Kołysanka

Dziewięcioliterowym tytułem rozpoczynamy dzisiejszą historię; tytuł nawiązuje do tego, co należy zrobić przed zabiegiem chirurgicznym z psem, którego wola przetrwania jest większa od chińskiej armii.

Ale od początku. Poza kotami w naszym najbliższym otoczeniu od jedenastu lat bytuje też pies zwany Korkiem (nazwa podstawowa to Kora, ale wiadomo, potem lecą wariacje: Korek, Korutek albo Taborecik – to ze względu na tycie zimą). Korka przywiozłam w styczniu 2007 roku ze wsi, w której były dwa domy i trzy silosy. Miała wtedy może 7 tygodni, nie więcej, śmierdziała kiszonką i upiekło jej się, że ze wsi zapomnianej przed wszystkich przeniosła się na wieś nieco bardziej cywilizowaną, gdzie pies śpi na kanapie i nie musi nocami pilnować podwórka. Przez te 11 lat oprócz szczepień na wściekliznę nie potrzebowała żadnych usług weterynaryjnych, ale kiedy znaleźliśmy jej na brzuchu guzki, nadszedł czas. Wet zarządził mastektomię, Wróżbita Maciej (ja) zarządził zabieg po pełni Księżyca, żeby się rany dobrze goiły (a tak serio – wzięłam pierwszy możliwy termin), Korek musiał przyjąć to wszystko na klatę. Wiadomo, obawy były – jednak to 11-letni pies – ale wyjście było żadne, bo niewycięcie tych guzków skazywałoby psa na cierpienie, kiedy to wszystko zaczęłoby rosnąć i się babrać. Decyzja podjęta: robimy lewą listwę + sterylizację, a po wygojeniu drugą listwę.

W tym miejscu polecam kastrację/sterylizację wszystkiego, co macie, a czego nie macie zamiaru rozmnażać. Że koty – to dla mnie zawsze było oczywiste, ale o psie nie pomyślało się w ten sposób, a może gdyby została wysterylizowana lata temu, to te hormonozależne guzy nie miałyby z czego urosnąć. Może. W każdym razie – sterylki mocno polecamy, a jeśli kogoś nie przekonują względy zdrowotne (bo znam takie betony, co to uważają, że musi raz mieć młode oraz nie będę zwierzaka zabiegami męczyć), to może finansowe: jedna sterylizacja kosztuje 1/3 tego, co zapłacę teraz za obie operacje i opiekę okołozabiegową. No i tę jedną sterylkę młody pies zniósłby bez większych zagrożeń.

Bo nie każdy będzie miał tak odpornego psa, jak my. I tak wybieganego. Siostra moja rodzona wraz z naszą kuzynką często organizowały Korkowi domowe agility: tory przeszkód ze skokami, biegi i inne takie atrakcje, więc pies jest w doskonałej formie i wydolny na 110%.

Okazuje się, że prawdopodobnie skakanie przez patyki i krzesła ogrodowe (oraz przez płotek do ogrodu) sprawiły, że Korek dziś jest odporny jak radziecki czołg. Przyprowadziłam naszego 11-letniego średniej wielkości psa na zabieg. W tym momencie posłużymy się Opowieścią. Bohaterowie: Korek, wet 1, wet 2, wet 3, z czego wet 1 to specjalista chirurg, który przeprowadzał operację. Na dzień dobry:

wet 2: Pani ją przytrzyma, muszę serce sprawdzić. (…) 11 lat, mówi pani? Toż ona ma serce młodego psa!

Korek dostał usypiacza, żeby ją można było spokojnie obejrzeć, „5 minut i piesek śpi”. Dostała zastrzyk, łazi i ogląda świat. Mija 5 minut:

wet 1: Jeszcze chodzisz? Twarda sztuka…

Mija 10 minut.

wet 1: Ty nadal stoisz… No musimy jeszcze chwile zaczekać, mocny pies!
wet 2: Ty wiesz, jaka ona ma pompę?!

Mija 15 minut, Korkowi rozjechały się nóżki i padł na glebę.

wet 1: To jeszcze 3 minutki i ja zabieramy.

Mijają 3 minuty, wchodzi asysta do zabiegu.

wet 3: To co, ładujemy ja na stół?
wet 1: Ok, dawajcie.
Kora: WRRRRRR!
wszyscy: AHA. xD

I w tym momencie pojawiła się we mnie myśl, że ja przecież nie znam żadnych kołysanek, a nie wiem, czy ten piorun wreszcie zaśnie :D

Mogłam tylko trzymać ją za pysk, kiedy lekarze przenosili ją na stół, a potem dostała pełną narkozę i przestała się ciskać, że obcy ludzie jej dotykają. Było to przed godziną 11:00. Jako że przerzutów na płucach nie było, a organizm jest mocny, Korek zakwalifikował się do zabiegu i pozostawiłam go w dobrych rękach, życząc wszystkim powodzenia. O 13:35 dostałam telefon, że psicę można odebrać, więc z Mrs. Brick w te pędy wsiadłyśmy do samochodu i pomknęłyśmy do lecznicy. Nasz zewłok był nieco zmęczony, bo dostała silnego krwotoku i końską dawkę narkozy, zostałam więc ostrzeżona, że pies może spać nawet do rana. Z małymi trudnościami wyprowadziłyśmy Korka z gabinetu (nie miała tyle siły, żeby poprawnie stanąć na śliskich kaflach), z równie małymi komplikacjami wsadziłyśmy ją do auta (przednie nogi to łatwo, ale jak wsadzić tylne, żeby nie łapać za szyty brzuch? na szczęście Mrs. Brick dała radę) i pokulałyśmy się do domu (w życiu tak delikatnie nie prowadziłam samochodu).

Przed domem natrafiłam na znacznie poważniejszy problem. Korkowi udało się wysiąść z samochodu i dojść do schodów, ale jak zobaczyła schody, to się poddała. W sumie się nie dziwię, pierwsze piętro, a parter bardzo wysoki, w sumie 26 całkiem stromych stopni do pokonania. Na ręce wziąć nie można, bo poszyty brzuch. Po schodach sama nie pójdzie. Czas leci, na dworze -3 stopnie, zdecydowanie za mało dla psa wybudzonego z narkozy. Pojawił się mój tata ze starą poszewką na kołdrę, położymy ją na tym i wniesiemy na noszach do góry. Nie. Korek zaparł się szeroko na swoich czterech łapkach i ani iść, ani się położyć. Wymyśliłam więc, że tę poszewkę trzeba zwinąć w pas materiału, na którym oprzemy klatkę piersiową psa i w ten sposób asekurując, wciągniemy ją do domu. Tata szedł pierwszy i trzymał psa na pasach, wciągając go na górę, ja szłam z tyłu i podnosiłam Korka przed każdym stopniem, żeby stawiał przednie łapki. Pod koniec myślałam, że zostanę wylewu. Wniosek: bezwładne 28 kg waży 60 kg i to jest prawda objawiona.

Korek po mieszkaniu poruszał się już całkiem zgrabnie sam, ułożył się na przygotowanym wcześniej miejscu i pospał do wieczora.

Byliśmy przygotowani na to, że trzeba będzie pozwolić jej załatwiać się w domu, ostatecznie wszystko da się posprzątać, i nie chcieliśmy jej już targać po tych 26 stopniach w dół, a potem na górę. Jednak około godziny 20:00 Korek niespokojnie dał do zrozumienia, że w sumie to by wyszedł (przypomnę: pies może spać nawet do rana). Nie wyglądało na to, żeby zwierzak, który od tylu lat przyzwyczajony był do wychodzenia na siku załatwił się teraz na podłogę, więc karnie się ubrałam i postanowiłam dać jej szansę. Zeszła, załatwiła się, zrobiła spacerem rundkę wokół domu, weszła na górę, a w nocy obudziła jeszcze moją mamę, że można iść jeszcze raz. Przycwaniakowała trochę, bo wie, że ze mną nie ma żartów, ale z innymi można spróbować, toteż zmusiła moją mamę, żeby ta zaprowadziła ją do domu ciasteczkami. Sprytnie, Korku. Rano zjadła śniadanie i ogólnie gdyby nie ubranko krępujące ruchy, to pewnie chodziłaby zupełnie sprawnie.

Operacja w poniedziałek, we wtorek kontrola – wszystko bardzo ładnie, rana wygląda w porządku, a skoro pies je, pije i nie wymiotuje, to w ogóle pełen sukces. Wszyscy zaangażowani w tę historię są nieco zdumieni, jak odporny organizm nam się trafił. Na kontroli standardowa procedura – antybiotyk, leki przeciwzapalne i daję pani na środę tabletkę przeciwbólową – jak będą państwo widzieli, że ją boli, to proszę jej podać, zabiegi mastektomii są bolesne… *rzut oka na psa* chociaż nie sądzę, by to było konieczne…

Nie było to konieczne. Za to dowiedziałam się dziś rano, że pies nie ma czasu na ból, bo musi przy każdej okazji wychodzić na zewnątrz, wskakiwać na kanapę i żebrać o ciastka. Dziś znów mamy kontrolę, ale jestem dobrej myśli – najgorsze już chyba, tfu tfu odpukać, za nami.

Wspomnieć należy, że poza przygodami z Korkiem istnieją też jeszcze inne przygody. W tak zwanym międzyczasie udało nam się też odzyskać łazienkę – Krówka chodzi już luzem po mieszkaniu, posykują na siebie z Babeczką, ale zazwyczaj obywa się bez łapoczynów. Uważam, że jak na 2 miesiące wspólnego życia i trudny charakter Babeczki jest już naprawdę, naprawdę nieźle.

Młodą zamykamy już teraz tylko na czas naszych wyjść do pracy, żeby miały szansę od siebie odpocząć. Kiedy wyjeżdżamy na przykład na zakupy, to kociarstwo zostaje na wolności i po powrocie zazwyczaj zastajemy je śpiące na z góry upatrzonych pozycjach. Nawet nie wiedziałam, jaką wygodą jest swobodny dostęp do łazienki <3 Babkę udaje się udobruchać zakupionym dla niej kocem elektrycznym i przeważnie nie chce jej się biec za Krówką, nawet gdy Młoda wyraźnie ją wkurza, bo to oznaczałoby opuszczenie miejsca grzejącego w tyłek. Nieopłacalne. Dodam, że mnie się też kocyk elektryczny podoba, wspaniale grzeje nogi podczas popołudniowych drzemek, które muszę odbywać, by w ogóle przeżyć ten czas. :D

To by na razie było na tyle z ostatnich wydarzeń. Jestem zmęczona, ale powoli wychodzimy na prostą. Wzięliśmy na siebie dużo, bo i zwierzyniec szeroko pojęty, i zmiana pracy u D. (poważna zmiana, poważne obowiązki, i w sumie też poważny szok, ile to niektórzy mają szczęścia życiowego), z tym, że idzie nam doskonale, tylko się cieszyć. Mam nadzieję, że teraz się trochę uspokoi i będzie można odsapnąć. Dlaczego zawsze te wszystkie widowiskowe akcje w naszym życiu odbywają się jesienią i zimą, kiedy człowiek na najmniej siły…? :p

Miłego! :)

Jak zostałam (po raz kolejny) adopcyjną kocią matką

Wpis dotyczy wpisu poprzedniego, w którym przedstawiłam moją i koleżanki K. rozkminę o pozbywaniu się zjebów. Dyskusja ta narodziła się dlatego, że w pewnym mieście w pewnym domu mieszkała sobie kotka ze swoją córką kotką. Córka okazała się osobnikiem zdecydowanie dominującym, który stopniowo wygryzał dorosłą kotkę z legowisk, misek i ostatecznie z domu. Właściciel nie był zainteresowany naprawianiem relacji między kotami i starszą z nich, która przestała przychodzić do domu, po prostu odpuścił. Tak kotka zamieszkała na ulicy, skąd zgarnęła ją moja szwagierka. Niespodziewanie zgadałyśmy się, że ona szuka domu dla kota, ja mam w domu miejsce na drugiego kota i zanim ktokolwiek ogarnął – już z D. wieźliśmy biedaczkę do siebie. Panie i Panowie – oto Krówka:

Krówka ma 2 lata i aż do czwartku była niewysterylizowaną wychodzącą kotką (tak. niewysterylizowana wychodząca. zabić takiego człowieka to mało.). W czwartek stała się kotką niewychodzącą, a w piątek rano – wysterylizowaną. Na razie przetrzymujemy ją w łazience, bo raz, że nosi to durne pooperacyjne ubranko, dwa – staramy się przeprowadzić wprowadzenie drugiego kota do domu zgodnie ze sztuką, to jest metodą socjalizacji z izolacją. Nie jest zadowolona ani z ubranka, ani z izolacji. Jest za to bardzo sympatyczną, ufną dziewczyną, która lubi głaskanie i dużo mruczy. I zabiera ciuchy nowo poznanym ludziom:

I powiedział Wszechkot: „I w bluzie twej mieszkać będę, i z łazienki bluzy swej nie odzyskasz przez trzy dni i trzy noce, aż cała sierścią obejdzie i przekazać będziesz mógł sierść pokoleniom Izraela.”

Trochę nam jeszcze płacze, zwłaszcza gdy siedzi sama w łazience. Dlatego włączyliśmy jej radio, wtedy jest względnie cicho, zwłaszcza jak leci jakieś słuchowisko (polecam – jak przeczytałam, ze radio wspomaga socjalizację kota, to się uśmiałam, ale to jednak działa, potwierdzone info). Cicho jest też wtedy, gdy wypuszczamy ją na pokoje, żeby pozwiedzała:

Albo wtedy, gdy ktoś siedzi z nią w łazience i po prostu jest. Ostatnio byłam to ja, czytałyśmy sobie Harry’ego Pottera:

W łazience płacze też Babka, jak zamykamy ją tam w czasie wyjść Krówki. Przez pół godziny jest cicho, a kolejne pół godziny odstawia płaczki, że już wszystko obwąchała i że już nie chce tam siedzieć. Żeby nie czuła się osamotniona, często ktoś towarzyszy jej choćby przez kilkanaście minut. Wczoraj dla przykładu byłam to ja, jako wzorowa kocia matka:

Z niecierpliwością czekam na zdjęcie ubranka u Krówki, bo wtedy będzie mniej zirytowana i będziemy mogli faktycznie zacząć je sobie pokazywać z daleka. Babka jest bardzo zaciekawiona tematem; codziennie próbuje uporczywie dostać się do łazienki. Krówka z kolei centymetr po centymetrze obwąchuje posłania Babki i wszelkie miejsca, gdzie Babeczka przebywa dłużej. Jako że wymiana zapachów u kotów jest niezwykle ważna i podobno często decyduje o powodzeniu dokocenia, traktujemy to bardzo poważnie i dajemy im obwąchiwać rzeczy tak często i tak długo, jak sobie życzą. Zapoznanie ze sobą dwóch dorosłych kotów to trudny zabieg i wolę przesadzić z ostrożnością, niż coś przeoczyć. Dlatego robimy radosne cyrki z zamianą pomieszczeń, z przenoszeniem kocyków między pomieszczeniami i tak dalej. Czuję się przy tym jak debil. Babka w tym czasie waruje przy łazience lub doprasza się o ciasteczka, a Krówka świeci oczami i pokazuje, że jest milutka i naprawdę można jej już zdjąć ten idiotyczny ciuch:

Dom wariatów.

Do tej pory panny widziały się przez szparę w drzwiach; Babeczka była zaciekawiona, Krówka nieco się przestraszyła, ale że to pierwsze dni w nowym domu, to płoszy ją nawet trzaśnięcie drzwiami u sąsiadów. Robimy wszystko, by zapoznanie przebiegło pomyślnie i żeby dziewczyny w miarę bezproblemowo mogły się dogadać. Dajemy sobie na to mnóstwo czasu – uznam to wszystko za swój osobisty sukces, jeśli do Bożego Narodzenia łazienka znów będzie łatwo dostępna dla wszystkich istot w domu, a Babeczka i Krówka będą wspólnie wgapiać się w okno z tego samego parapetu. Liczę się jednak też z tym, że nigdy nie usiądą na tym samym parapecie, ale chodzi o to, żeby się łaskawie akceptowały – nie zmuszę ich do przyjaźni, ale zrobię wszystko, by czuły się w swojej obecności normalnie. Tego podobno można dokonać w zasadzie dla każdej kociej pary, wszystko jest kwestią czasu, cierpliwości i dużej ilości ciasteczek :)

Przy okazji wyszło na jaw, że dokocenie jest trochę jak narodziny drugiego dziecka: też trzeba skakać wokół pierwszego i poświęcać mu ogromne ilości czasu, żeby wiedziało, że nie jest odrzucone i niepotrzebne. Tak właśnie robimy z Babeczką i jak na razie wszystko przebiega w porządku. Babeczka wie, że w domu znajduje się drugi kot, ale się o to nie obraziła i nadal przychodzi na kolana, wciska się pod kocyk, gdy czytam książkę i ociera się jak wariatka o moje nogi, gdy próbuję się dostać do kuchni. To dobry znak – zdarzają się koty śmiertelnie obrażone na właścicieli, gdy w domu pojawia się intruz, i potrzeba wielu miesięcy, by to odkręcić. Fakt, że się nie obraziła, jest dobrą wróżbą na najbliższe tygodnie. Dokładamy wszelkich starań, by tak pozostało :)

Dla zainteresowanych – obrazkowa odpowiedź na pytanie, które się na pewno pojawiło: skąd imię Krówka? A stąd:

Życzcie nam powodzenia. Miłego!  :)

„Zmęczony burz szaleństwem…” *

Jestem zmęczona. Jestem najzwyczajniej w świecie zmęczona. Psychicznie, bo walczę ciągle o rzeczy, które niby nie są poza moim zasięgiem, ale jednak te moje krótkie łapki muszę wyciągać; bo kłócę się z ludźmi i za często przejmuję się nie swoimi problemami (chociaż na laptopie mam przyklejone od dawna dwie karteczki: „nie wtrącaj się” i „nie twoja sprawa”); bo ciągle mi się zachciewa czegoś więcej, niż mam, a chcenie więcej to planowanie więcej i robienie więcej, chociaż mogłabym po prostu usiąść na dupie, siedzieć i milczeć. Fizycznie, bo robienie więcej męczy tak zwyczajnie. Do tego wyraźnie widać jesień, a tego to już w ogóle nie poważam i jestem zniechęcona, nie przekonują mnie do tej pory roku ani koce, ani świeczki, ani herbata czy ciepłe skarpetki – to tylko środki podtrzymujące, nie żadne lekarstwo. Dlatego marudzę. Weekend spędziłam na przemeblowaniach, robieniu zapasów na najbliższe tygodnie i na obliczaniu, ile jeszcze metrów półek na książki muszę kupić, żeby się ze wszystkim zmieścić (wyszło coś koło połowy długości równika). Na początku ogarniania moich zbiorów zawsze przechodzi mi przez głowę myśl na cholerę mi tyle książek, ale potem zabijam tę myśl śmiechem i idę tulić moich papierowych przyjaciół.

Mam jednak nadzieję, że w najbliższych dniach ogarnę przynajmniej swoje sięganie po więcej i wtedy na chwilę usiądę. W spokoju, w ciszy. Co prawda zdarza mi się czasem siadać w spokoju, gdy pijemy kawę z koleżanką O., ale następnego dnia już znowu odpierdzielam jakiś szajs. Na jesień biorę mnóstwo witaminy D, na niepokój biorę mnóstwo melisy, powinnam jeszcze brać mnóstwo orzechów na wyraźne niedobory magnezu, ale nienawidzę orzechów, więc zostaje mi czekolada :p wymyśliłam też już epicki prezent rocznicowy dla moich rodziców, więc przynajmniej jedna rzecz będzie załatwiona prosto i bez komplikacji. Podzielę się tym pomysłem po rocznicy, żeby nie siać fermentu i zgorszenia :D

W tak zwanym międzyczasie udało mi się za oknem w pracy zaobserwować dzięcioła zielonego. Ponieważ mamy całkiem niezły służbowy aparat fotograficzny i nie musiałam się do mojego gościa wcale zbliżać, by dokładnie go obejrzeć, to zrobiłam mu parę zdjęć. Dzięcioł przychodził do nas przez ostatnich kilka dni, a efektami naszej „współpracy” poniżej się podzielę:

Wdzięczny z niego model, chociaż bardzo płochliwy i ostrożny. Może to i dobrze – nasz zakładowy kot jest wprawnym łowcą i lepiej dla ptactwa, żeby się rozglądało :p

Jedziemy dalej. Wpis rozpoczęłam w niedzielę, dziś jest wtorek i wiem już, że moje „sięganie po więcej” zakończyło się sukcesem, teraz mogę w spokoju leżeć i napawać się dobrze zrobioną robotą. Oczywiście leżąc, planuję już kolejne wiekopomne akcje, ale na razie to wszystko takie raczej na przyszłość, jesienią nie ma co krucjat przeprowadzać, bo pogoda nie zachęca nawet do wstania z łóżka. Dzisiaj na przykład jest wyjątkowo paskudnie. Wstałam rano (udało się) i zawiozłam D. do pracy. Padał lekki deszcz, było 13 stopni, wszędzie słuchać było ten mlaszczący dźwięk mokrych ulic i chodników. Pierwsze skojarzenie – grudzień. Coś się mocno spieprzyło na świecie, że moim skojarzeniem grudniowym nie jest mróz i śniegowa pierzynka na chodniku, tylko chlapa, całkiem wysokie temperatury, wszechobecna wilgoć i woda padająca na głowę.

Może to dlatego, że już kilka lat temu na Wigilię jedliśmy świeżą sałatę, bo było tak ciepło, że jakieś zagubione nasionko wykiełkowało z przestrzeni między domem a chodniczkiem i do Wigilii wyrósł z niego piękny krzaczek zielonej sałaty. Na ten rok nie przewiduję jakichś bardziej zimowych widoków.

W tak zwanym międzyczasie, skoro jesteśmy już przy tematach roślinnych, do naszej wesołej gromadki dołączyły dwie sztuki sansewierii gwinejskiej. Ponieważ to roślina z gatunku „trudne do zaje*ania”, postanowiliśmy nazwać je jakoś wojowniczo. I, oczywiście, na H. Teraz mamy więc zestaw 3 roślin, które są odporne na wszystko i noszą imiona królów lub wspaniałych wojowników: Harold, zamiokulkas, który jest z nami od wiosny, i dwóch nowych lokatorów: Hrodgar i Halfdan.

Panowie mają już teraz inne tabliczki z imionami, wyglądają trochę bardziej godnie niż z tym oczojebnym kawałkiem kartki :p jeśli chodzi o inne istoty żyjące w naszym mieszkaniu – Babeczka odmawia komentarza i mieszka w kocach, w bazach z poduszek oraz w innych ciepłych miejscach. Jak włączymy ogrzewanie, to na pewno będzie mieszkała przy grzejniku, ale na razie namioty z kocyków są tym najbardziej obleganym miejscem.

A już zupełnie na koniec… Mój szanowny małżonek uparł się, że Hrodgar, noszący imię po legendarnym królu Danii, powinien mieć nad literką „a” narysowany mały hełm. Nie poszłam na to. Następnego dnia D. wrócił z pracy i powiedział:

- Dziś w robocie trochę myślałem…

Zastrzygłam uszami, bo to nigdy nie oznacza niczego dobrego. I wtedy D. wręczył mi to:

Jeżeli dostanę to w wersji czarno-białej, wykonane w sposób trwały (np. marker) – wbijam to na patyczku w Hrodgarową doniczkę i o nic nie pytam :D król to król! A jak już Hrodgar umrze, to kupimy łódź, złożymy go na łodzi na stosie, podpalimy i puścimy na jezioro. Na to wszystko mogłam wygłosić tylko następujące stwierdzenie:

- Właśnie dlatego, gdy mówisz „dziś trochę myślałem”, budzą się we mnie najstraszniejsze lęki…

To by było na dziś. Miłego! :)

_________________________________________________________________________________
* Julian Tuwim, Zmęczony burz szaleństwem

Zmęczony burz szaleństwem, jak statek pijany,
Już niczego nie pragnę, jeno wielkiej ciszy…

Szaleństwa (nie)urlopowe

Z powodów zdrowotnych moich trzeba było odwołać wszelkie urlopowe rezerwacje i na wymarzony mój Śląsk nie pojechaliśmy – potrzebowałam pomocy w przechodzeniu z leżenia do siedzenia, co tu mówić o dalszych wojażach :-P  teraz już nawet samodzielnie schodzę po schodach i mogę prowadzić samochód, nie umierając przy tym, więc D. mógł spokojnie wrócić do pracy, a ja jeszcze kilka dni odpoczywam. Nie znaczy to jednak, że nie próbowaliśmy sobie mimo wszystko tego czasu umilić. Kiedy odkryłam, że zaczynam bez zawrotów głowy osiągać pion, postanowiłam wdrożyć plan B, czyli wprowadzanie usprawnień w mieszkaniu. Wiązało się to z krótkimi wyprawami „na miejscu” (na tyle, żebym trochę się pobawiła, ale żebym nie padła na pysk po 15 minutach wycieczki), z których wyniosłam wiedzę wysokowartościową. Babka wyraziła radość z faktu, że nie musi spędzać tygodnia na wygnaniu u moich rodziców i spała sobie bezpiecznie w moich swetrach:

Ona mieszkała w domku, a my odbywaliśmy mikrowyprawy (najczęściej na zakupy). Wśród licznych moich potrzeb i zachcianek znalazła się m.in. większa doniczka dla Helmuta. Od Helmuta oczekuję, że będzie domowym drzewkiem i będzie wyglądał tak, jak koleżka w lewym rogu:

W tym celu udaliśmy się na wycieczkę do Starogardu Gdańskiego, ponieważ lubię tamtejsze Bricomarche (jest duże). Doniczkę dla Helmuta wynalazł D., a ta kapryśna kreatura Helmut nawet nie zauważył, że zmienił miejsce zamieszkania i z półki został zdegradowany do poziomu podłogi. Tutaj należy pochwalić zmysł inżynierski D. – sam wymyślił (i wykonał) sznurki w doniczce, żeby można było łatwo wyciągać wkład z Helmutem na przykład przy następnym przesadzaniu.

Mam nadzieję, że moje przyszłe drzewko będzie rosło tak szybko, jak do tej pory i niedługo trzeba będzie przesadzić go do wiadra albo do wanny :D widzę w tym swój hodowlany sukces. Z Matki Kotów powoli przeradzam się z Matkę Kwiatów. Przy okazji – zaczęłam przesadzać Helmuta jakoś wieczorem i zabrakło mi ziemi. Tak. To ja i D. jesteśmy tymi ludźmi, którzy 21:10 wbiegają do Carrefoura po worek ziemi do kwiatów, bo korzenie nie mogą zostać odsłonięte!, przyznaję się do winy. 

Wracając do sprawy Bricomarche w Starogardzie – D. znalazł tam cud technologii. Ogólnie: jeżeli ktoś mówi „spray na komary”, to każdy słyszy „spray odstraszający komary”. Jeżeli mówimy „obroża na kleszcze”, to mamy na myśli „obrożę odstraszającą kleszcze”. Moje pytanie: WHAT THE FUCK?!

Panie i panowie, hit każdej dyskoteki i wielki bohater każdej nadmorskiej miejscowości, spray na odzież! :D byłam chora i bolało mnie wszystko, ale mimo bólu uśmiałam się setnie. I przekazuję wiedzę o tym cudownym środku Wam wszystkim :D 

Karuzela kręci się dalej, jedziemy! Aby nieco ubarwić moją egzystencję, D. zabrał mnie na jednodniowy wypad do Łeby. Padało, było zimno jak cholera, a gdy nad kanałem portowym zaleciało rybą, zrobiło mi się słabo i musiałam samą siebie bardzo przekonywać, by nie upaść na chodnik i nie zwymiotować. Jednak było warto. Dowiedziałam się na przykład, że w Łebie grasuje Gang Pomarańczy, je*ać cytryny!

Może mi ktoś powie: ma to coś wspólnego z ostatnim szałem na Świeżaki z Biedry? Zachwyt mnie zdjął. Podobnie jak w miejscu, w którym dowiedziałam się, że Łeba prędzej czy później zniszczy każdego:

Coś jak te wszystkie memy „po roku w Rosji”:

Cóż, jak to ja i D. na naszych wycieczkach – pośmialiśmy się i pojechaliśmy do domu. Po drodze zrobiło się głodno, więc odtruchtaliśmy kawałek od głównej drogi i znaleźliśmy lokal Mała Cegielnia w Miszewie – polecamy, jedzonko było przesmaczne. Gdybym tam nie trafiła, straciłabym scenę absolutnie tchnącą boskością, uwaga! Tak, jestem tą osobą, która w miejscach publicznych przede wszystkim obserwuje ludzi. I tym razem się nie zawiodłam. Przy stoliku obok usiadły jakieś 4 osoby, z czego przynajmniej dwie to byli typowi modni panowie z koszulami opiętymi na mizernych klatach jak rajstopy na moim na pewno nie mizernym tyłku (swoją drogą – gdzie można kupić opinające koszule w tak małych rozmiarach? W Smyku?). Panowie, pomimo swoich śmiesznych koszul, mieli bardzo mądre i poważne miny i starali się również mówić mądrze i poważnie. I nadeszła Ta Chwila. Do ich stolika podeszła pani z Cegielni, aby przyjąć zamówienie. W tym miejscu należy wspomnieć, że jako specjalność lokalu Cegielnia proponuje wołowinę ze szczególnym wskazaniem na steki.

- Dzień dobry, czy mogę przyjąć zamówienie?
- Tak. Ja poproszę steka. Poproszę MIDJUM RER, ostatnio jadłem ŁEL DAN, ale mi nie smakował. 
- Rozumiem…

Myślę, że jego ton i sposób wypowiadania się rozbawił oprócz mnie również panią z Cegielni, ale ona nie mogła się jawnie roześmiać. To uczucie, gdy obejrzałeś kilka odcinków „Kuchennych rewolucji” na TVN-ie i jakimś cudem zapamiętałeś dwie nazwy stopni wysmażenia steków, po czym przyszedłeś ich użyć w małej knajpce w Miszewie… POEZJA :D martwi mnie, że niektórzy ludzie w swym nadęciu nie widzą, że dawno przekroczyli granicę śmieszności. Ogólnie nie ma nic złego w zamawianiu steków po stopniach wysmażenia, ale uważam, że spokojnie można było zostać przy określeniach „średnio krwisty” oraz „bardzo wysmażony”. No ale ja to ja i się czepiam, jak zwykle. 

Tamten dzień ogólnie należy zaliczyć do dni trudnych, bo jeszcze nawet nie dojechaliśmy do Łeby, a zdarzył się pierwszy cud podróżniczy. Na niestrzeżonym przejeździe kolejowym bez szlabanów wreszcie któryś z kierowców zauważył, ze JEDZIE POCIĄG i wyhamował. Pociąg miał lokomotywę w środku składu, wiec parę platform pchał z przodu lokomotywy, a dwa jakieś urządzenia ciągnął za nią. Platformy takie płaskie, jak na kontenery albo drewno, całkiem puste. W lokomotywie – normalnie – maszynista, wyglądający przez okienko i obserwujący okolice przejazdu przez drogę. Za to… na pierwszej z przodu platformie, z nogami zwieszonymi nad tory, siedział koleś w kurtce przeciwdeszczowej i ociekał wodą, bo cały czas padało, i miał w rekach małą wuwuzelę (autentyk.) i dmuchał w nią przed przejazdem kolejowym jako ostrzeżenie. Przejeżdżając, skinął głową wszystkim stojącym kierowcom, pociąg się przetoczył i pojechaliśmy dalej, ale ja do dzisiaj w to nie wierzę. Po prostu nie wierzę. Jakie trzeba mieć szczęście, żeby trafić na taki widok? :D

Aby jakoś zresetować sobie mózgi po czymś takim, kolejnego dnia D. zabrał mnie do kociej kawiarni w Gdyni (kawiarnia Biały Kot, ul. Władysława IV). Ledwie usiedliśmy przy stoliku z kawą i ciastem, już pojawiła się niejaka Marysia, wskoczyła na blat i usiłowała wylizać mi śmietanę z ciasta. Swojemu bym pozwoliła, bo i tak ja bym sprzątała jego sensacje żołądkowe, ale Marysi nie chciałam za bardzo na to pozwolić i walka była zaciekła. Kiedy już przekonała się, że śmietany nie będzie, pozostawiła nas jako niegodnych uwagi, a miejsce przy naszym stoliku zajęła Kasia, chyba nieco lepiej wychowana:

Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, Kasia sprzedała nam parę lokalnych plotek, ja trwałam w zachwycie, bo w kawiarni akurat byliśmy tylko my, koty, panie z obsługi i jeszcze dwie osoby, które całkowicie respektowały regulamin lokalu i zapis o zachowaniu ciszy, więc tego dnia zdecydowanie było to miejsce dla osób takich, jak ja. A że oglądanie kotów chyba nigdy się kociarzom nie nudzi, to oglądaliśmy z D., ile się dało. 

Cudowności <3 a przy okazji lokal spełnia założenie, bo oprócz bycia kawiarnią jest też domem tymczasowym dla schroniskowych kotów i z tego, co wiem, kilku kocich podopiecznych z Białego Kota już znalazło wśród odwiedzających swoich własnych służących. Fajna inicjatywa, potrzebna i podana w atrakcyjnej formie. Dobra reklama dla adopcji zwierząt ze schroniska :) 

Z Gdyni udaliśmy się na szeroko pojęte zakupy, ponieważ zażyczyłam sobie szafy na korytarz, aby chować w niej bałagan, D. zażyczył sobie nowego monitora do nowej karty graficznej (a przy okazji wynikła potrzeba zakupu nowej myszki i klawiatury, najlepiej takich dla graczy), a jak już powędrowałam po sklepach, to spodobała mi się szafka na buty (kolejny bajzel schowany do szafki), nowy wieszaczek z półką do korytarza, kilka roślinek i półki do niewykorzystanego dotąd kącika nad biurkiem (zobacz, kupimy tu półki i ustawiłbyś tu swoje gry! #siłaargumentu). Ponieważ w sklepach nic nie było, monitor i szafę zamówiliśmy przez Internet, a po szafkę na buty i chabazie musieliśmy zrobić drugie podejście, bo dostawa przyjdzie w niedzielę. Nie powstrzymało mnie to jednak, bo jestem jak dziecko: jak się na coś uprę, to musi być już zaraz od razu i CHCĘ. Ostatecznie więc w naszym mieszkaniu pojawiły się Dzieci z Bullerbyn, czyli Lasse, Bosse i Lisa (Zagroda Środkowa, wtajemniczeni wiedzą). 

Lasse i Bosse to haworsje pasiate (Haworthia fasciata), a Lisa to zwykłe drzewko szczęścia, grubosz jajowaty (Crassula ovata). Mam nadzieję, że będą dobrze rosły, chociaż nie wiem, czy potrafię hodować rośliny, które podlewa się raz na ruski rok, a nie raz w tygodniu 1,5-litrową butelką wody (patrz: Henryk). 

Jeśli mówimy już o Henryku – odnóżka od Henryka, zwana Henrykiem II, wkrótce zakwitnie. Ponieważ róże chińskie nie zawsze chcą kwitnąć i mają milion zachcianek, zanim to uczynią, ten fakt kwitnięcia jest moim ogromnym hodowlanym sukcesem i dumą. Od momentu pojawienia się pączka (a to już kilka tygodni) cały roślinny świat tego mieszkania kręci się wokół Henryka II i trwają wszelkie zabiegi mające na celu zapewnienie mu jak najlepszych warunków przy jak najmniejszym stresowaniu go. Halinka też niedługo wypuści drugi kwiat, ale jednak anturium wydaje mi się mniej roszczeniowe, niż róża, dlatego Halinka musi pogodzić się z faktem, że to Henryk II jest w tej chwili gwiazdą. Czekamy na rozwinięcie! 

A tymczasem – kolejny dowód na to, że mnie się nie powinno zabierać nawet do Kauflandu. Ledwie weszłam, patrzę – śliczne zielone krzaczki. Nawet gdyby D. chciał protestować przeciwko moim licznym kwiatowym adopcjom, w tym przypadku i tak by nie zdążył i tak w naszym koszyku obok przecieru pomidorowego i kostek do kibla wylądowała roślinka, której łacińska nazwa brzmi Hebe armstrongii.

Po polsku zresztą też nazywa się hebe. Wygląda jak specyficzny wrzos, ma słodkie małe listki i podobno nie miewa żadnych wymagań. Przesadziłam go więc do starej helmutowej doniczki i umieściłam na biurku pod Dziećmi z Bullerbyn (swoją drogą – Lasse, Bosse i Lisa to jedyne moje kwiaty, które nie nazywają się na „H”, ale pochodzą z pewnego szwedzkiego sklepu, jest ich trójka i mieszkają w jednej doniczce, więc uczyniłam dla nich wyjątek i nazwałam je po szwedzku. Drugą opcją – jako że chciałam całą trójkę nazwać jakimiś imionami „dla trójki” – były imiona siostrzeńców kaczora Donalda, czyli Hyzio, Dyzio i Zyzio. Wtedy chociaż zestaw zaczynałby się na „H”, ale jednak te szwedzkie korzenie przeważyły). Całkiem przyzwoicie razem wyglądają.

Nad imieniem dla najmłodszego lokatora nie wysilaliśmy się z D. zbyt długo.

Wiem, to już przesada :D ale jeśli coś dostaje dźwięczne imię na „H” z oryginału, to ja nie zamierzam z tym walczyć :D walczyć za to będę musiała z Babeczką, która uznała, że Hebe należy przytulać i wycierać się o nią pyszczkiem. Na szczęście są jednak chwile, kiedy Babeczka odpoczywa, można wręcz powiedzieć – leży pokotem (taki humor sytuacyjny z gatunku Babeczka&Filmweb):

To na razie tyle, jeśli chodzi o mój dotychczasowy urlop. Czekam, aż przywiozą mi szafę. Wtedy na pewno pojawi się tu jakiś hymn do ładu i porządku, który planuję zaprowadzić w korytarzu. Z innych pieśni – D. na razie nuci hymny do nowego sprzętu i wydaje mi się, że nowe zabawki to doskonała rekompensata dla faceta za odwołanie wyjazdu. Polecam!

Miłego :)

Rzeczy super, mniej super i misje samobójcze

Z mściwą satysfakcją rozmyślam sobie od rana nad tym, że dziś jest ten dzień, kiedy młodszej części populacji kończą się wakacje, a ja za chwilę rozpoczynam urlop. Niech Wam plecaki lekkimi będą, haha! A ja zamierzam wypoczywać i wędrować. Plan wyjściowy – wyjazd w poniedziałek rano, 4:00 zbiórka przy samochodzie. Nie musi być w dwuszeregu, bo siebie i D. chyba jakoś zliczę. I to jest super.

Super jest też to, że siostra moja rodzona wraz ze szwagrem zostali krupierami w kasynie. To pierwsi znani mi krupierzy i uważam, że to cudowne. Fascynuje mnie ta ich robota :D 

Mniej super jest to, że ich praca jest głównie nocna, a jak trafiają na tę mniej zabawną zmianę, to wysiadają z pociągu o 3:00 w nocy i ktoś (zazwyczaj matka nasza rodzona) ich odbiera z dworca i zawozi na wieś, bo na wieś w nocy nic już nie dojeżdża.

Z rzeczy super i mniej super przechodzimy do misji samobójczej: w porozumieniu z matką moją rodzoną ustaliłam, że w poniedziałek rano (w nocy?) to ja i D. odbierzemy młodzież pracującą z pociągu, a ponieważ przewieźć należy ich trochę na południe, a na urlop jedziemy bardzo na południe, to pojedziemy już od razu w trasę. Wyjeżdżałam już na wycieczki o różnych godzinach, ale o 2:45 chyba mi się jeszcze nie zdarzało :D w każdym razie będzie to fascynujące doświadczenie, bo na miejsce docelowe dojedziemy o wiele wcześniej, niż zakładaliśmy i będę podziwiać pierwsze zamki w promieniach wschodzącego słońca (jak wszyscy widzą, zakładam, że podczas urlopu zobaczę słońce, hurraoptymizm!).

W tym miejscu należy przytoczyć fragment rozmowy z koleżanką K., z którą zdążyłam się podzielić tym odważnym planem:

Wciąż nie rozwiązaliśmy z D. problemu ewentualnego snu w niedzielę wieczorem. Myślę, że poleci jakaś chora improwizacja, jak zawsze.

Cieszę się jak dziecko, mój kot na pewno cieszy się zdecydowanie mniej, ale jakoś to chyba przeżyjemy, kupiliśmy już trochę prowiantu na drogę (żelki! koleżanka I. na pewno poprze), zostało mi znaleźć moją torbę podróżną (ni cholery nie wiem, gdzie też ona może być) i w drogę :D jesteśmy oboje tak zmęczeni ostatnio, że całkowita zmiana otoczenia na pewno dobrze nam zrobi. Kompletnie tylko nie wiem, jak dużo ciepłych rzeczy powinnam zabrać, ale najwyżej będę chodziła owinięta w koc – nie będzie to ani pierwszy, ani ostatni raz mój czy czyjkolwiek (Mrs. Brick na pewno pamięta kawę w kocu na Orlenie w drodze z Krakowa w środku nocy).

A tak poza konkursem, ale nadal w klimacie podróży – moja środowa wycieczka. W ostatniej chwili na skrzyżowaniu zdecydowałam, że nie pojadę do siebie, tylko jednak do rodziców. Przejechałam aż do ostatnich świateł w mieście ruchem ciągłym (co w dzień powszedni o 16:00 w zasadzie się nie zdarza), radośnie wrzuciłam wyższy bieg, gdy zauważyłam, że wszyscy przede mną hamują i toczą się 30 km/h. Ok, potoczę się i ja. Trafiłam w dobry moment na rozglądanie się, bo kiedy zjechałam maksymalnie do prawej, żeby zobaczyć, co spowalnia ruch, akurat na zakręcie pojawił się ciągnik. Spoglądam w lusterko wsteczne – za mną sznureczek samochodów. Toczę się i rozmyślam: jak ciągnik, to na pewno wjedzie do wsi, tam gdzie i ja wjechać powinnam. No, trudno, albo go wyprzedzę, albo się potoczę za nim, daleko nie jest.

W tym miejscu warto dodać, że przez środek wsi mało bystrzy ludzie urządzają sobie objazd drogi krajowej, nie wiedząc zapewne, że ani to im czasowo lepiej nie wychodzi, ani kilometrowo, ani tym bardziej zawieszeniowo (droga przez tę wieś to nie jest jakiś lux glanc beton autostradowy, nie, nie. To stara poniemiecka kostka brukowa).

Dotoczyłam się do wjazdu do miejscowości – i skręcam. Z poziomu wjazdu nie było jeszcze widać ciągnika, który – a jakże – zjechał w tę samą drogę. Z nawyku patrzę w lusterko wsteczne, a za mną skręca cały sznur samochodów, których kierowcy mieli nadzieję nadrobić te 2 stracone za ciągnikiem minuty. Myk, myk, myk – i wszyscy dojeżdżamy do ciągnika. Widząc minę kierowcy z samochodu za mną spłakałam się ze śmiechu i nie myślałam już nawet o wyprzedzaniu, bo nie byłam w stanie xD tak mi jeszcze dnia nikt nie zrobił, jak te cwaniaczki, które chciały pomknąć zwyczajowe 70 km/h przez obszar zabudowany (zabudowany tak, że w zasadzie powinien być oznaczony jako strefa zamieszkania), a zamiast tego musiały się bujać za ciągnikiem i za mną :D złośliwe to z mojej strony, ale ubawiłam się jak rzadko kiedy :D

Tym optymistycznym akcentem wchodzimy w piąteczek, część popołudniowa. Miłego! :)

Coffee Gospel Band, czyli czwartek w wersji mocnej parzonej

Tak naprawdę wystarczyłoby tu wstawić screeny rozmowy dzisiejszej mojej z koleżanką K., która podobnie jak ja jest wielką miłośniczką kawy i podobnie jak ja prowadzi jakiekolwiek życie zawodowe po to, aby koty nie zdechły z głodu (Babeczka, Krystyna i Hokus oraz wszelkie koty towarzyszące pozdrawiają).

Przy prowadzeniu tegoż życia zawodowego utrzymuje nas boski napój zwany kawą.

Jest czwartek, Książę Małż uszczęśliwił mnie dzisiaj budzikiem o 4:50 (JA pracę zaczynam od 8:00, że tak nadmienię…) i od tej pory próbuję umilić sobie ten skopany dzień kawą właśnie. Ponieważ lubię pić kawę w towarzystwie, poprosiłam koleżankę K., by zawołała mnie na fejsie, jak już będzie parzyć swoją. Doczekać się nie mogłam tego momentu i śliniłam się przy każdym spojrzeniu rzuconym w stronę paczki z kawą. I tak to się zaczęło.

Kurtyna!

Miłego :)

Rozprawa o należnościach

Należności wspomniane w tytule nie mają nic wspólnego z zagadnieniami finansowymi. Chodzi o rzeczy, które mi się należą. Zwłaszcza w tym roku, bo łatwo nie jest, a zeszły rok ogłoszony został Rokiem Żałości i chyba postanowił przeciągnąć się również na 2017, a dwa porąbane lata z rzędu to stanowcza przesada. Dlatego uznałam, że „należy mi się” i rozpoczęłam radosny proces uprzyjemniania sobie życia bez względu na koszty (hm… tym rodzajem należności zajmę się kiedy indziej, żeby sobie nastroju nie psuć).

Pomijając rzeczy drobne a przyjemne, czyli ciuchowe zakupy, dobre jedzenie, rzadko kupowane kosmetyki i małe podróże oraz wykorzystywanie wszelkich możliwych okazji do przedłużania weekendów – postanowiliśmy w tym roku z D. wyjechać na porządny urlop, jako że w zeszłym roku nie udała nam się zbytnio ta sztuka. W tym roku opcje urlopowe były trzy: 1.) Małopolska z Krakowem i Sandomierzem przy założeniu, że przemieszczamy się na wschód aż do granicy; 2.) Ojców i wędrówki po Ojcowskim Parku Narodowym oraz liczne wyprawy po szlakach między Orlimi Gniazdami; 3.) Podlasie – bagna, cerkwie, żubry i proste-a-pyszne potrawy z mąki i ziemniaków.

Wersja ostateczna, która narodziła się w długi weekend sierpniowy, to hybryda propozycji nr 1 i nr 2, Podlasie zostało na przyszły rok. Olewamy Kraków, bo chociaż jest spoko, to każdy był w nim już wystarczająco wiele razy, żeby odpuścić wizytę tam bez bólu serduszka. Nie odpuszczamy natomiast Orlich Gniazd, Ojcowskiego Parku Narodowego i Sandomierza, do którego mam zamiar dostać się przez Pacanów :D po Sandomierzu i wiochach okolicznych (moje niespełnione dotąd marzenie: zamek Krzyżtopór!) nadejdzie czas na Kazimierz Dolny – kto oglądał Rejs, ten wie:

– Pytanie kolejne. Zatem. Jak się nazywa miasto nad Wisłą. Dla ułatwienia dodajemy, że jest to imię króla, który zostawił Polskę murowaną.
– Ale jakie miasto?
– Ja się pana pytam, jakie miasto.
– Aaa… to ja nie wiem.

– Panie Kazimierzu, ma pan klucz od kabiny?
– Bardzo państwa proszę, nie podpowiadać. Bardzo proszę.
– Kluczbork.
– Odpowiedź prawidłowa – Kazimierz.
– Roman.
Także tego.

Postanowiłam tym razem kompletnie nie liczyć się z kosztami i zarządziłam przymknięcie oczu na stan portfela oraz niezwłoczne wyrzucanie wszystkich rachunków i paragonów. Raz nam się należy :D przypuszczam, że miło będzie oderwać się zupełnie od obowiązków i zmienić całkowicie otoczenie. Jak to mawia moja chrzestna – urlop bez wyjazdu to nie urlop. Za radą starszyzny więc wyjeżdżam. Cieszę się, bo o ile nasze wszystkie jednodniowe wypady są fajne, to jednak na koniec dnia zawsze wracasz do domu i zawsze coś znajdziesz: a to pranie można zrobić, a to kuchnię ogarnąć, a to podłogi pozmywać… Niby wolne, ale często nadrabia się zaległości domowe. A teraz takiej opcji nie będzie i bardzo fajnie, mam zamiar korzystać z tego, ze codziennie ktoś ugotuje mi obiad, poda kawę i sprzątnie hotelowy pokój po moim wyjeździe.

Jedyną trudnością będzie to, że muszę zostawić Babeczkę u rodziców. Ani ona z tego nie będzie zadowolona, ani ja. Drogą konsultacji społecznych i długich rozmów z moim kotem ustaliłam jednak, że u rodziców przynajmniej będzie z ludźmi, których zna i w miejscu, które kojarzy i że to nieco bardziej pokrzepiająca opcja, niż zostawienie jej w domu z dochodzącym opiekunem, który wsypie do michy i sobie pójdzie. No i będę mogła dzwonić do nich 16x dziennie, aby zapytać, jak tam moje dziecię :D

Mam nadzieję, że pogoda na moje wymarzone wędrówki dopisze i że faktycznie nie będzie już zbyt wielkiego tłumu (po to biorę urlopy we wrześniu). Mam też cichą nadzieję, że mimo wszystko znajdę podczas podróży kilka „brzydkich” miejsc – wszyscy wiedzą, że to nie sztuka robić zdjęcia ładnym miejscom, dlatego wraz z D. specjalizujemy się w podróżach po miejscach brzydkich (jak Ciechocinek). Planuję oglądać na potęgę, zachwycać się bezgranicznie tak obcymi dla Pomorzan terenami i kosztować lokalnej kuchni przy każdej okazji. Na pewno nie planuję się wyspać :D szkoda czasu na spanie, kiedy można iść na przygodę! I zastanawiam się tylko… jeśli będzie padało, to przecież w prezencie od Mrs. Brick i szwagra dostaliśmy wspomniane we wcześniejszym wpisie (Kategoria: prezent, nad którym ofiarodawca spędził chyba miesiące…) płaszcze przeciwdeszczowe. Tylko czy możemy je założyć w okolicach Ojcowa i Sandomierza i bezpiecznie w nich tam chodzić? :D jeśli ktoś ma aktualną mapę podziału sympatii klubowych w Polsce – bardzo proszę o udostępnienie. Nie chciałabym zebrać łomotu na jakimś pięknym szlaku w parku narodowym na przykład.

Miłego! :)

Trudna sztuka obrażania ludzi

Tym optymistycznym tytułem rozpocznę dzisiejszy krótki wpis. Zaczniemy od bardziej zakamuflowanego obrażania ludzi, polegającego na nawiązywaniu do ich pochodzenia. Ważne jest, aby zaznaczyć, że pochodzeniowo jestem co najmniej w połowie Kaszubką (a z charakteru w całości). D. zaś ma mocne powiązania kresowe (tak jak moi dziadkowe to Kaszubi, tak jego to Kresowiacy) i szczątkowe z Kaszubami. Wywiązała się więc dyskusja, rozpoczęta od mojego żelaznego uporu nad jakąś sprawą.

- Tak to jest mieć za żonę Kaszubkę…
- Półkaszubkę.
- No, z pochodzenia pół. Ale z charakteru jestem pełnej krwi Kaszubką.
- Z pochodzenia to i ja mam trochę z Kaszuba…
- No! Ale w tobie jest ten kresowy upór. Chociaż w sumie nie. Bardziej cierpliwość to jest, niż upór. Kaszubi są uparci, a Kresowiacy nieskończenie cierpliwi.
- Tak. Ty ze swoim uporem będziesz dążyła do tego, by osiągnąć swoje cele, a ja z moją cierpliwością będę czekał, aż osiągniesz moje cele.

I czasami serio on więcej wygrywa tą cierpliwością, niż gdyby mnie na siłę do czegoś nakłaniał :p

***

Jeśli chodzi o obrażanie bezpośrednie: ostatnio w domu rodziców odbyła się dyskusja na temat imion moich kwiatów. Jak już wiemy, wszystkie kwiaty mają imiona na literkę „H”. Opowiadałam właśnie, że wstydzę się, że nadałam fikusowi imię Helmut (to imię kojarzy mi się z takim trochę niedorozwojem i ofiarą losu; po fikusie nie spodziewałam się niczego dobrego – zwłaszcza, że pochodzi z gabinetu szefa – a tymczasem rośnie jak natchniony i jest zwyczajnie piękny) i że Daniel zaproponował jakieś bierzmowanie, żeby dostał drugie imię, nieco bardziej godne. Omówiłyśmy z mamą możliwe warianty imienia z bierzmowania dla Helmuta, a potem przeszłam do imion dla następnych kwiatów:

- I jako że wszystkie są na „H”, następny będzie się nazywał Hrabia Anzelm. A jak będzie kwitnący, to Hrabina Cosel.

Na to mój tata się zaśmiał i stwierdził:

- Jak na „H”, to można je trochę inaczej nazwać. Trochę mniej  ozdobnie.

Temat zrozumiał i podchwycił D., wtrącając uwagę ale to jest na „C”… W sumie to nawet na „CeHa”. I tutaj nastąpiła doskonała puenta dla sytuacji.

mama: widzisz, ty się nawet na wyzwiskach nie znasz…
tata: ale przecież jak kogoś wyzywam, to nie będę do niego mówił „ty CeHuju”…

Kurtyna.  :D

Podróże w wersji ładniejszej

Kontynuujemy rozważania z poprzedniego wpisu. Jako że Ciechocinek zdegustował mnie kompletnie i sprawił, że poczułam, iż świat mnie przytłacza, postanowiłam poszukać ratunku. I jedzenia. Wyruszyliśmy z D. w drogę powrotną i w akcje desperacji uznaliśmy, że jedzenie ze stacji benzynowej też nie jest złe, ale okazało się, że na wspomnianej stacji całe jedzenie zostało pożarte przez grupę ludzi, która weszła tam przed nami. Niepocieszeni, pojechaliśmy dalej, rozglądając się za jakimś zajazdem albo czymkolwiek, gdzie dają papu. I nagle – olśnienie! Całą drogę mijaliśmy znaki „Chełmno – Starówka”. Zaproponowałam, że może by dać im się skusić? I tym sposobem znaleźliśmy się w Chełmnie.

Pokręciliśmy się po uliczkach za autobusem („Jedź za nim, autobusy znają się na miastach!”), a następnie porzuciliśmy samochód na jakimś placu. Tutaj trzeba zaznaczyć, że miasto jest oznakowane bardzo dokładnie, bo co kawałek można znaleźć drogowskazy, którędy na Stare Miasto, którędy do urzędów itd. Zadowoleni, popędziliśmy za strzałkami opisanymi jako Starówka właśnie. I znaleźliśmy się przed Urzędem Miasta.

Trochę mi ta ciężarówka od mammografii przesłaniała widok, ale idea szczytna, więc się nie czepiam. Jak będę tam następnym razem, to zrobię dokładniejsze zdjęcia Urzędu miasta, bo budynek jest naprawdę ładny. I w przeciwieństwie do ciechocińskich budynków – świetnie zachowany i zadbany. I urzekł mnie ten kwietnik na placu <3 pokręciliśmy się radośnie, czując, że miejsce jest godne kolejnej wizyty, i uczyniliśmy kilka kroków za urząd. I tutaj dostałam ataku paniki, bo chciałam iść w kilku kierunkach jednocześnie, a nie mogłam.

Chciałam iść i do parku, i na to skrzyżowanko, które obiecywało fajny deptak. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się obejść najpierw park, korzystając z tej chwili, kiedy nie padało i nawet świeciło słoneczko.

Park – rewelacja. Największe wrażenie w Chełmnie robią zachowane w zasadzie w całości mury miejskie, które z tego parku można podziwiać.

Musimy tam wrócić choćby dla samego parku, bo jest tam sporo ścieżek, którymi nie poszłam, a wydają mi się arcyciekawe. No, może oprócz tych zamkniętych schodów, na których można się zabić, jak ktoś chce :D

Bardzo ważną informacją jest to, że Chełmno leży na górce, dość wysoko względem przepływającej obok Wisły. To sprawia, że w parku można było zrobić punkt widokowy, z którego podziwia się całkiem atrakcyjną panoramę okolicy.

Fajnie byłoby tam wrócić z lornetką. Myślę, że to pomysł godny przemyślenia. Tak samo jak pomysł, żeby w ogóle tam wrócić, bo się jeszcze nie nacieszyłam tymi ślicznymi uliczkami :D

I tak dotarliśmy na Rynek. Na Rynku akurat trwał koncert, bo trafiliśmy na Dni Chełmna i rozstawiona scena zasłaniała trochę ich ładny ratusz, ale od biedy parę detali zdołałam uchwycić.

Fontanna na placu trochę nowoczesna, jeśli porównać ją z kamienicami wokół Rynku. I z niektórymi samochodami, które udało nam się napotkać :D

Trudno w zasadzie opowiadać o chełmińskiej Starówce. Jest po prostu urocza. Podobno gdzieś niedaleko jest też park miniatur zamków krzyżackich. Musimy tam następnym razem iść (tym razem odpuściliśmy, bo zaczęło kropić i zrobiło się późno), żeby sprawdzić, czy stoi mój rodowy krzyżacki zamek (Gniew) i rodowy krzyżacki zamek D. (Nidzica).

Milego!  :)

P.S.: A jakby kto w Chełmnie zgłodniał i chciał zjeść wyśmienitą, podaną na desce, z wybornym ciastem i świeżymi dodatkami pizzę, to polecamy lokalik Me Gusta, całkiem blisko staromiejskiego deptaku. To jeden z najważniejszych powodów, dla których do Chełmna bankowo wrócę. Zdetronizowali moje najulubieńsze pizzerie w Krakowie i Kościerzynie, tak pyszne mają jedzonko <3