcia, ponieważ Mrs. Brick ma rysy wypisz, wymaluj tamtej gałęzi rodziny, a nasz tata wygląda w tym berecie jak pan artysta grzebiący po śmietnikach. A ja będę moherkiem z klasą (i moja antenka będzie emitować ateistyczne fale elektromagnetyczne).

5. W biedzie

Już powiedziałam – to ściema. Nie ma aż tak biednych ludzi :p NIE MA, powtarzam. Jezusiemaryjo, aż mnie wzdryga, jak widzę tę podejrzaną puszkę xD

6. W dostatku

No i to ja rozumiem. Jeszcze nie smakowałam, ale bardzo mnie korci, uwielbiam kokosowe rzeczy. Chociaż chyba zaproszę na likierek Mrs. Brick, albo wręcz wywiozę go do domu rodzinnego, to sobie we trójkę z rodzicielką zdegustujemy <3

7. Niespodzianka – świeczka poza konkursem :D

Otworzyłam prezent, szukam, na jaką to okazję, „na ciemność”, „na ciemnotę”, „na dwudziesty stopień zasilania”, aż tu słyszę: a ta świeczka to poza konkursem. No i też fajnie :D jak wiadomo, jeszcze nikt nigdy nie powiedział, że ma już dość świeczek i już więcej nie chce. Nie znam takich osób. Otóż NIE.

8. W głodzie

Wyjęłam ten pakuneczek i mówię do Mrs. Brick: chyba sobie żartujesz… Nie żartowała :D

Od tej pory zaczęłam myśleć o tym prezencie jak o koszyczku wielkanocnym: masa różnych rzeczy, starannie spakowanych i każdy ma swoją symbolikę. I można znaleźć jedzenie. :D

9. W bogactwie

Kocham spożywcze bogactwo! I wiem, że Czekotubki są niby dla dzieci, ale kurde, jakie to dobre jest <3 tak do kawki… :D zeżarliśmy dzisiaj i mój poziom szczęścia odczuwalnie się podniósł. Jednak czekolada to czekolada. Zwłaszcza wedlowska.

10. W smutku

Meliskę bardzo poważam i często używam :D nie wiem, czy mnie uspokaja, ale na pewno fajnie smakuje. Chociaż może i uspokaja, bo na mnie ziołowe środki świetnie działają – niepodważalna zaleta bycia alergikiem. I te słodkie małe chusteczusie – aż żal będzie je wszystkie zużyć przy następnym ataku furii i histerii… :)

11. W szczęściu

No słodziak :D zawieszę go za trąbkę w galeryjce z kartkami. Akurat jakieś sznurki tam wiszą, to za trąbkę będzie wisiał i on. A później postawię go obok Czikenowego Świecznika (do tego jeszcze wrócę), gdzie znajdują się wszystkie ciekawe rzeczy, których nie chcemy pogubić :D

12. W bólu

Plasterki w wiewiórki – hit! I to właśnie plasterki w wiewiórki są wyjaśnieniem, dlaczego ten prezent został przegrzebany jak ściółka przez dzika. Otóż fajnie, że kupiłam sobie bezpieczny blender, który nie robi krzywdy, ale obierając cebulę do czegośtam i tak dałam radę poharatać sobie palec nożem. Ponieważ nie chciałam tej cebuli dawać do kaszanki, ani w ogóle nie chciałam robić kaszanki, a z palca tak ciekło, że tylko kaszanka, to postanowiłam poratować się plasterkiem w wiewiórkę. Mój ból ostał uleczony. :D kolejna rzecz z cyklu no ja wiem, że to jest dla dzieci, ale…   :)

13. W nadziei

Czuję się oszukana – nic nie wygraliśmy :( ale, jak wiemy, każda matka kocha swoje dzieci i takie tam :D zresztą… co my byśmy robili z taką kasą? Jeszcze by się nam w dupach poprzewracało i co :D

14. Blisko

Haha, bardzo blisko :D chociaż to też ten sprzęt, który można wykorzystać do przykucia faceta do łóżka, żeby nie deptał po mokrej podłodze, jak zmywasz panele… W każdym razie – bardzo praktyczne i do różnorakich zastosowań :D

15. Daleko

Jak to zaznaczyli ofiarodawcy, w ramce na „daleko” mogą być zdjęcia albo na przykład wierszyk na czas rozstania. Proponuję zrobić 2 komplety rameczek: jedną na Wielkanoc z pieśnią Wesoły nam dzień dziś nastał, a drugą z jakąś kolędą na Boże Narodzenie, nie wiem, może moje ulubione pod względem muzycznym, polonezowe Bóg się rodzi? Skoro i tak rozstajemy się w zasadzie tylko na święta… :D

16. W deszczu

Jako aneks do prezentu mam dostać od taty mapę Tczewa z zaznaczonymi dzielnicami, po których możemy bezpiecznie się poruszać w tym zestawie kolorystycznym. Co ciekawe, dostaliśmy również ręczniki w tych kolorach. I dostaliśmy je przed finałem Pucharu Polski. Wniosek: co najmniej 2 osoby z mojej rodziny ostro bawią się w bukmacherkę. Creepy  8-O

17. W pogodzie

I to prawdopodobnie jest ta część prezentu, która urzekła mnie najbardziej :D

Bilety na spacery, o których pewnie normalnie byśmy nie pomyśleli :D a tak – podejście zadaniowe, lista osiągnięć do zdobycia, zaczęliśmy w majówkę wyjazdem do Wiela :D mamy już parę pomysłów, jak wykorzystać nasze bilety, czekam tylko na przyzwoitą pogodę, bo spacer po Starówce jakiejkolwiek w deszczu i przy 10 stopniach to trochę przesada, jestem ciepłolubne stworzenie :) niemniej jednak ten element prezentu zostawiłam do zaprezentowania na sam koniec, bo ryj mi się sam cieszy, jak oglądam te karneciki :D już się nie mogę doczekać wypełniania kolejnych, bo to oznacza same przyjemności i miłe spędzenie czasu <3 do karnecików dołączona jest karta zbiorcza, w której należy wpisywać zdobyte cele, a na końcu ją wezmę i pójdę po nagrodę do Mrs. Brick, a co!

Poza tym zdążyłyśmy się już z Mrs. Brick powymieniać prezentami typu prezent bez okazji, bo do Ciebie pasuje i w naszym czikenowym świecie zagościły nowe, fantastyczne elementy (ej, gdzie jest bilet na spacer po kurzej fermie?). Jakiś czas temu w odmętach Internetu znaleźliśmy z D. skarpetki ManyMornings i ten jeden wyjątkowy wzór, który zamówiliśmy dla Mrs. Brick:

Są obłędne :D Mrs. Brick z kolei wynalazła dla mnie świecznik z kurką, który dumnie zdobi teraz górę półek z książkami (a w środku mam rakotwórczy podgrzewacz z Ikei o zapachu czarnej porzeczki, coś wspaniałego).

Właśnie obok tego Czikenowego Świecznika będzie w przyszłości stał mały słonik na szczęście :D 

A widoczny na zdjęciu Iglak mały mix ma się dobrze, chociaż chyba stworzenia tego typu powinny mieszkać na zewnątrz… :p nieważne, jak to mawiają niektórzy z naszej dalszej rodziny – u was nigdy nic nie było normalnie :D

Podsumowując: udało mi się wykonać rzecz trudną, czyli przedstawić bardzo skomplikowany prezent, zachowując mniej więcej ciągłość zawartych w nim życzeń. Myślę, że mogę być z siebie zadowolona :D ofiarodawcom bardzo dziękujemy, chociaż nadziękowaliśmy się już też w świecie rzeczywistym. Nadal się głowię, ile czasu na to poświęcili, ale mam nadzieję, że pakowanie tego było dla nich choć w połowie tak dobrą zabawą, jak dla nas odpakowywanie :D teraz prezenty leżą sobie, grzecznie ułożone w skrzynce, i czekają na wykorzystanie, no może oprócz Czekotubek, które zjedliśmy, i tego wysuszonego chlebka, którym nakarmię rodzicielskie czikeny (znowu czikeny! to przeznaczenie). Plasterki w wiewiórki zostawiłam na wierzchu, żeby były łatwo dostępne, bo czasami bywam totalną sierotą, jeśli chodzi o kontakt z ostrymi narzędziami :D

Na dziś już koniec jakichkolwiek aktywności z mojej strony. A może tak otworzyć ten kokosowy dostatek….?

Miłego!  :)

Ciężkie życie gastronomiczne

W związku z tym, że po ślubie kupiliśmy sobie blender o mocy wystarczającej do obsłużenia małej profesjonalnej kuchni, a na urodziny kilka dni później dostałam mikser, dla D. nadchodzą ciężkie dni, bowiem będę gotować i piec rzeczy, których do tej pory nie gotowałam i nie piekłam ze względu na brak tych potrzebnych przyrządów. Zaczęliśmy od ciasta z masą na bazie zielonego Kubusia. Zielony Kubuś ma w składzie banana, a D. nie lubi bananów i wyczuwa je nawet po południu w powietrzu wydychanym przez sąsiada z przeciwnej strony ulicy, który zjadł banana wcześnie rano. Dlatego dla niektórych nadchodzą ciężkie dni, ale należy tu wspomnieć, że mam wysokie aspiracje i przy pomocy nowego ekwipunku będę w stanie zrobić także domowe masło orzechowe, wszelakie ciasta z kremami budyniowymi, karmelem i orzechami laskowymi, których w szafie nie brak, a także z bitą śmietaną, której dotychczas nie tworzyłam, bo nie miałam czym. Dlatego z jednej strony życie stanie się trudniejsze, ale z drugiej – zdecydowanie bardziej smakowite…

Korzystając z tego faktu, w ramach prezentu na urodziny mojego brata przygotowuję mu dużą porcję pasztecików z nadzieniem gyros. Koniec z ręcznym krojeniem tony kurczaka i skrzynek pełnych papryki i ogórków konserwowych. Nic jednak nie uratuje mnie od ręcznego składania pasztecików i upychania w nich farszu, ale cóż – nie można mieć wszystkiego :) faktem jednak jest, że farsz przygotowałam dzisiaj w jakieś 40 minut (w tym przygotowanie mięsa), a nie w dwie godziny, walcząc z osypującymi się stosami kosteczek papryki i pływającym wszędzie sokiem z ogórków. Niech żyje technika! I pyszny gyrosowy farsz.

Z innych pysznych rzeczy – będą się tu na pewno pojawiać elementy prezentów, które otrzymaliśmy z D. od naszych bliskich na ostatnią okazję. Elementy – bo nie lubię wysypywać wszystkiego na raz. Dzisiaj element pyszny – ciasteczka domowe od koleżanki O., które nas zachwyciły cytrusowym zapachem (i to pakowanie w stosiki!). Podejrzewałam, że przepachniły się herbatą, ale okazało się, że to smak i zapach celowy, wywołany pomarańczą.

Zeżerliśmy i myślę, że na jesień pójdę żebrać o przepis, będą świetne do herbaty w deszczowe popołudnie (idąc tym tropem, są świetne już teraz, bo wiosnę mamy jesienną – siedzę zawinięta w moje meksykańskie ponczo i marzę o meksykańskich upałach. Mieliśmy dziś z D. i Mrs. Brick pojechać na konie, ale jak sobie pomyślałam o moich zgrabiałych łapkach trzymających wodze i ociekających lodowatym deszczem, to aż mi się korzonki skurczyły i podziękowałam, wolę jednak ten Meksyk). 

W tych zimowych warunkach ciasteczka sprawdzają się świetnie :) na początku stwierdziłam, że takie ciasteczka dadzą się na pewno fajnie przechowywać, ale potem posmakowałam i uznałam, że w moim domu się nie dadzą, ponieważ nie mam szafek na kłódkę. U mnie w ogóle jedzenie słabo się przechowuje… jakoś tak nigdy długo nie leży :p 

Dzisiaj pracowity dzień, jak to niedziela – staram się zawsze w niedzielę bardzo dużo rzeczy brać sobie na głowę, bo wtedy nie siedzę i nie marudzę, że życie ciężkie, że biomet niekorzystny, że życie ulotne i że kwiaty cięte w wazonach swój czar tak szybko tracą, a zachodni wiatr spienione goni fale. Jak człowiek jest zajęty, to się nie ma czasu zastanowić i tak jest lepiej. Zastanawianie się w dni powszednie – jak najbardziej, bo w moim przypadku to jest zastanawianie się konstruktywne, prowadzi do wniosków i do ulepszeń, ale niedzielne rozkminy powodują tylko ból głowy, niestrawność i bezsenność – dlatego unikam, jak mogę. Nie wierzę w powiedzonko „niedzielna praca w g*wno się obraca” i robię wszystkie zaległości z całego tygodnia, łącznie z praniem, porządkami i przygotowywaniem obiadu na poniedziałek. Jakoś tak lepiej :p dzisiaj dziergam dość pracochłonne ciasto (do kawy do pracy na jutro), wielogarnkowy obiad i wspomniany gyrosik na paszteciki urodzinowe dla Młodszego. Planuję też obfotogrfować kolejne prezenty, chyba ten składający się z największej ilości elementów… Jak to ogarnę, to na pewno wstawię, bo warto :) 

Tymczasem – leniwej/pracowitej niedzieli, jak kto woli, i udanego popołudnia :)

Kiedy dostajesz śliczne kartki i musisz zrobić galeryjkę

Zacznijmy od tego, że zapomniałam się ostatnio pochwalić, jak mi się ładnie udało spakować chleb na Wielkanoc dla teściów:

Tym przerażonym duszom, które pomyślały, że wyjechałam dokądkolwiek na Wielkanoc: nie. Chleb zawiózł D., a ja spakowałam w ręczniczek drugi bochenek i wybyłam do rodziców swoich. Mamy do siebie nawzajem z D. tak wiele szacunku, że nie niszczymy sobie Świąt wzajemnym targaniem się do jednych i drugich rodziców, tylko każde z nas spędza święta w swoim domu rodzinnym, jeśli akurat ma taką ochotę, i nie robimy z tego problemu. Bardzo to lubię, bo jest to ogromnym ułatwieniem i nie prowokuje idiotycznych dyskusji pt.: a Wielkanoc / Boże Narodzenie to u moich czy Twoich rodziców? Nie. Każdy jedzie, gdzie mu się podoba i nie odstawiamy cyrków, że Święta to czas magii i trzeba je spędzać, trzymając się za rączki (i jeździć po Polsce, próbując odwiedzić obie rodziny i poświęcić im tyle czasu, żeby nikt nie poczuł się pominięty). Święta trzeba przede wszystkim przetrwać w spokoju – i to nam się udaje dzięki naszemu świątecznemu porozumieniu. Dziękuję :*

Poza tym – zdecydowanie mamy wiosnę. Świadczy o tym chociażby bukiet tulipanów od babci. Te ze szpiczastymi płatkami, ku mojemu zdumieniu, pachną oranżadą. Ale to i tak nieważne, czym pachną, bo wyglądają pięknie, są kolorowe, cieszą oczy i przeganiają wszelkie dołki :)

Do przeganiania dołków służą też rozmaite zbiegi okoliczności, np. w piątek zwrot podatku, w sobotę promocja w Empiku. Książę Małżonek pozwolił mi poszaleć i nasze półki wzbogaciły się o kolejne linijki radości i ucieczki przed światem :D nie ma to jak zamknąć się w bazie z kocyków i czytać, i nie wiedzieć, gdzie się jest, który mamy rok i czy trzeba ugotować obiad na jutro. Babeczka moja również cieszy się z nabytych książek, bo to oznacza, że będziemy więcej czasu spędzać w bazie – skoro wiosna, jak do tej pory, wyglądała paskudnie jak listopad, to nie widzę innej opcji, jak tylko zakup zabezpieczeń w postaci książek.

Jak zacznie się robić cieplej, takie środki nie będą potrzebne, ale na razie to mnie ta pogoda nie zachwyca. Ostatni raz, kiedy pamiętam, że było fajnie i ciepło, to był weekend Targów Ogrodniczych i Pszczelarskich w Lubaniu, gdzie udaliśmy się z D. „przewieźć tyłki”, a wróciliśmy z prezentami dla rodziców. Rodzice D. są miłośnikami ogrodnictwa szeroko pojętego, moi rodzice szykują się do tego, by być, więc jesteśmy świadomi, że z prezentami trafiliśmy. A nawet gdybyśmy nie trafili w ogrodnicze gusta, to trafilibyśmy w gusta estetyczne, bo te drzewka są rasowe i zwyczajnie urocze:

Te konspiracyjne zdjęcia zostały zrobione w garażu dziadka, w tle półka z ogórkami, gdzie musiałam chować zapakowane krzaczory aż do dnia ich wręczenia. Dopóki nie były zapakowane, stały bezczelnie w ogrodzie (mama tu nie chodzi, a tata i tak nie zauważy – sztama z babcią). Scenariusz okazał się trafny, bo faktycznie – schowane za trejażem nie wzbudziły niczyich podejrzeń. Zresztą plan awaryjny był taki, że ja nie wiem, co to za doniczki, ale skoro w ogrodzie, to pewnie babcia sobie kupiła – przeszłoby, bo babcia jest kierownikiem ogrodu i różne rzeczy tam hoduje. Tak więc iglaki stały sobie radośnie na świeżym powietrzu jako przyszły prezent-podziękowanie dla naszych rodziców. W ramach ciekawostki: pojechaliśmy po nie na targi do Lubania (ok. 50 km), ale  okazało się, że wystawca był z miejscowości oddalonej od nas o 18 km. Fuck logic :D nieważne, będzie pan zadowolony… Niemniej jednak rodzice z prezentów się ucieszyli, a dodatkową zaletą rozwiązania z iglakami jest fakt, że jest to już coś na długie lata – jeśli drzewkom uda się zimowanie, to przed nimi ładne kilkadziesiąt lat cieszenia ludzkich oczu. A teraz – tak, muszę, bo kocham te powalone nazwy roślin! Cyprysik dla rodziców D. (ten radośnie rozczapierzony, jasny) to cyprysik wielkoszyszkowy ‚Gold Crest’. Drzewko dla moich rodziców, ciemne i bardziej zebrane, to cyprysik tępołuskowy ‚Nana Gracilis’. #ktotowymysla

Wyprawa po te iglaki i pakowanie ich to tak naprawdę – szczerze! – były jedyne sensowne przygotowania do ślubu, jakie poczyniliśmy z D. Jako że wszelkie formalności (sala, urząd, zaproszenia) załatwiliśmy w niecały tydzień, D. miał garnitur niedawno kupiony na obronę, ja sukienkę koloru „złamana biel” kupiłam jakoś na jesień na jakiejś wyprzedaży w galerii (na lato taka jasna się przyda) i nie widziałam potrzeby kupowania innej, więc ciuchy odpadły, obrączki w zachwycie zamówiliśmy przez Internet i okazały się trafione – nic innego do załatwiania prócz tych iglaków nam nie zostało. To piękne :D uwielbiam sprawy, które są ważne, a załatwiają się same. Z rzeczy trochę trudniejszych, które nie chciały załatwić się same – uhodowałam na ten dzień Paznokcie Życia – stosunek ich wytrzymałości do długości był tak genialny, że już chyba takiego sukcesu hodowlanego nie powtórzę nigdy (biorąc pod uwagę moje ostatnie przygody dermatologiczne – powinnam płakać ze wzruszenia, że w ogóle mam paznokcie…). Zachwycałam się jednak nimi krótko, bo jak już je pomalowałam w dniu ślubu, to potem odtwarzałyśmy z Babeczką scenki z różnych obrazów, np. Stworzenie kota

Teraz w sumie czekam, kiedy się połamią, bo już mnie denerwują i przeszkadzają, a jednak szkoda mi przeprowadzić na nie zamach osobiście. Liczę więc na przychylność losu i prac budowlanych (gdzie jedziecie w podróż poślubną? na docieplenia do rodziców, podobno ma być bardzo ciepło na styropianie). Co prawda nie wykonuję jakichś spektakularnych dzieł na rusztowaniach, ale staram się odciążyć za to D. w domu, a to już sprzyja łamaniu paznokci (takie zmywanie… mmmm, odmoczony paznokieć taki nietrwały… a spróbuj zetrzeć na tarce cokolwiek :p ). Czekam.

Jestem niepokorna i niepoprawna, nie poszłam do fryzjera, nie poszłam do kosmetyczki, nigdzie nie poszłam, ale to przez Grubego. W żaden sposób nie mogłabym wyglądać tak spektakularnie jak on w swoich koronkowych firankach:

Nawet nie stawałam w szranki, czasami po prostu się wie, że się nie wygra. :D

Jeśli chodzi o „po ślubie” – zostało nam zmęczenie (introwertycy na własnej imprezie to naprawdę ciekawa sprawa… jak sprawić, żeby nikt nie zwracał na Ciebie uwagi, kiedy z definicji masz być na świeczniku przez cały dzień?) i śliczne kartki z życzeniami, z których zrobiłam galeryjkę wspomnianą w tytule. Będzie przypominać nam o tych, którzy życzą nam dobrze (bo przy okazji ślubu można się też dowiedzieć, jak bardzo ludzie potrafią być podli i bez klasy, ale to temat na osobny wpis. nie, książkę. hm… minimum 4-tomową powieść.). Lubię patrzeć na te kartki – są dowodem na to, że ma się wokół siebie dobrych ludzi, którzy akceptują w każdych warunkach. Chwała!

Ta szacowna zielenina w tle to coś, co nazywa się „Iglak mały mix” i było sprzedawane w Kauflandzie po niecałe 5 zł. Spojrzeliśmy sobie w igiełki i postanowiliśmy się zaprzyjaźnić. Jeśli da radę w domu, to nadam mu po czasie imię na literkę H, a jeśli będzie marniał, to wywiozę go na wieś i wysadzę na wolność w ogrodzie. Jesteśmy w fazie testów i trudno powiedzieć, na ile jest wytrzymały. Na razie idzie mu nieźle, muszę przyznać :)

A dziś? Dziś, kiedy kawał pierwszej ściany jest już docieplony, stresy przeminęły, a kartki już wiszą, siedzę sobie spokojnie i popijam Wino Mamy Marcina (pozdrawiam i Marcina, i mamę <3 ). Najlepsze są te momenty, kiedy wszystko się już załatwi i nic nie trzeba już robić. Jutro ostatni dzień urlopu, ale chętnie wrócę do pracy – praca porządkuje żywot i naprawdę bez zniechęcenia pójdę zająć swoje miejsce, posłuchać opowieści o przygodach z długiego weekendu i pośmiać się ze wszystkiego. Trochę zaczęło mi już brakować tej regularności dnia – jestem zwolenniczką uporządkowania i stałych pór na określone czynności. Dlatego tym, którzy woleliby, żeby urlop potrwał jeszcze kilka(naście/dziesiąt) dni życzę bezbolesnego powrotu do obowiązków, a takim czubkom jak ja, którzy lubią swoją pracę – tego, by faktycznie mogli bezproblemowo od razu wejść w ten lubiany rytm :) 

Miłego! :)

PS.: chciałabym wyglądać tak majestatycznie, jak Gruby w firance…

PS2.: chciałabym też, żeby ludzie umieli nie zazdrościć i nie mścić się na kimś za to, że ten ktoś ma dość odwagi i rozumu, by pójść własną drogą… ale prędzej chyba zacznę wyglądać majestatycznie :D z całego serduszka pozdrawiam wszystkie biedne, zakompleksione, nieszczęśliwe i tchórzliwe jednostki :* oby im kiedyś rozumek do łebków wrócił.