Trudna sztuka obrażania ludzi

Tym optymistycznym tytułem rozpocznę dzisiejszy krótki wpis. Zaczniemy od bardziej zakamuflowanego obrażania ludzi, polegającego na nawiązywaniu do ich pochodzenia. Ważne jest, aby zaznaczyć, że pochodzeniowo jestem co najmniej w połowie Kaszubką (a z charakteru w całości). D. zaś ma mocne powiązania kresowe (tak jak moi dziadkowe to Kaszubi, tak jego to Kresowiacy) i szczątkowe z Kaszubami. Wywiązała się więc dyskusja, rozpoczęta od mojego żelaznego uporu nad jakąś sprawą.

- Tak to jest mieć za żonę Kaszubkę…
- Półkaszubkę.
- No, z pochodzenia pół. Ale z charakteru jestem pełnej krwi Kaszubką.
- Z pochodzenia to i ja mam trochę z Kaszuba…
- No! Ale w tobie jest ten kresowy upór. Chociaż w sumie nie. Bardziej cierpliwość to jest, niż upór. Kaszubi są uparci, a Kresowiacy nieskończenie cierpliwi.
- Tak. Ty ze swoim uporem będziesz dążyła do tego, by osiągnąć swoje cele, a ja z moją cierpliwością będę czekał, aż osiągniesz moje cele.

I czasami serio on więcej wygrywa tą cierpliwością, niż gdyby mnie na siłę do czegoś nakłaniał :p

***

Jeśli chodzi o obrażanie bezpośrednie: ostatnio w domu rodziców odbyła się dyskusja na temat imion moich kwiatów. Jak już wiemy, wszystkie kwiaty mają imiona na literkę „H”. Opowiadałam właśnie, że wstydzę się, że nadałam fikusowi imię Helmut (to imię kojarzy mi się z takim trochę niedorozwojem i ofiarą losu; po fikusie nie spodziewałam się niczego dobrego – zwłaszcza, że pochodzi z gabinetu szefa – a tymczasem rośnie jak natchniony i jest zwyczajnie piękny) i że Daniel zaproponował jakieś bierzmowanie, żeby dostał drugie imię, nieco bardziej godne. Omówiłyśmy z mamą możliwe warianty imienia z bierzmowania dla Helmuta, a potem przeszłam do imion dla następnych kwiatów:

- I jako że wszystkie są na „H”, następny będzie się nazywał Hrabia Anzelm. A jak będzie kwitnący, to Hrabina Cosel.

Na to mój tata się zaśmiał i stwierdził:

- Jak na „H”, to można je trochę inaczej nazwać. Trochę mniej  ozdobnie.

Temat zrozumiał i podchwycił D., wtrącając uwagę ale to jest na „C”… W sumie to nawet na „CeHa”. I tutaj nastąpiła doskonała puenta dla sytuacji.

mama: widzisz, ty się nawet na wyzwiskach nie znasz…
tata: ale przecież jak kogoś wyzywam, to nie będę do niego mówił „ty CeHuju”…

Kurtyna.  :D

Podróże w wersji ładniejszej

Kontynuujemy rozważania z poprzedniego wpisu. Jako że Ciechocinek zdegustował mnie kompletnie i sprawił, że poczułam, iż świat mnie przytłacza, postanowiłam poszukać ratunku. I jedzenia. Wyruszyliśmy z D. w drogę powrotną i w akcje desperacji uznaliśmy, że jedzenie ze stacji benzynowej też nie jest złe, ale okazało się, że na wspomnianej stacji całe jedzenie zostało pożarte przez grupę ludzi, która weszła tam przed nami. Niepocieszeni, pojechaliśmy dalej, rozglądając się za jakimś zajazdem albo czymkolwiek, gdzie dają papu. I nagle – olśnienie! Całą drogę mijaliśmy znaki „Chełmno – Starówka”. Zaproponowałam, że może by dać im się skusić? I tym sposobem znaleźliśmy się w Chełmnie.

Pokręciliśmy się po uliczkach za autobusem („Jedź za nim, autobusy znają się na miastach!”), a następnie porzuciliśmy samochód na jakimś placu. Tutaj trzeba zaznaczyć, że miasto jest oznakowane bardzo dokładnie, bo co kawałek można znaleźć drogowskazy, którędy na Stare Miasto, którędy do urzędów itd. Zadowoleni, popędziliśmy za strzałkami opisanymi jako Starówka właśnie. I znaleźliśmy się przed Urzędem Miasta.

Trochę mi ta ciężarówka od mammografii przesłaniała widok, ale idea szczytna, więc się nie czepiam. Jak będę tam następnym razem, to zrobię dokładniejsze zdjęcia Urzędu miasta, bo budynek jest naprawdę ładny. I w przeciwieństwie do ciechocińskich budynków – świetnie zachowany i zadbany. I urzekł mnie ten kwietnik na placu <3 pokręciliśmy się radośnie, czując, że miejsce jest godne kolejnej wizyty, i uczyniliśmy kilka kroków za urząd. I tutaj dostałam ataku paniki, bo chciałam iść w kilku kierunkach jednocześnie, a nie mogłam.

Chciałam iść i do parku, i na to skrzyżowanko, które obiecywało fajny deptak. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się obejść najpierw park, korzystając z tej chwili, kiedy nie padało i nawet świeciło słoneczko.

Park – rewelacja. Największe wrażenie w Chełmnie robią zachowane w zasadzie w całości mury miejskie, które z tego parku można podziwiać.

Musimy tam wrócić choćby dla samego parku, bo jest tam sporo ścieżek, którymi nie poszłam, a wydają mi się arcyciekawe. No, może oprócz tych zamkniętych schodów, na których można się zabić, jak ktoś chce :D

Bardzo ważną informacją jest to, że Chełmno leży na górce, dość wysoko względem przepływającej obok Wisły. To sprawia, że w parku można było zrobić punkt widokowy, z którego podziwia się całkiem atrakcyjną panoramę okolicy.

Fajnie byłoby tam wrócić z lornetką. Myślę, że to pomysł godny przemyślenia. Tak samo jak pomysł, żeby w ogóle tam wrócić, bo się jeszcze nie nacieszyłam tymi ślicznymi uliczkami :D

I tak dotarliśmy na Rynek. Na Rynku akurat trwał koncert, bo trafiliśmy na Dni Chełmna i rozstawiona scena zasłaniała trochę ich ładny ratusz, ale od biedy parę detali zdołałam uchwycić.

Fontanna na placu trochę nowoczesna, jeśli porównać ją z kamienicami wokół Rynku. I z niektórymi samochodami, które udało nam się napotkać :D

Trudno w zasadzie opowiadać o chełmińskiej Starówce. Jest po prostu urocza. Podobno gdzieś niedaleko jest też park miniatur zamków krzyżackich. Musimy tam następnym razem iść (tym razem odpuściliśmy, bo zaczęło kropić i zrobiło się późno), żeby sprawdzić, czy stoi mój rodowy krzyżacki zamek (Gniew) i rodowy krzyżacki zamek D. (Nidzica).

Milego!  :)

P.S.: A jakby kto w Chełmnie zgłodniał i chciał zjeść wyśmienitą, podaną na desce, z wybornym ciastem i świeżymi dodatkami pizzę, to polecamy lokalik Me Gusta, całkiem blisko staromiejskiego deptaku. To jeden z najważniejszych powodów, dla których do Chełmna bankowo wrócę. Zdetronizowali moje najulubieńsze pizzerie w Krakowie i Kościerzynie, tak pyszne mają jedzonko <3

Podróże w wersji brzydszej

Z okazji faktu, że D. obronił w piątek pracę magisterską, w sobotę wyruszyliśmy na wyprawę. Wyprawę zmuszona będę podzielić na dwie części, bo to, co się tam zdarzyło, nie ma w rzeczywistym świecie prawa zaistnieć razem, takie kontrasty nie istnieją :D ale po kolei. Zaczniemy od obrony i podróży w wersji brzydszej.

Bladym świtem w piątek wraz z D. i Mrs. Brick udaliśmy się na polibudę, żeby D. z niezmąconym spokojem poszedł, pogadał, obronił się i żeby wszyscy z komisji go chwalili, jak to wspaniale wypadł (a ten człowiek po prostu poszedł na totalnym luzie i czego mądrze nie dopowiedział, to dowyglądał na mądrego). W tym czasie na korytarzu ja i Mrs. Brick omawiałyśmy wszelkie ważne kwestie polityczno-gospodarcze. Kiedy pan MgrInżMąż opuścił salę, postanowiliśmy udać się do budynku innego wydziału, by złożyć ofiarę bóstwu.

Bóstwo mieszka pod Wydziałem Oceanotechniki i Okrętownictwa (OiO) i kiedyś nosiło imię Malwinka (tak głoszą legendy), dziś to po prostu KOiOt. Wydział również zmienił swoją nazwę na Oceanotechnikę i Kotrętownictwo. KOiOt ma swój profil na Facebooku (Kot z Oio) i rzeszę wiernych fanów śledzących jego przygody. Ma też swój własny domek pod wydziałem. Ponieważ obrona D. oznaczała definitywny koniec naszych kontaktów z uczelnią, udaliśmy się do KOiOta, aby złożyć dary i prosić o dalsze łaski. Saszetka kociej karmy spotkała się z uznaniem i poczułam się pobłogosławiona.

Tego dnia, oprócz hipsterskiej kawy w Starbucksie i przepysznego obiadu w PizzaHut nie wydarzyło się już w zasadzie nic godnego uwagi (no może oprócz tego, że na Dniu Ojca spotkaliśmy się wszyscy, łącznie z moim ojcem, u ojca mojej matki, a że i babcia miała przygotowane ciasto, i ja, to zrobiła się z tego całkiem spoko nasiadówka), stąd też możemy płynnie przejść do wydarzeń sobotnich.

Oh, wait. Jednak nie. Bo w Starbucksie oprócz naszej trójki była też młodzież kończąca rok szkolny. Zacytuję Internety: „Gdybym nie wiedział, że dzisiaj jest zakończenie roku szkolnego, to zastanawiałbym się, skąd na ulicach wzięły się te wszystkie prostytutki”. Jasne, że można mieć krótką spódniczkę czy szpilki. Ale wszystko na wierzchu, totalnie wieczorowy makijaż i pewien określony sposób zachowania zniesmacza nawet mnie (zwłaszcza w kontekście oficjalnych uroczystości), chociaż sama nigdy nie występuję w wydaniu „galowym”. 

Dobrze, sobota. Jeszcze bardziej wczesnym świtem udaliśmy się na uczelnię, bo D. dostaje od nich kasę „na pogorszenie warunków życiowych” (czyt. na okoliczność ożenku ze mną, serio) i musiał odebrać decyzję. Plan pierwotny był taki, żeby się wybrać na wędrówkę na Wyspę Sobieszewską. Niestety, było zimno i padało, a to już nie warunki dla mnie. Po powrocie do domu i krótkiej dyskusji uznaliśmy, że może w głębi lądu będzie cieplej, a nawet jeśli nie, to w mieście deszcz aż tak nie przeszkadza, bo można się chować w lokalach, i udaliśmy się do Ciechocinka. I to właśnie jest ta brzydsza część historii…

Ciechocinek to symbol. Deptak w Ciechocinku, tłumy emerytów, potańcówki, stoiska z pamiątkami, tężnie śmierdzące moczem – wszystko to mamy przed oczyma (i nosem), słysząc „Ciechocinek”. Tylko jako dzieci zapamiętaliśmy to z D. jakoś inaczej jakby. Jakoś… lepiej. Jak to stwierdził D. – „Ciechocinek zawiódł i nie zawiódł jednocześnie; wiedzieliśmy, że nas zawiedzie i pod tym względem nasze oczekiwania się spełniły, więc na tym polu zawodu nie ma”. Chociaż na samo wejście według mnie wyglądało to całkiem obiecująco: napotkałam budkę, która spełniać mogła wszystkie moje oczekiwania co do świata.

Cudowna budka objawiła nam się jednak dopiero po tym, jak przebyliśmy 180-kilometrową trasę drogą krajową m.in. przez Toruń. Co się dzieje na drogach krajowych – łatwo sobie wyobrazić, jeśli ktoś dużo jeździ, a zadziać się tam może w zasadzie wszystko, ja już nawet nie okazuję zdziwienia wtedy, gdy ktoś zmienia pas kombiakiem i zapomina, jak długi ma tył i zjeżdża połową samochodu na miejsce, gdzie nadal jest mój samochód. Ale muszę przyznać, że sposób jazdy na dwupasmówkach w Toruniu i okolicach to jest jakaś poezja. Próbowaliśmy z D. dociec, gdzie może leżeć przyczyna takich problemów:

ja: czy mieszkańcy Torunia i okolic znajdują prawa jazdy w paczkach czipsów?
D.: nie, wygrywają je w Loterii Radia Maryja.

Wierzę w to całym sercem. Połowa z tych ludzi powinna przejść przymusową reedukację w zakresie podstawowych przepisów ruchu drogowego i nieburaczenia na drodze.

Nieważne. Ponieważ udało nam się przeżyć, postanowiliśmy porzucić samochód na pierwszym napotkanym parkingu. Zachęciła nas bliska odległość do tężni i stosunkowo niska opłata za postój. Bliska odległość… Cóż, zaprezentuję zdjęcie i przejdę do wyjaśnienia tej kwestii.

Od parkingu, na którym pozostawiliśmy samochód, przeszliśmy jakieś 200 metrów. A tam był inny parking i z niego również było 300 metrów do tężni. Poszliśmy dalej. Pokonaliśmy kolejny kawałek, a tam – pokoje gościnne, oczywiście 300 metrów od tężni. Tę odległość na znakach znaleźliśmy później jeszcze kilkukrotnie, nie znajdując jednak w promieniu 300 metrów rzeczonych tężni. Przestrzeń zagięła się mocno. D. zaczął podejrzewać, że wyjdziemy na jakieś główne skrzyżowanie, a tam:

  • Gdańsk  -  300 m
  • Wiedeń  -  300 m

Takiego drogowskazu jednak nie znaleźliśmy (na szczęście). Za to sam Ciechocinek wyglądał tak, jak zapamiętałam go z bardzo wielu lat temu (i jak zapewne zapamiętali go z dzieciństwa moi rodzice, a może i dziadkowie) i wysnuliśmy przypuszczenie, że Ciechocinek zagina nie tylko przestrzeń, ale i czas, co skłoniło D. do podzielenia się ze mną obawami:

- Ciechocinek zagina i czas, i przestrzeń… Jak jeszcze chwilę pochodzimy, to może spotkamy siebie sprzed 20 lat, jak spacerujemy tutaj z rodzicami.
– Wuj R. był tutaj kiedyś w sanatorium. Myślisz, że możemy go dziś spotkać?

Poniżej przedstawiam kilka dowodów na to, że zagięcie czasu z całą pewnością ma tam miejsce. Zagięcie przestrzeni każdy musi zbadać samodzielnie, doświadczając wizyty w tym szlachetnym miejscu.

Robiłam zdjęcia temu obiektowi i wzbudzałam powszechne zainteresowanie, fotografując coś, co nie wzbudza żadnego zainteresowania. Jedna z babć przechodzących za mną poczęła użalać się do koleżanki, że tak, tak to teraz wygląda, a kiedyś to i palmiarnia tu była! Nie wiem, co mogło tu być, ale na pewno nic, w czym chciałabym być palmą. 

No jak ma, to ma, trudno. Dalej wcale nie było lepiej. Stacja kolejowa w Ciechocinku wygląda tak, jakby wszystkie palmy ze wspomnianej już palmiarni wsiadły do pociągu całe dziesięciolecia temu i odjechały do Bombaju (dowód poniżej).

Między kliniką uzdrowiskową (płotek z prawej) a kolejnym stoiskiem z pamiątkami (parasolki po lewej) można doświadczyć lokalnego folkloru (czyli miejsc, które wyglądają jak wyrwane z przysłowiowej Starej Orunii):

A to wcale nie koniec, bo na tej samej ulicy czeka na nas jeszcze hotel Orion, który i nazwą, i wyglądem wciąż jeszcze uporczywie czepia się czerwonego blasku chwały minionego ustroju…

Tymczasem na turystę zwiedzającego Ciechocinek czyhają też mniej monumentalne atrakcje. Ogólnie nie wyraziłam zdziwienia na ten widok:

Mi też już po kilku minutach nasiąkania sanatoryjną atmosferą prawie kapcie z nóg spadły. Dlatego cyknęłam tylko fotkę i powędrowaliśmy z D. dalej, rozmyślając o tym, co widzieliśmy po drodze.

A widzieliśmy wiele. Pomijając już w tym miejscu chronologię – widzieliśmy na przykład biesiadę na trawniku przy warzelni soli. Kiedy minęliśmy już budynek, nazywany roboczo palmiarnią, i przebyliśmy jakąś dziwną łąkę w środku miasta, wyszliśmy naprzeciwko bramy do zabytkowej warzelni soli. Tam właśnie trwała biesiada, o czym z daleka już informował radosny głos prowadzącego zabawę:

- A teraz sobie troszkę pobiesiadujemy! Proszę państwa, biesiadować to znaczy siedzieć przy pysznym jedzeniu, bawić się, żartować, a nawet śpiewać! I my sobie właśnie teraz pośpiewamy! Zaczniemy może od bardzo popularnego, znanego wszystkim walczyka „Szła dzieweczka do laseczka”. I razem, uwaga! Raz, dwa, trzy, iii… SZŁA DZIEWECZKA DO LASECZKA…!

Zdębieliśmy. Za nami – park, palmiarnia i łąka. Z lewej – droga donikąd, z prawej – droga na jakieś zabiedzone osiedle, przed nami – biesiada w warzelni soli. I tańczący ludzie. I wszyscy śpiewają. Aby ukazać moim rodzicom sens przyjeżdżania do Ciechocinka (bo właśnie TO jest sensem, ten cały stos dziwactw, na które można się tam natknąć), nagrałam krótki materiał obejmujący otoczenie oraz śpiewających ludzi. Następnie postanowiliśmy się niezwłocznie oddalić. Nasze odejście zostało przyjęte z wyraźnym smutkiem:

tłum: GDYBYM MIAŁ GITARĘ, TO BYM NA NIEJ GRAAAAŁ…
D.: słyszysz to? Idealnie pasuje. To podkreśla wszystko, co w tej chwili czujemy, będąc w Ciechocinku. Ten żal… rozczarowanie… smutek…

Poczułam to wszystko, a karuzela żałości radośnie się zakręciła jakby nieco szybciej. Zdecydowaliśmy się odejść drogą donikąd. Nie zawiodłam się:

A przecież zamknięta brama do lasu z otwartą furtką do lasu to wciąż nie jest wszystko, co zobaczyliśmy tego dnia. Niedaleko porzuconego różowego sandałka napotkaliśmy bardzo nabuzowaną Przedstawicielkę Partii Wymuszaczy Odszkodowań. A było to tak: ktoś powolutku wyjeżdżał z parkingu przy klinice, ustawił się na ulicy zgodnie z założonym kierunkiem jazdy, pozapinał pasy sobie i jakiemuś starszemu pasażerowi i ruszył. W międzyczasie na przejście dla pieszych zdążyła wkroczyć Przedstawicielka. Jeżeli myślicie, że standardowa kolejka do komunii w niedzielę porusza się wolno, to nie widzieliście tej kobiety. To mało powiedziane, że ona szła z godnością. Ona sunęła, jej każdy krok naładowany był dumą, poczuciem wyższości, szlachetną pychą i spokojem. Na brzegu krawężnika pozostawiła koleżankę, sama zaś niczym masowiec Sea Ponta Da Madeira pokonywała przejście. Dla uświadomienia grozy – poniżej zamieszczam zdjęcie wspomnianego masowca:

Tak właśnie. No i wędruje szanowna Przedstawicielka przez to przejście, stawiała już swą szlachetną stopę na końcowym krawężniku, gdy samochód powolutku się za nią przetoczył. Gdy przejechał, koleżanka żwawo przetruchtała przez przejście, a Przedstawicielka odwróciła się do niej i rzecze:

- Widziaaaaaałaaaaaaś? Widziałaś, jak on jechaaaaał? Ja byłam na przejściu, a on przejechał za mną! Kiedy ja jeszcze przechodziłam przez przejście!

Koleżanka trwożliwie przytaknęła i nie rozwijała tego tematu, ale Przedstawicielkę Partii Wymuszaczy Odszkodowań słyszałam jeszcze przez jakiś czas, jak z oburzeniem wygadywała na kierowcę, który ośmielił się przetoczyć ostrożnie za jej dumnymi, z godnością niesionymi nad przejściem plecami. Jestem pewna, że miała zamiar dać się potrącić, żeby przedłużyli jej pobyt.

Bo przecież warto tam bywać! Kilka(naście?) lat temu, gdy byłam w Ciechocinku z rodzicami, na ławeczce siedziały dwie starsze panie. Jedna rzekła ze złością do drugiej, że teraz to już nie ma po co do tych sanatoriów, do tego Ciechocinka na te turnusy jeździć, te baby z tymi mężami swoimi jeżdżą, pilnują, nikogo nawet nie zapoznasz! I koniec sanatoryjnych romansów. A do tego (to już wniosek z tegorocznej wizyty) nawet jak potencjalny partner przyjedzie sam, to zaraz tworzy się wokół niego obstawa i nie ma, nie przejdziesz. Tutaj powiążemy po raz kolejny dwie historie w jedną. Godzina 15:40, biały dzień, przechodzimy obok restauracji. Przed restauracją – podeścik, na podeściku – tańczące pary plus jakiś mocno antyczny wolny kawałek. Dancing w sobotnie mocno wczesne popołudnie. Nic, Ciechocinek to miasto rządzące się swoimi prawami, więc starałam się nie komentować. Wejście do parku, muzyka cichnie, ale nie na tyle, żeby ominął nas fakt, że piosenka się zmieniła i teraz jest zdecydowanie szybsza.

ja: Ty, didżej im trochę tempo narzucił…
D.: to się nazywa selekcja.

Pokiwałam głową ze zrozumieniem, wchodzimy do parku, mijają nas 3 starsze panie. To ten moment, gdzie historia o dancingu i starszych paniach łączy się ze wzmianką o zaporach wokół potencjalnych kawalerów. Otóż: mijamy te trzy panie i słyszę rozmowę:

- A gdzie on w ogóle jest?
- Gdzie, gdzie. Ubrał długie spodnie, powiedział, że chce tańczyć. I poszedł tańczyć! *fuknięcie*
- Zaraz zobaczymy, chodźcie.

Tutaj już nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem, oddalając się w pośpiechu. Podzieliłam się tylko z D. stwierdzeniem, że panie myślały, że znalazły sobie towarzysza, a tymczasem on znalazł już sobie czwartą do swojej kolekcji. Słodko :D przy okazji dancingu wyszła historia, którą zawsze opowiada mój tata: że w sanatorium na wieczorku zapoznawczym można z partnerką tańczyć, ale nie kręcić w lewą stronę, bo jej się śruby wykręcą i noga odpadnie. Po krótkiej analizie stwierdziłam, że przecież jeśli ktoś miał nogę dawno temu robioną, to może jeszcze mieć ją na radzieckie lewoskrętne śruby. W tej sytuacji pozostaje jedno: na wieczorku zapoznawczym jako dżentelmen nie pytasz partnerki o wiek, ale pytasz, ile lat ma jej noga (w którym roku była robiona). Na tej podstawie w przybliżeniu określa się, jakie zastosowano śruby (bo na przykład jeżeli to już XXIw., to małe szanse na lewoskrętną śrubę), a co za tym idzie – w którą stronę nie kręcić pani w tańcu.

A jako wisienka na torcie został mi już tylko siedzący na ławce pan z dużym brzuszkiem, który opowiadał swojemu koledze (również siedzącemu na ławce), że trzeba dużo chodzić i ruch to zdrowie. Aha.

Druga część naszej podróży była zdecydowanie ładniejsza – ale to temat na kolejny wpis, jako że nie chciałabym poprzez kontrast umniejszać jej urody.

Miłego! :)

Krótko o tym, jak pokonałam komunistyczne stołówki

Komunistyczne stołówki to taki symbol, bo zaliczają się również do tej grupy kuchnie w całkiem nowoczesnych, wydawałoby się, pensjonatach i gościńcach. Są to miejsca, w których produkty spożywcze (surowe, przetworzone oraz w formie gotowych już obiadów) wykorzystywane są na 110%. Aby się nic nie zmarnowało. Sztandarowym przykładem jest 3-dniowa seria rosół z makaronem – pomidorowa z makaronem – pomidorowa z ryżem, bo makaron wreszcie się skończył, ale pomidorowa jeszcze nie. Jak się ugotowało za dużo ryżu, to można czwartego dnia na wykończenie dać ryż na słodko albo risotto (dla zaawansowanych).

Dzisiaj pokonałam pewną granicę. Bo jeśli ma się cały gar rosołu i próbuje się go zagospodarować, to jeszcze się da zrozumieć. Ale z ostatniego obiadu (gulasz z kaszą jęczmienną) zostało mi coś koło kubka kaszy. Więc ugotowałam pomidorową. Na jutro szef kuchni poleca – pomidorówka z kaszą jęczmienną. 

Nie wiem, czy to przedsiębiorczość, czy gospodarność, czy skrajne lenistwo (nie chciało mi się wymyślać niczego skomplikowanego) – faktem jednak jest, że obiad na jutro ugotowałam w jakieś 20 minut :p gdyby czasy były inne, pracowałabym w stołówce zakładowej.

Miłego!  :)

Kiedy ZOO w ZOO jest w zupełnie innym miejscu…

Jeżeli ktoś myślał, że w ogrodzie zoologicznym największy zwierzyniec jest na wybiegach i w klatkach, to ja może podpowiem: to błąd. Największy zwierzyniec jest bowiem na ścieżkach pomiędzy wybiegami i nie da się ukryć, że czasami wolałabym, żeby to niektórzy ludzie zostali zamknięci w klatkach NA ZAWSZE.

Ale żeby nie było tak pesymistycznie – najpierw żyrafki! :D

Z atrakcji absolutnie cudownych są właśnie żyrafki, brykające zebry, surykatki (miłość forever), zasmucone deszczem wyjce i – oczywiście – lwiarnia. Czym się różni lew od kota domowego? Tylko wielkością, bo odwalają na pieńkach tak samo, jak nasze domowe futrzaki. Rewelacyjna sprawa, lwy w Gdańsku mają ładny kawałek terenu do dyspozycji, dookoła wybiegu rozstawione są lunetki i można praktycznie z bliska zobaczyć zwierzaki. I można też poczuć się dziwnie, jak ustawi się obiektyw na lwa, który patrzy prosto na Ciebie. :p 

Słodkość roku: kot arabski. Nie można się w tym stworzeniu nie zakochać.

Wybraliśmy się w piątek, radośnie padało i nie można powiedzieć, żeby było słońce chociaż przez chwilę, ale zalet takiego rozwiązania znalazłam co niemiara. Żeby schronić się przed wodą, wystarczył kaptur lub parasolka, było ciepło i nie wiało, więc zadanie nie było szczególnie uciążliwe. Za to wszystkie kopytne, psopodobne i kotowate były nadzwyczaj aktywne w takiej pogodzie :D nie było upału, więc nie leżały rozlazłe gdzieś pod krzakami, tylko pokazywały się z tej aktywnej, zaciekawionej światem strony, jedynie małpkom było smutno, bo zostały wygnane przymusowo na dwór, chyba na czas sprzątania domków, i siedziały osowiałe, chroniąc się przed deszczem. Pomijając małpkowe smutki, odkryłam w tej pogodzie drugi ogromny bonus – MAŁO LUDZI. Chociaż i tak znalazły się prawdziwe gwiazdy.

Ja rozumiem, że nie każdy może być zoologiem. Ja rozumiem, że nie wszyscy są geniuszami. Ale czasami wystarczy powiedzieć „nie wiem” i to świadczy o człowieku dużo lepiej, niż siłowe wymyślanie niestworzonych historii. Rzecz dzieje się przy rysiu. Ryś, jaki jest, każdy widzi: płowe futerko w delikatny wzorek, ni to prążki, ni to plamki, uszka z charakterystycznymi pędzelkami, wielkość niewyrośniętego owczarka niemieckiego. Oprócz rysia, który na szczęście nie skomentował całej sytuacji, bohaterami zdarzenia są matka i dziecko. Dziecko – standardowo: mama, a co to? I na to wchodzi nasza krynica mądrości: takie duże zobacz, chyba tygrys! Moja mama zakrztusiła się wdychanym akurat powietrzem, a ja miałam ochotę zapytać, co ta pani sądzi o tym, że szczepionki powodują autyzm

Lwiarnia. Wisi kartka na wysokości wzroku przeciętnego ojca, że PROSIMY O CISZĘ. Wchodzę do środka, wewnątrz inna mama z małym dzieckiem, dzieciak lata po pomieszczeniu i zadaje pytania, kobieta go zatrzymuje i po cichu tłumaczy, że tu są zwierzątka, które nie lubią hałasu i trzeba być ciszej, żeby ich nie denerwować, i zaczyna opowiadać coś o dużym kotku za szybą (akurat wewnątrz znajdował się lew i bardzo domagał się, żeby otworzyć mu wyjście na wybieg), żeby małego człowieka czymś zająć. Cudownie, uwielbiam rozumnych ludzi. I na to wszystko wchodzi jakaś grupka z wycieczki (na wejściu uznałam ich za wycieczkę z jakiegoś Domu Pomocy Społecznej albo coś takiego), i drą ryje jeden przez drugiego. Zresztą akurat ta ekipa darła ryje w całym ZOO, bo nieszczęście sprawiło, że postanowili obejść wszystkie zwierzątka, podobnie jak my, i od czasu do czasu na siebie wpadaliśmy. Zastanawiałam się, czy może nie zgłosić do dyrekcji ogrodu, że uciekło im chyba parę naczelnych (masakra… kto to w ogóle mógł nazwać naczelnymi…?). Ludzie nieustannie mnie zadziwiają swoim analfabetyzmem i jawną głupotą. Cudowne jest w nich jednak to, że nawet nie wiedzą, że prawdopodobnie są upośledzeni i myślą, że są zabawni, fajni i rozrywkowi.

Rozmawiałyśmy ostatnio z Mrs. Brick – czasami żałujemy, że rodzice nam wpoili samodzielne myślenie, że coś wiemy, że czytamy jakieś artykuły, badania naukowe, że coś tam w głowie jako temat do krytycznej, obiektywnej analizy zawsze się znajduje… Czy nie lepiej byłoby być radosnym debilem, który niczego nie rozkminia, tylko uznaje za prawdę pierwszą teorię, jaką dostanie z TV lub Internetu? Jak to powiedział ostatnio jakiś antyszczepionkowy mędrzec pod artykułem o szczepieniach – dla nas ważna jest informacja, a nie źródło informacji. No i pięknie, tak trzymać! W przyszłym tygodniu wykupuję skrawek ostatniej strony opiniotwórczego czasopisma na literę F, na ostatniej stronie którego zawsze znajduje się rozebrana pani, i na tejże ostatniej stronie daję informację, że jogurty naturalne powodują zapalenie trzustki. Żadnych źródeł (a już w ogóle żadnych wiarygodnych źródeł), bo przecież ważna jest informacja, a nie źródło, a poza tym cioteczny kuzyn ze strony pierwszego męża stryjenki Marysi zjadł kiedyś jogurt naturalny, a potem 40 lat później miał zapalenie trzustki, więc dowody są jakby niepodważalne. 

Nieważne, w nosie z głupotą, chociaż czuję ostatnio, że ona mi bezpośrednio zaczyna zagrażać. Wracając do samej wycieczki – w ZOO urzekły mnie też domki dla owadów :D

To tyle, jeśli chodzi o wyjazd, polecam każdemu, bo rozwój tego miejsca przez ostatnie 20 lat (a więc odkąd pamiętam coś więcej niż migawki) jest naprawdę imponujący. A jako wisienkę na torcie miałam okazję zobaczyć pana dyrektora ZOO we własnej osobie :) szacunek za wieloletnią ciężką pracę i za osiągnięcia.

Jeśli już jesteśmy przy osiągnięciach – Halina i Henryk będą kwitnąć! O ile Halina mnie nie zaskakuje, bo anturium to mało wymagający stwór (chociaż to dopiero jej pierwszy kwiat wypuszczony już u mnie), to Henryk wzruszył mnie niepomiernie tym swoim małym pączkiem i teraz muszę na niego chuchać i dmuchać, żeby tylko kwiat się z tego prawidłowo rozwinął. Mam nadzieję, że zdążę go zobaczyć – to raczej jednodniowe widoki. Róża chińska to taki dość kapryśny kwiatek, nie każdemu i nie wszędzie chce dobrze rosnąć, o kwitnieniu nie wspominając (kwiat mojej mamy obraził się na 2 lata po tym, jak przestawiła go do innego pokoju i nie kwitnie, BO NIE). A Henryczek nie ma jeszcze nawet roku i już chce zakwitnąć, to jest sukces :D

Henryk i jego pączek:

Halina i pączek:

Teraz jestem dumnym hodowcą i czekam na rozwój kwiecia :D

Pozostajemy nadal w temacie „Sukcesy”. W czwartek, zwany popularnie Bożym Ciałem, byliśmy z D. zaproszeni na obiadek do babci. Trwaliśmy w radości, ponieważ we wtorek wieczorem zepsuła nam się kuchenka i nie było żadnej opcji, abyśmy mogli ugotować sobie jakiś przyzwoity obiad sami (tak, tak… sponsorem długiego weekendu była firma Knorr i ich dania z pudełek – czajnik działał). Umówiliśmy się na taką jakąś orientacyjną godzinę, na zasadzie jak wrócimy z kościoła, to przyjedźcie na obiad. Siedzimy sobie więc z D. spokojnie w mieszkaniu, aż uznaliśmy, że obiadodawcy pewnie już niedługo będą wracać, więc postanowiliśmy się ubrać i wyjechać. Otóż nie. Bo na ulicy pod naszą kamienicą postanowili klęczeć ludzie. Zdjęcie w kratkę, bo moskitiera.

Czułam się tak, jakby nastał poranek w dzień Zombie Apokalipsy, ale w sumie w Boże Ciało zawsze tak to widzę. Traf chciał, że zablokowali ulicę na dobrych kilkanaście minut, bo jeden z przystanków był akurat naprzeciwko wyjazdu z naszej ulicy (swoją drogą – prawie pod oknami burdelu, ale co tam). Odczekałam grzecznie, aż procesja się zawinie i postanowiłam wyjechać na prowincję, gdzie nikt nie blokuje ulic bez powodu. Akurat jeśli chodzi o te wycieczki z księdzem po mieście… nigdy tego nie zrozumiem. #mózgtakizbytmały

Ale za to lubię pytać ludzi oburzonych paradami i marszami równości („to chore, niech sobie robią co chcą, ale po co się tak obnosić ze swoimi poglądami?!”), czym te parady różnią się od ich procesji w Boże Ciało. Bo przecież jedno i drugie to publiczna manifestacja swoich poglądów na szeroką skalę.

Tymczasem już za kilka dni skończy się świat, ponieważ D. obroni pracę magisterską i pozostanie mu już tylko jedna wizyta na uczelni – odebranie dyplomu. Chwała! Odetchnę z ulgą, że już żadne z nas nigdy więcej nie będzie musiało tam zawitać. I nastanie nieskrępowana wolność, albowiem nie trzeba już będzie w weekendy ani po pracy pisać, powtarzać materiału ani nic takiego. Aż nie wiem, co będziemy robić ze swoim życiem :D jak to obwieścił parę lat temu pan Krzysztof Kononowicz, „nie będzie niczego” – i bardzo dobrze. Czasami to bardzo fajnie, jak niczego nie ma. Szanuję :D

Poniedziałek. Czas na kawę. Byle do czwartku, gdyż piątek mam wolny. Miłego!  :)

Wypluwka nietematyczna

Wypluwka nietematyczna to takie wszystko, co akurat mam w głowie, składające się z wielu niepowiązanych ze sobą elementów. Zapraszam!

Ostatnio dni w pracy mijają nam raczej spokojnie, stąd też znalazł się nawet czas na to, by odwiedziła nas koleżanka, która wcześniej pracowała na moim stanowisku. Posiedziałyśmy, poplotkowałyśmy, dostałam nawet kwiatka na wciąż jeszcze nową drogę życia:

Po konsultacjach z koleżanką K. dostał na imię Henrietta i stoi sobie dumnie na biurku (kiedy jestem w domu) lub na półce (kiedy wychodzę z domu, bo Babka miewa zapędy do obgryzywania korzonków).

Weekend udało mi się spędzić absolutnie fantastycznie, tj. w zasadzie bez zaglądania, co się w świecie dzieje (czyli bez włączania kompa). Zauważyłam, że przeglądanie informacji budzi we mnie bardzo negatywne odczucia, więc postanowiłam przynajmniej w weekend tego nie robić. Udało się wspaniale. W piątek po południu zaczęłam robić ciasto, pojechałam do rodziców na kawkę, wróciłam dokończyć ciasto i bawiłam się do nocy nową zabawką*. W sobotę rano wpadli panowie od kontroli napięcia w gniazdkach elektrycznych**, następnie razem z D. pojechaliśmy na śniadanie do Sopotu***, później odbyły się małe prace naprawcze nad samochodem**** i kolejna kawka, a wieczorem olaliśmy mecz (ponoć całkiem udany) i obejrzeliśmy połowę Czasu apokalipsy. Drugą połowę zaliczyliśmy w niedzielę rano*****. Przez resztę niedzieli czytałam Metro 2034 Dimitrija Głuchowskiego, gdzie znaleźć można fantastyczne myśli na temat życia i ludzi. Pierwsza część trylogii również obfitowała w filozoficzne kwiatki i liczę na to, że rozpoczęta właśnie przeze mnie część trzecia nie pozostanie pod tym względem w tyle. Niniejszym zamieszczam próbkę rozważań na temat tego, co po nas zostaje i dlaczego niektórzy ludzie upierają się, że dzieci to ta wyjątkowa rzecz, która zostanie po nich na świecie i będzie wyjątkowym świadectwem ich życia. Czy na pewno takim wyjątkowym?

„Mogą być do nas podobne. W ich rysach twarzy możemy widzieć odbicie naszych własnych rysów, w cudowny sposób zlane w jedno z rysami tych, których kochamy. W ich gestach, w wygięciu brwi, w minach, jakie robią, będziemy z rozrzewnieniem rozpoznawać siebie. Przyjaciele mogą nam mówić, że nasi synowie i córki to skóra zdjęta z nas, że są wycięci z tej samej sztancy. I to ma jakoby zapewniać nam jakieś przedłużenie nas samych po tym, jak przestaniemy istnieć.

Ale przecież żaden z nas nie jest pierwotnym obrazem, na podstawie którego powstają kolejne kopie, lecz zaledwie chimerą, stworzoną po połowie z powierzchowności i wnętrza naszego ojca i naszej matki, dokładnie tak, jak z kolei oni składają się z połówek swoich rodziców. A więc nie ma w nas żadnej unikalności, a tylko niekończące się przetasowania maleńkich kawałków mozaiki, które istnieją same z siebie, składając się w miliardy przypadkowych, niemających specjalnej wartości i rozsypujących się na naszych oczach kompozycji?

Warto więc być tak dumnym, że u naszych dzieci widzimy wypukłość czy wklęsłość, którą przywykliśmy nazywać swoją, ale która tak naprawdę już od pół miliona lat wędruje po tysiącach ciał?

Czy zostanie coś właśnie po mnie?”

/ Dmitry Glukhovsky, Metro 2034 /

Tyle z wyjątkowości.

A teraz gwiazdki, gwiazdki!

* Nową zabawką jest lampa do paznokci hybrydowych, którą zakupiłam po tym, jak szlag trafił moją cierpliwość do paznokci wiecznie obtłuczonych na klawiaturze. Żywię nadzieję, że hybrydy pobędą ładne trochę dłużej, niż 3 dni. Ich już stwierdzoną ogromną zaletą jest to, że maluję paznokcie i idę spać, a rano nie mam wzorków z kołdry na lakierze i nie muszę czekać na jego wyschnięcie milion dni. Owszem, przygotowanie pazura trwa minimalnie dłużej, ale jeśli lakier będzie się trzymał bez odpryskiwania – błogosławię sprzęt na wieki. Nie oszczędzam paznokci, więc wkrótce się dowiem, ile są warte.

** Panowie sprawdzający gniazdka wizytują w naszym bloku raz na 5 lat, u nas sprawdzali akurat kuchnię i łazienkę. Opis ich wizyty należy zacząć od uwagi, że mój kot jest kotem niestandardowym i zachowuje się po psiemu: kiedy słyszy otwierane drzwi, biegnie zobaczyć, kto przyszedł i każdego musi obwąchać, niczego się nie boi i daje do zrozumienia, że on tu jest u siebie. Panowie weszli do łazienki, sprawdzili gniazdka, idą do kuchni – tu mój kot stał już w samiuśkim przejściu, drżąc ze zniecierpliwienia. „Ooo, jaki ładny kotek!”. Kotek, jak już usłyszał, że taki ładny, to zaczął gwiazdorzyć. Ocierał się o nogi jednego z panów, latał za nim i tańczył wokół niego, prezentował się w całej okazałości, nawet postanowił odwalić popisówkę na drapaku. Panowie byli zachwyceni kotkiem, a starszy z nich zauważył wiszącą u nas w kuchni planszę z napisem:

TEN KOT
LIŻE
GNIAZDKA
(kontakty)

Przeczytał to sobie i się zadumał, więc mówię, że jak się wprowadziliśmy, to Babeczka obeszła mieszkanie i miała wszystkie gniazdka wylizane. Na co pan tonem znawcy:

- Elektryk…

I trudno się z tym nie zgodzić, jako że elektryka prąd nie tyka, a Babeczki też szczęśliwie nie tknął.

*** Śniadanie w Sopocie spełniło wszelkie marzenia i oczekiwania mojego żołądka. Naleśnikarnia, którą zawsze odwiedzamy, stoi na ultrawysokim poziomie, dużo wyższym, niż niektóre rozreklamowane w Trójmieście naleśnikarnie, i w ten weekend nadszedł czas, by ją właśnie odwiedzić. Pojechaliśmy z samego rana, żeby uniknąć tłumów w porze obiadowej, więc po 10:00 byliśmy na miejscu. Tłumu samochodowego w Sopocie nie udało się jednak uniknąć, bo była duża impreza na hipodromie, jakieś wydarzenia na kortach i poruszanie się po mieście było lekko utrudnione. Daliśmy jednak radę i chwała nam za to! Byliśmy dzielni, pojechaliśmy tam nawet z zepsutym tłumikiem (spaw w piątek puścił i nam się tłumik rozczłonkował). W drodze do Sopotu nasz nadwyrężony przyjaciel postanowił upaść najniżej jak się da, czyli na poziom asfaltu, i w drodze powrotnej radośnie na każdym wyboju tarliśmy rurą o nawierzchnię. Miód na me uszy, plaster na moje serce. MYŚLAŁAM, ŻE OCIPIEJĘ. Do tego rano w Sopocie dość mocno wiało, a ja byłam w śmiesznej cienkiej kurteczce i wieczorem dorobiłam się (znowu… ostatnio często mi się to zdarza…) stanu podgorączkowego. W wielkiej radości zagrzebałam się w kocach i udawałam, że wcale nie marznę. W tym wszystkim pocieszało mnie jedynie wspomnienie przepysznego naleśniczka z kurczakiem, pieczarkami i sosem koperkowym. Poezja <3

**** Ponieważ parkujemy na Starym Mieście, a na starych miastach ulice są zazwyczaj porządnie wyłożone kostką brukową, która czyni ulicę nierówną, trochę niedobrze byłoby ten zwisający tłumik tak zostawić. Wyobraziłam sobie, jak D. musi wycofać trochę samochodem, aby opuścić ciasne miejsce, zapiera się tą rurką o jakąś kostkę i psuje wszystko, co tylko da się zepsuć poprzez wypchnięcie rury od tłumika podczas cofania. Wizja ta bardzo mnie zaniepokoiła, dlatego też pojechaliśmy na wieś i D. razem z moim tatą tymczasowo podwiązali wszystko drutem. Do mechanika i tak byliśmy już umówieni na dziś lub jutro, a ta prowizorka umożliwiła nam w miarę bezpieczne podróżowanie na krótkich dystansach. Kiedy panowie leżeli pod samochodem i naprawiali tłumik, ja siedziałam z mamą na górze i naprawiałam jej zagubiony paznokieć moją nową lampą do hybryd. Są priorytety :D

***** O filmie Czas apokalipsy mogę powiedzieć tylko jedno: jak się go ogląda w dwóch częściach, mniej więcej równej długości, to ma się wrażenie, że oglądało się zupełnie dwa różne filmy i że ten pierwszy był zdecydowanie lepszy. Ale ogólnie uważam, że warto, bo lubię filmy z gatunku mindfuck, które pozostawiają widza z takim „ej, coooo?”. Przerażający jest zarówno sam film, jak i świadomość, że ludzie zdolni są do każdej z rzeczy, które zostały tam pokazane. Pozostaje lekki niepokój.

______________________________________________________

Uwielbiam te dni, kiedy przychodzisz do pracy w poniedziałek, a tam już środa, bo tydzień jest mocno skrócony, należy mi się. Następny też będę miała skrócony, bo też mi się należy. A potem za chwilę będzie już lipiec i chociaż dla osobnika pracującego to już nic nie znaczy, to chyba zawsze wewnętrznie będę odczuwała taki spokój w tym czasie, bo „wakacje”. Nie da się tak w ciągu paru lat wyrzucić z głowy przyzwyczajeń z lat osiemnastu, jeśli policzyć tylko od zerówki, zaliczyć 3-letnie liceum i skończyć studia w regulaminowe 5 lat. Ten termin „wakacje” zawsze będzie gdzieś w głowie, nawet jeśli jest się miłośniczką urlopów wrześniowych.

Co do urlopów – w tym roku mam zamiar wybrać się na porządny wypoczynek gdzieś w jakąś ładną krainę z mnóstwem fajnych pieszych szlaków i pobytować tam chociaż tydzień. Zobaczymy, jak to się uda i czy dane mi będzie wyjechać w jakimś rozsądnym terminie. Myślę, że wkrótce będzie już można zacząć myśleć o planowaniu urlopu, usiąść, poszukać noclegów, trasy, nacieszyć się projektowaniem wypoczynku :) to taka sama frajda, jak faktyczny urlop.

Na dziś to chyba tyle. Ambitnie pada deszcz, więc jestem śpiąca i ziewam na potęgę, odsiedzę tu jeszcze swoje 3 godzinki i udam się do domu, gdzie będę czytać trzecią część Metra. I zostaną jeszcze 2 dni do przepracowania :D jak będzie ładnie, w najbliższych dniach udam się do ZOO. Dawno nie byłam, aż wstyd, a D. w gdańskim ogrodzie nie był jeszcze w ogóle. Czekają nas ogólnie różnorakie atrakcje i należy się tym cieszyć, jako że życie samo z siebie rzadko coś przydatnego i fajnego oferuje – zazwyczaj są to problemy neurologiczne i nowotwory. Stąd konieczność umilania sobie życia z jak największym uporem i entuzjazmem. Wiem, zabrzmiało to strasznie, ale faktem jest, że akurat z taką tematyką mam obecnie do czynienia. Może jeszcze wliczyłabym w to wszystko niestrawność. Chociaż naleśniczka z Sopotu akurat strawiłam wybitnie sprawnie <3

Miłego!  :)

Trzy najbardziej epickie momenty w moim życiu (jak dotąd)

Trzy najbardziej epickie momenty w moim życiu (jak dotąd) wyglądają następująco:

1. Gdy totalnie olałam egzamin roczny z wiolonczeli w drugiej klasie szkoły muzycznej i nauczyciel kazał mi przyjść z mamą.

2. Gdy pewnego letniego popołudnia musiałam ręką w gipsie trzymać nie mojego kuca i zaprowadzić go z tą ręką na jego pastwisko.

3. Gdy wczoraj rano Babeczka narzygała na magisterkę D.

A było to tak:

1

Miałam co do szkoły muzycznej kompletnie inne oczekiwania, niż mój nauczyciel wiolonczeli. On chciał chyba robić ze swoich uczniów gwiazdy, wysyłać ich na konkursy, festiwale, ogólnie sława, sława, ćwiczenia, ćwiczenia – a ja po prostu chciałam nauczyć się grać. Pierwsza klasa minęła nam po prostu na pyskówkach, druga już na regularnych awanturach i moim złośliwym olewaniu przedmiotu, jakim była nauka gry na wiolonczeli. Po każdym semestrze zdawało się egzamin przed komisją, tak w ramach zestresowania mniej odpornych dzieciaków do cna. Oprócz tego była to chyba próba nadania szkole muzycznej jakiegoś wyższego statusu, „no wiesz, egzamin po każdym semestrze, coś poważnego”. Mój egzamin po drugiej klasie wyglądał tak, że w ogóle przed nim nie ćwiczyłam, zagrałam najgorzej jak umiałam, myląc się w najprostszych przejściach i z radością eksponując wszelkie nieczystości. Pan od wiolonczeli był wściekły, jak można było tak zwalić egzamin (uważam, że mogłam się postarać i zwalić go bardziej), że to wstyd i w ogóle. Ja zauważyłam, że to wstyd, jak on próbuje nas uczyć i że w zasadzie to ja mam w nosie tę wiolonczelę i wcale nie chcę grać. Pan na to wyrzekł sławetne PRZYJDŹ Z MATKĄ

Pamiętam to jak dziś: korytarzem do drzwi wyjściowych pędziłam jak natchniona, bo wiedziałam, czym to się skończy. I że na pewno nie skończy się tym, na co miał nadzieję pan od wiolonczeli, a mianowicie – że moja mama go będzie przepraszać. Wypadłam więc na zewnątrz, podbiegłam do samochodu i oświadczyłam mamie, że Jaśniepan chce z nią rozmawiać, w międzyczasie wplatając informację, że egzaminu raczej nie zdałam. Po minie rodzicielki widziałam, że oto skończyła się jej cierpliwość do fanaberii Jaśniepana, który uważał (chyba jak każdy nauczyciel świata, a zwłaszcza nauczyciele przedmiotów dodatkowych i gównianych), że ta wiolonczela to powinien być sens mojego życia, najważniejsza kwestia we Wszechświecie, walić matematykę i języki obce. Z miną chciałeś, to masz otworzyłam drzwi do sali i oświadczyłam, że Pani Matka nadeszła. Pan kazał mi poczekać na korytarzu. Może i dobrze, bo słuch mam wrażliwy i głośne dźwięki bardzo mnie męczą. 

Z tego, co pamiętam, pan od wiolonczeli dał radę wygłosić tylko wstęp do swojej tyrady, coś o tym, że jestem uparta, złośliwa i nie ćwiczę, przez to zawaliłam egzamin, gdy w słowo weszła mu moja rodzicielka. I gwarantuję wszystkim, że on do dzisiaj żałuje tego PRZYJDŹ Z MATKĄ. Jeśli jeszcze w tamtym momencie myślał, że jest wspaniałym nauczycielem i ktoś się z nim liczy, to sądzę, że jego złudzenia z gruchotem pokruszyły się na ścianie gorzkiej prawdy i zarzutów mojej mamy. Po tym, jak się pokruszyły, zostały dodatkowo starte na proch tym, że moja mama wyruszyła na skargę do dyrektorki szkoły. Akcja nie była bezpodstawna: każdy, kto był w tej szkole, zna nazwisko tego gościa, a większość z tych, którzy się u niego uczyli, ma traumę i do dziś nie dotknęło wiolonczeli. Ludzie z niespełnionymi ambicjami nie powinni uczyć nikogo, bo przenoszą tylko swoje zdechłe marzenia na kogoś, kto tych marzeń wcale nie chce. O tym moja mama też była uprzejma wspomnieć dyrektorce, która w zasadzie była całkiem spoko babeczką i znała trochę sławę pana od wiolonczeli. Skończyło się na tym, że zaproponowała mi dokończenie szkoły w klasie fagotu. Po przegadaniu z mamą stwierdziłyśmy, że może to niegłupie i przez następne 2 lata robiłam 4-letni program nauki gry na fagocie, co było dużo lepszą zabawą, niż lekcje z tym czubkiem. To był jeden z tych momentów, który świetnie pokazał, że wyniki uczniów nie zawsze zależą w 100% od predyspozycji dziecka, bo są też odbiciem tego, co potrafi nauczyciel. Klasę fagotu w pełnej zgodzie z nauczycielką skończyłam bez większych przygód, w późniejszym czasie też chętnie z własnej woli sięgałam po ten instrument, ale akcję PRZYJDŹ Z MATKĄ zapamiętam do końca życia. Jestem pewna, że kiedy prowadziłam ją korytarzem na pierwszym piętrze do sali wiolonczeli, na drugim piętrze ktoś akurat grał Knights March (chociaż to jeszcze nawet nie było skomponowane). 


2

Pewnego wyjątkowo upalnego popołudnia, gdy szurnięcie klapkiem po balkonie powodowało burzę piaskową na tarasie piętro niżej, siedziałyśmy sobie z mamą, próbując przetrwać gorąc. Ze 2 tygodnie wcześniej udało mi się wyrąbać w szkole i wpakować rękę w gips (na szczęście lewą, czyli tę z założenia mniej przydatną), więc nawet nie próbowałam się zmuszać do jakiejkolwiek konstruktywnej czynności. Cisza, spokój, jak to na wiosce. Wszystko, co żyło, czekało na to, aż nadejdzie wieczór i zelżeje upał. Wait – nie takie wszystko.

Niedaleko naszego domu jest taka gruntowa droga, ciągnąca się między polami, kawałkiem lasu, prowadząca do sąsiednich wioch; przy tej gruntówce zdarzają się pojedyncze domki lub gospodarstwa, między innymi gospodarstwo pana Z. Pan Z. posiadał w tamtym czasie (i posiada do dziś) między innymi osiołka oraz wyjątkowo rasową kucynkę walijską najszlachetniejszej odmiany. Nie wiadomo, które z tych dwóch zwierzątek ma większą sieczkę we łbie, w każdym razie – tamtego popołudnia jedno się spłoszyło i postanowiło biec jak pojebane przed siebie (kucynka), a drugie postanowiło w ramach przyjaźni biec za tym pierwszym (osioł).

Od pastwiska do mojego domu prostą trasą jest ok. 1 km, od mojego domu dalej tą samą trasą za ok. 700 metrów jest droga krajowa o sporym natężeniu ruchu. Spłoszone kopytne raczej nie są skore do zatrzymywania się bez powodu, idą przed siebie. Z balkonu dostrzegłyśmy, że wspomnianą drogą gruntową w stronę naszego domu zmierza obłok dymu. Uznałam, że Izraelici ze swoim obłokiem nie mogliby się poruszać aż tak szybko, więc to musi być coś innego. Z ciekawością wyjrzałam za róg i oczom moim ukazały się mijające nasz dom kopytne, ani myślące się zatrzymać. Przypomnę, do krajowej jakieś 700 metrów. Zdążyłam przebiec na drugą stronę domu, żeby zobaczyć akurat, jak osioł wybiegł na drogę prosto pod przejeżdżający samochód, przewrócił się od siły uderzenia i zaczął się zbierać do wstawania, kucynka zdezorientowana wyhamowała na poboczu, a z samochodu zaczął wysiadać jakiś przerażony koleś. Jego żona postała w samochodzie, gdyż osiągnęła ten stopień przerażenia, gdy już nawet nie wysiadasz.

Aby zwierzaki nie odstawiły jakiejś dalszej maniany, zanim przyjedzie właściciel, pobiegłyśmy z mamą na miejsce wypadku. Złapałam kucynkę za kantar i pobieżnie sprawdziłam, czy jest cała, kiedy zaczął się do mnie zbliżać koleś z samochodu. Osioł nadal stał przed maską, zastanawiając się, czy mu się to wszystko przypadkiem nie śni. Koleś z samochodu tymczasem, idąc ku mnie z rozwścieczoną miną, zaczął krzyczeć CZY TO SĄ PANI ZWIERZĘTA?! Zanim odpowiedziałam, że nie, przeciągnęłam kucynkę przed siebie, wyglądając zza jej grzbietu – stwierdziłam, że przez kuca mnie może nie pobije. Pan zaczął wobec powyższego krzykiem domagać się ujawnienia właściciela – oświadczyłam, nadal zza kucowego grzbietu, że właściciel zaraz będzie na miejscu (modląc się w duchu, żeby pan Z. faktycznie jakimś cudem przyjechał albo żeby ktoś po niego zadzwonił). W tym czasie moja mama wysłała mojego młodszego brata, który przybiegł za nami, po psią smycz i przypięła ją do ogłowia osiołka. To było swoją drogą odważne, bo w sumie nie wiadomo, co temu zwierzakowi po takim uderzeniu mogło odwalić. Ogłosiłam, że zabieram kucynkę na jej pastwisko i ruszyłam w stronę domu, po czym ku swej wielkiej radości zobaczyłam pana Z. mknącego na rowerze w naszą stronę. Zadowolona, że gość z samochodu dostanie swoją ofiarę, poczekałam na moją mamę z osiołkiem i wyruszyłyśmy na spacer w kierunku pastwiska. Za nami niosły się krzyki w stylu moja żona jest przerażona, siedziała na przednim siedzeniu, ten osioł potłukł nam szybę oraz mam szkło nawet w gaciach, w staniku, w gaciach, wszędzie! Aby uniknąć dalszej części tego sporu, który nie był w zasadzie naszą sprawą, oddaliłyśmy się pospiesznie.

I tu zaczęło się drugie show, bo o ile ten przetrącony osiołek miał się całkiem dobrze (one to jednak mają twarde łby…) i karnie szedł na smyczy, to kucynka strzelała fochy i nie dała się prowadzić inaczej, jak tylko lewą ręką. Tą w gipsie. Do tego urządzała sobie przystanki na skubanie trawy, a ja w tej ręce nie miałam dość siły, żeby ją ciągnąć, więc przechodziłam na prawą rękę, wyciągałam kuca z pobocza, łapałam z powrotem lewą i prowadziłam aż do następnej kępy trawy. Było fajnie, ludzie patrzeli na nas jak na idiotki, upał wkurzał i nas, i zwierzaki, a każde kopytko postawione na drodze wznosiło tuman kurzu na wysokość nosa. Normalnie Salvador Dali (albo już nawet Salvador Bliży, bo w sumie byłam w samym centrum wydarzeń). 

I jedno tylko nieskończenie mnie bawi (bawi, bo skończyło się dobrze). Ci ludzie z samochodu. Jedziesz sobie drogą krajową, jedziesz, jedziesz, aż tu nagle… osioł. Myślę, że to już się kwalifikuje do przerobienia z jakimś dobrym terapeutą.

3

D. w ostatnim tygodniu wydrukował, oprawił i oddał magisterkę do podbicia w dziekanacie. Jakieś głupie szczęście sprawiło, że recenzentowi oddał z pośpiechu ładnie oprawioną pracę, z logo uczelni i tymi wszystkimi ozdobnikami, a sobie w domu zostawił taką zgrzaną, oprawioną w foliową okładkę i umówił się z promotorem, że wymienią się egzemplarzami na obronie. 

Kiedy kocię moje dostaje jakiejś przykrej niestrawności, rzyga na wszystkie powierzchnie zmywalne (nigdy na dywaniki i kanapę, leci w panice na panele albo biurka). Często też (jakby zapobiegawczo) na takich powierzchniach sypia. Za biurkiem stoi taka wielka plastikowa skrzynia, w której przechowuję część sprzętu kuchennego. Babeczka lubi się na tej skrzyni czasem wysypiać, D. lubi tam składować ważne rzeczy. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym specyficznym rodzajem konkurencji między nimi, po prostu tak jest i oboje z tej skrzyni korzystają. Wczoraj rano poszłam sobie spokojnie myć włosy, kiedy słyszę walenie w drzwi do łazienki i paniczne pytanie D.:

- Co tam robisz?
- Włosy myję, a co?
- Czyli mogę wejść?
- No możesz…

D. wbiegł po papier, chwycił rolkę i wybiegając z łazienki wydusił:

- Babeczka narzygała mi na magisterkę.

Postanowiłam nie pytać. Stwierdziłam również, że i tak już za późno na cokolwiek, więc nie ma sensu, żebym biegła za D. Dokończyłam mycie włosów, wyszłam z łazienki i pytam:

- Więc mówisz, że nasz domowy recenzent narzygał na twoją pracę?
- Na twoją torbę też.

To już mnie zniesmaczyło, bo nie przypominam sobie, żeby moja torba od laptopa musiała przejść jakąś recenzję. W każdym razie okładkę (i torbę) udało się doczyścić, większych szkód nie odnotowaliśmy, i mam tylko nadzieję, że to „na szczęście”. Gorzej by było, gdyby zapaskudziła tę tłoczoną okładkę, nikt by tego nigdy nie doczyścił xD     podsumowując – praca magisterska D. nie znalazła chyba uznania w oczach Babeczki. Irracjonalność sytuacji była jednak nie do opisania. Walka o tę pracę trwała od miesięcy, wreszcie udało się zamknąć temat, ogarnąć wszystko, dopiąć na ostatni guzik – i na to wszystko przychodzi mój kot i po prostu puszcza na to pawia. To się nazywa dystans do życia…

Miłego! :)

Nadchodzi wolność <3

Wolność nadchodzi wielkimi krokami, albowiem ja oddałam już całą dokumentację z moich ostatnich zleceń (więc zostają ewentualne drobne poprawki, które się zdarzą albo nie), a D. oddał do dziekanatu pracę magisterską i wszystkie inne pierdoły, więc jak tylko się obroni – koniec popołudniowo-weekendowych nasiadówek nad czymkolwiek. Będzie można leżeć i kwitnąć albo jeździć w dziwne miejsca, wybierać się na konie, nad jeziora i na kurki do Borów Tucholskich, oczywiście do czasu, aż nie znajdziemy sobie nowych atrakcji. W perspektywie jest egzamin D. na uprawnienia budowlane i/lub moja podyplomówka, zobaczymy, niby fajnie, ale chyba wolałabym trochę jednak odpocząć. A z drugiej strony – wiadomo, że lepiej funkcjonuję, jak mam dużo na głowie. Zastanowimy się jeszcze. 

Na pewno nie mogę się doczekać planowanych wyjazdów do Elbląga, Fromborka i – może wreszcie – Olsztyna. W Elblągu zauważyłam niezwykły potencjał, prawie jak w Szczecinie („Szczecin, Szczecin… ty syfie.”) i Gniewie (Ładny Pelplin i brzydki Gniew), i jak tylko zwiedzę dostatecznie dokładnie tę miejscówkę, na pewno zdam relację. Przejeżdżałam tamtędy ostatnio i już wiem, że będzie co pokazywać… Chociaż Tczew też trzyma poziom:

Nie znałam wcześniej tej marki. Byliśmy zaskoczeni, ale jednak co parking pod Biedronką, to parking pod Biedronką. W sumie w Tczewie sam parking pod Biedronką dałby radę zapełnić cały „Reportaż z dziwnych miejsc”, bo to, jak ludzie tam parkują, to jest poezja po prostu. Przejazd? Jaki przejazd? Ja tu parkuję, bo stąd do drzwi najbliżej, A GRAŻYNKA MUSI MIEĆ BLISKO! Wyprawa do Biedry to zawsze dla mnie przygoda, naprawdę polecam, warto. Podobnym rodzajem przygody jest wyprawa do Tesco w Starogardzie Gdańskim, również polecam, ale najpierw trzeba obić samochód folią bąbelkową, żeby bezpiecznie tam parkować wśród tych ludzi. Polecam uważać :)

Dziś Dzień Dziecka, więc pojadę sobie do babci na pączki, genialnie, już szykuję miejsce w żołądku. Przestałam żałować, że zapomniałam śniadania do pracy – nadrobię po południu :D jutro  zaś, skoro jesteśmy już w temacie jedzenia, planuję wybrać się z D. na najpyszniejsze naleśniki w Sopocie celem świętowania oddanej pracy (bo w naszej katedrze obrona ma status „Herbatka u cioci” i nie ma się zbytnio czym przejmować; wszyscy wychodzą z założenia, że skoro ktoś przetrwał 5 lat na tym wydziale, to trudno go bardziej zniszczyć). Wreszcie zaczyna się to popołudniowe niecnierobienie albo cochcęrobienie, którego tak ostatnio brakowało :D w pracy z kolei też zaczyna być nieco spokojniej, bo pozbywamy się najtrudniejszych zleceń i atmosfera wraca do normy. Tak to ja mogę żyć <3 do pełni szczęścia brakuje mi w sumie tylko nowej szafy (jesteśmy na etapie rozglądania się za), bo kurtki zimowe wciąż w stanie nieschowania wiszą. I prowokują zimę do powrotu. A oprócz kurtek muszę też jeszcze gdzieś pochować wszystkie moje buty i torebki, sporo się tego narobiło :p 

Z okazji Dnia Dziecka życzę wszystkim naszym wewnętrznym dzieciom, aby ujawniały się jak najczęściej i nakłaniały nas do robienia głupot. To potrzebne i zdrowe :D moje wewnętrzne dziecko czeka na przykład na ten Elbląg, będzie hit, już to czuję. Może w najbliższy weekend?

Miłego!  :)

Kolejna nisza na rynku, która na mnie czeka

Czasem jest tak, że znajduję te nisze i naprawdę zastanawiam się, czy tego nie wykorzystać. Ostatnia taka spektakularna okazja to były wspomniane niegdyś pełnowymiarowe wypchane konie na biegunach. Dla zainteresowanych – to tutaj, to ten właśnie chory wpis: Nisza na rynku .

Wczoraj wraz z D. odkryliśmy nową rzecz dla mnie. Otóż żyjemy w dobie coachingu i rozwoju osobistego (i dlatego uwielbiam Facebookowy fanpage Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty), w świecie pełnym porad, jak żyć i co robić, by odnieść jakkolwiek pojmowany SUKCES. Najczęściej pojawiającym się sformułowaniem w dziale Porady jest „musisz opuścić swoją strefę komfortu”. 

I wtedy wchodzę ja (cała na biało) i moja nowa książka, którą dopiero napiszę. Tytuł roboczy brzmi Jak wzmacniać swoją strefę komfortu: poradnik konstruktora maszyn bojowych. Otóż wg mojego poradnika absolutnie będziemy odchodzić od tego niezdrowego trendu, jakim jest porzucanie własnej strefy komfortu, i będziemy to robić na rzecz umacniania jej, pielęgnowania i taranowania nią stref komfortu ludzi, których nie lubimy :D 

Dyskusja z pomysłem wywiązała się między mną i D. z racji wizyty u moich rodziców. Przed ślubem, kiedy to haniebnie pogwałciliśmy wszelkie tradycje i prawa natury (od wyglądu obrączek poprzez formę uroczystości aż do kwestii nazwiska*), moja mama – oczywiście – musiała pozałamywać trochę nade mną ręce, pomarudzić, że jak to tak, że dlaczego ja zawsze pod prąd, że jestem uparciuchem (no jestem.), że tak nie można stawać okoniem ciągle (byłam okoniem w zeszłym życiu, czego już wielokrotnie dowiodłam) i tak dalej. Przypomnę – to było przed ślubem. I tylko w mojej obecności**.

Tutaj należy dokonać wyjaśnień.

* zostałam przy swoim nazwisku ku zastanowieniu mamy, rozpaczy babci i przy całkowitej aprobacie mojego (wtedy jeszcze) przyszłego. Jestem ogromną przeciwniczką zmieniania nazwisk, chyba że ktoś naprawdę ma potrzebę całkowitego zjednoczenia się z rodziną męża i tworzenia nowej rodziny pod wspólnym sztandarem, albo chce w pewien sposób uciec przed starą tożsamością i symbolicznie rozpocząć nowe życie. Ok, powody są różne i radośnie akceptuję wszystkie oprócz powodu pt. nieprzemyślana zmiana nazwiska. Jednak jeśli chodzi o moją osobę, po niezbyt długich rozważaniach uznałam, że od pewnego czasu na różnych frontach buduję pewną markę, która nazywa się tak, jak ja się nazywam, i niekorzystnym byłoby zmieniać marce nazwę w zasadzie bez większego powodu. Włoszki, kobiety z narodu silnie przywiązanego do swoich familii i do swojego pochodzenia, nie zmieniają nazwiska po ślubie, nie mają nawet takiej możliwości prawnej – jest to pewien przejaw dumy z tego, kim się jest od urodzenia i w tym miejscu jednoczę się z tamtą częścią Europy, również będąc dumną „nosicielką” tylko ojcowskiego nazwiska. Ta przynależność do rodu ojca to kolejna kwestia, tym razem związana z punktem widzenia bojującej feministki – już raz zostałam „ometkowana” i przypisana poprzez nazwisko do stada jednego mężczyzny. Wtedy zostałam przypisana bez swojego świadomego udziału. Jednak jako dorosła osoba mogę przeciwko temu zaprotestować – nazwisko już jedno mam i nie istnieją racjonalne powody, by teraz robić alpejskie kombinacje z przepisaniem się pod szyldzik innego mężczyzny. Ja to ja, ta sama od urodzenia. I jestem okropna, wiem :D

** to „tylko w mojej obecności” to nawiązanie do pewnego letniego poranka, kiedy to własnymi ręcyma ładowałam łopatą węgiel do piwnicy. Przyszedł mój dziadek i skrzyczał mnie, że mam zostawić ten węgiel, że mój brat to zrobi, jak wstanie, że to nie jest robota dla dziewczyn, że co to ma znaczyć?! Zgodnie z faktami oświadczyłam, że zanim Młody się obudzi, to ja powolutku będę już miała większość skończone i że żadna krzywda mi się nie dzieje, rączek sobie nie urywam. Dziadek pomarudził, ale wiedząc, że nie wygra, odszedł z godnością. Jakieś pół godziny później idąca ulicą ciotka – na widok mojej skromnej osoby wymachującej łopatą – uznała za stosowne przekazać dziadkowi, że to chyba nie jest robota dla dziewczyny i „jej wnuczki by tego nie robiły”. Na to dziadek z niezmąconym spokojem:
- A bo ty masz źle wychowane.
Ta historia znalazła się tutaj dlatego, żeby uświadomić wszystkim, jak bardzo różni się rytualne marudzenie mojej rodziny od tego, jak odnoszą się do moich fanaberii faktycznie.

Powracamy na właściwą ścieżkę – przed ślubem należało stoczyć kilka tradycyjnych potyczek słownych, coś w rodzaju sympatycznej gry towarzyskiej, każdy to miał. Można byłoby pomyśleć, biorąc pod uwagę te wszystkie rozmowy, że rozczarowałam swoją rodzinę. Otóż – chyba nie. Ostatnio rodzicielka moja miała okazję spotkać się z jedną z ciotek. Padło pytanie, jakie teraz mam nazwisko po ślubie. Na to moja rodzicielka tonem największej oczywistości: no jak – G……..ska!, przyjmując postawę nie rozumiem pytania, no jak miałaby mieć inaczej na nazwisko?. Zapadła chwila milczenia, a następnie chyba ostatecznie zostałam przez ciotkę skreślona z Listy Poważanych Krewnych, ponieważ jako jedyna z tej gałęzi rodziny nie wyprawiałam wesela na 150 osób, a do tego ta sprawa z nazwiskiem, dajcie mi długopis, toć trza to kreślić. Przez jedną z babć zostałam skreślona z Listy Poważanych Krewnych w poprzedni weekend, kiedy na jej pytanie o ślub kościelny odpowiedziałam, że takowego nie będzie (ja już ślub wzięłam i nie planuję „poprawek”, halo). Druga babcia przyjęła fakty bez zbędnych uwag do wiadomości tuż po tym, jak moja mama wygarnęła jej, że lepszy dobry mąż bez ślubu kościelnego, niż pobłogosławiony związek z pijakiem i damskim bokserem. Ta wizja skutecznie podziałała i od tej pory nie słyszałam od dziadków ani słowa o kościele. Moja mama powinna dostać Order Wytrutych i Wymarłych za te swoje działania :D wracając do sprawy z ciotką i nazwiskiem – wieczorem rozmawialiśmy z D. o tym zdarzeniu i śmiałam się, że zobacz: przed ślubem to trzeba było rytualnie namarudzić, a teraz – wszelkie moje wybory mają domyślnie dopisaną klauzulę No Przecież To Oczywiste. Na to D.:
- Ja mam w ogóle wrażenie w takich momentach, że Twoja mama jest z Ciebie w jakiś sposób dumna za ten Twój upór i za to, że zawsze stawiasz na swoim.

Czasami też mam takie wrażenie. Że od małego rodzice próbowali mnie utemperować, bo brak reakcji na moje wyczyny byłby mało wychowawczy, ale tak naprawdę to pozwalali mi być tym upartym, nieustępliwym stworzeniem, jakim jestem do dziś. Że pouczali dla czystej przyzwoitości, a tak serio to całkowicie akceptowali to moje znarowienie. I chwała im za to!  :)

Z tych rozważań wziął się pomysł napisania książki o tym, że absolutnie nie należy opuszczać swojej strefy komfortu. Jeżeli ktoś próbuje sprawić, żebyśmy w naszej strefie poczuli się niekomfortowo, należy go tą strefą rozjechać i pozbawić złudzeń, że jego zamiar kiedykolwiek wypali. Proponuję ze strefy uczynić rodzaj czołgu i bez wyrzutów sumienia jeździć nim po świecie, udowadniając, że sukcesy i szczęśliwe rzeczy osiąga się właśnie wtedy, kiedy żyje się w zgodzie ze swoimi potrzebami i tym, co mamy w głowie, a nie „przełamując schematy swojego umysłu”. Nie ma sensu naginać się do świata, kiedy można świat nagiąć do siebie. Polecam :) na początku troszkę dziwnie, bo kulturowo jesteśmy wszyscy uczeni czegoś innego, ale później wchodzi w krew. Do takiej wygody można się szybko przyzwyczaić :D

Wszystko to dzisiaj, oczywiście, w kategorii żartu, ale nad książką się zastanowię. Ostatecznie wszystkiego w życiu trzeba spróbować podobno.

Miłego! :)

Wiosna wreszcie – wzruszonam!

Taaaaak jeeeeeeeeeest! Wreszcie :D idę rano do pracy w najcieńszej kurteczce, jaką posiadam (bez kurteczki jeszcze nie – czasami wiatr zawiewa, a ja nie lubię, jak idę i jest mi ciepło, a nagle dostaję po rękach arktycznym wiatrem i mi się komfort cieplny zaburza), bez szalików, bez kaptura, okulary przeciwsłoneczne (kocham) i lekkie buty. Mój D. rozpoczął już sezon na narzekanie dlaczego jest tak gorąco…?, ale wybaczam mu to marudzenie, bo wiem, że o ile dla mnie 27 stopni to poziom No-Ewentualnie-Mogę-Spać-Bez-Skarpet, to dla niego od 27 stopni zaczyna się Dlaczego-Nie-Mogę-Zdjąć-Skóry. Podpowiem, że istnieje jeszcze jeden poziom, poziom 35 stopni: dla mnie to strefa Komfort-Cieplny-Mocno-Proszę-Nie-Przeszkadzać, gdy D. po prostu osiąga wtedy stan Kompletne-Spopielenie. Innych poziomów, typu 20 stopni oraz 13 stopni nie będę nawet wspominać, bo takie temperatury wymagałyby wstawienia tutaj zestawienia warstw ubrań, jakie wtedy zazwyczaj na sobie mam. A te listy byłyby długie. Jestem organizmem ciepłolubnym i się z tym nie kryję; D. z kolei znosi podwyższone temperatury raczej słabo i nie wiem, na jakiej podstawie my się w ogóle dobraliśmy :p

Może na podstawie stukniętości. Ledwie parę tygodni temu wymyśliliśmy sobie ślub i zdążyliśmy go wziąć, już wymyśliliśmy sobie nowy powód do zmartwień: mieszkanie. Ogólnie fajnie, każdy chciałby mieć ten mityczny własny kawałek podłogi, urządzony wg swojego widzimisię (dobrze, że widzimisię mamy podobne), gdzie można się spokojnie zadekować i wprowadzać tysiąc zmian na metrze kwadratowym ściany/podłogi, ale jak sobie pomyślę o tysiącu rzeczy, które trzeba ogarnąć na wejściu, to trochę mi się odechciewa :p o ile łazienka jest oczywista w urządzeniu, o tyle kuchnia… Dla kogoś, kto dużo gotuje, dużo czasu w kuchni spędza i ceni sobie funkcjonalność, projekt zabudowy w kuchni jest najistotniejszym projektem, jeśli chodzi o mieszkanie w ogóle. I to ta kuchnia najbardziej mnie przeraża. Mam to po mamie: kuchnia musi być łatwa w ogarnianiu, wszystko musi być pod ręką, ciąg technologiczny musi być ściśle określony, a więc rozstawienie płyty, zlewu, zmywarki i lodówki nie jest przypadkowe NIGDY, a oprócz tego to wszystko ma być ładne :D i spełniać jeszcze 3000 warunków pobocznych. Powiedzmy, że z D. uzgodniliśmy już ładność kuchni, kolor frontów, blatu, wygląd zlewu i stołu (i chyba nawet krzesełek) w jadalni, ale reszta… Ech, to będzie wymagało sporo pracy :D najchętniej kupiłabym gotowe mieszkanie, żeby nie pakować się w robociznę, ale wtedy będę narzekać, że szuflady w kuchni są nie tak rozplanowane i nie tak głębokie, jak ja potrzebuję. Jak żyć… Ale zauważam w tym korzyść i swoją mocną stronę – przynajmniej wiem, że w określonych przypadkach będę marudzić :D   #samoświadomość

Poza tym – idzie lato. Niezapominajki i pokrzywy mają się świetnie :D

Dobrze nie mają się za to Delicje. Otwieram wczoraj opakowanie, a tam ewidentnie zmieściłaby się jeszcze jedna Delicja, ale jej tam NIE BYŁO. Banda oszukistów.

Na szczęście ciasto udało się zrobić i bez tego jednego ciastka, którego tu wyraźnie brakuje. Nadal jednak trwam w lekkim rozczarowaniu.

W międzyczasie, kiedy nie robię ciast, pieczeni, pasztecików i innych wynaturzeń, jestem ostatnio bojującą feministką i tyram wszelkie przejawy nawet żartobliwego i najlżejszego nieposzanowania kobiet, ich człowieczych praw i roli, jaką odgrywają. Nawet mój ojciec rodzony wie już, że lepiej nie zaczynać trudnych tematów, bo oprócz mnie przy stole zazwyczaj zasiadają też dwie inne bojujące feministki i niestety, ale w naszej rodzinie od pokoleń panuje matriarchat i wszelkie próby zamachów na władzę są pacyfikowane szybko i brutalnie. Matriarchat ma się dobrze i jasne jest, że ustrój ten pozostanie z nami przez wiele następnych pokoleń. Zaczynam się przekonywać, że im jestem starsza, tym bardziej bezkompromisowa i bezlitosna w swoich przekonaniach. Mój trudny i bojowniczy charakter z wiekiem nie łagodnieje… Powiem jednak, że wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli się jedzie czołgiem, to ogólnie mało rzeczy przeszkadza :D

Dziś dzień pełen atrakcji, bo po południu wybieramy się na konie, więc D. stanie się wreszcie adeptem sztuki jeździeckiej. Miejmy nadzieję, że nie skończymy tak, jak ostatnio Mrs. Brick, która na błocie wywaliła się z całym koniem :p pozdrawiamy i życzymy wyleczenia lewej strony ciała :D wieczorem mam zamiar przygotować roladki z kurczakiem, co by nie było gadane, że nie dbam, a tak w ogóle to do przygotowania jest jeszcze chłodnik <3 wczoraj do nocy robiłam ciasto, także na weekend jestem przygotowana – muszę się przygotowywać na weekendy z wyprzedzeniem, bo ostatnio sporo nam się pracuje, zwłaszcza w soboty, i czasu brak :D ale od poniedziałku (oby!) odpada jeden z większych obowiązków, także będzie można trochę zwolnić. Lubię, jak coś się kończy i człowiek ma wtedy to błogie poczucie wypełnionej misji.

Tedy więc w spokoju ducha dokończę dzisiejszy dzień i będę pokrzepiać się myślą, że za 4 tygodnie wypada kolejny w tym roku długi weekend. Czyli tak naprawdę 18 dni roboczych i można pomyśleć o jakimś wyjeździe (albo o przestawieniu rusztowania na kolejną ścianę :p ). Lubię długie weekendy, jakoś tak psychicznie je lubię, bo szczerze – w tym roku i tak nie wypoczywam, bo ciągle coś. Nie ma, że pośpię. Ale widocznie do dobrego samopoczucia wystarczy świadomość, że można pokręcić się po innym miejscu, niż praca, mój mózg lubi takie „odświeżenia”. Chociaż czasami tęsknię też za tym, żeby sobie po prostu spokojnie egzystować… widocznie jeszcze nie jest mój czas na to. Może na starość. A może nigdy, jak moja babcia, która nie ma na nic czasu, bo uniwersytet, grupa teatralna, koła, kółka i kółeczka, wycieczki, przedstawienia, wyjazdy :p czy takie rzeczy przenoszą się w genach…?

Miłego!  :)