Kolejna nisza na rynku, która na mnie czeka

Czasem jest tak, że znajduję te nisze i naprawdę zastanawiam się, czy tego nie wykorzystać. Ostatnia taka spektakularna okazja to były wspomniane niegdyś pełnowymiarowe wypchane konie na biegunach. Dla zainteresowanych – to tutaj, to ten właśnie chory wpis: Nisza na rynku .

Wczoraj wraz z D. odkryliśmy nową rzecz dla mnie. Otóż żyjemy w dobie coachingu i rozwoju osobistego (i dlatego uwielbiam Facebookowy fanpage Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty), w świecie pełnym porad, jak żyć i co robić, by odnieść jakkolwiek pojmowany SUKCES. Najczęściej pojawiającym się sformułowaniem w dziale Porady jest „musisz opuścić swoją strefę komfortu”. 

I wtedy wchodzę ja (cała na biało) i moja nowa książka, którą dopiero napiszę. Tytuł roboczy brzmi Jak wzmacniać swoją strefę komfortu: poradnik konstruktora maszyn bojowych. Otóż wg mojego poradnika absolutnie będziemy odchodzić od tego niezdrowego trendu, jakim jest porzucanie własnej strefy komfortu, i będziemy to robić na rzecz umacniania jej, pielęgnowania i taranowania nią stref komfortu ludzi, których nie lubimy :D 

Dyskusja z pomysłem wywiązała się między mną i D. z racji wizyty u moich rodziców. Przed ślubem, kiedy to haniebnie pogwałciliśmy wszelkie tradycje i prawa natury (od wyglądu obrączek poprzez formę uroczystości aż do kwestii nazwiska*), moja mama – oczywiście – musiała pozałamywać trochę nade mną ręce, pomarudzić, że jak to tak, że dlaczego ja zawsze pod prąd, że jestem uparciuchem (no jestem.), że tak nie można stawać okoniem ciągle (byłam okoniem w zeszłym życiu, czego już wielokrotnie dowiodłam) i tak dalej. Przypomnę – to było przed ślubem. I tylko w mojej obecności**.

Tutaj należy dokonać wyjaśnień.

* zostałam przy swoim nazwisku ku zastanowieniu mamy, rozpaczy babci i przy całkowitej aprobacie mojego (wtedy jeszcze) przyszłego. Jestem ogromną przeciwniczką zmieniania nazwisk, chyba że ktoś naprawdę ma potrzebę całkowitego zjednoczenia się z rodziną męża i tworzenia nowej rodziny pod wspólnym sztandarem, albo chce w pewien sposób uciec przed starą tożsamością i symbolicznie rozpocząć nowe życie. Ok, powody są różne i radośnie akceptuję wszystkie oprócz powodu pt. nieprzemyślana zmiana nazwiska. Jednak jeśli chodzi o moją osobę, po niezbyt długich rozważaniach uznałam, że od pewnego czasu na różnych frontach buduję pewną markę, która nazywa się tak, jak ja się nazywam, i niekorzystnym byłoby zmieniać marce nazwę w zasadzie bez większego powodu. Włoszki, kobiety z narodu silnie przywiązanego do swoich familii i do swojego pochodzenia, nie zmieniają nazwiska po ślubie, nie mają nawet takiej możliwości prawnej – jest to pewien przejaw dumy z tego, kim się jest od urodzenia i w tym miejscu jednoczę się z tamtą częścią Europy, również będąc dumną „nosicielką” tylko ojcowskiego nazwiska. Ta przynależność do rodu ojca to kolejna kwestia, tym razem związana z punktem widzenia bojującej feministki – już raz zostałam „ometkowana” i przypisana poprzez nazwisko do stada jednego mężczyzny. Wtedy zostałam przypisana bez swojego świadomego udziału. Jednak jako dorosła osoba mogę przeciwko temu zaprotestować – nazwisko już jedno mam i nie istnieją racjonalne powody, by teraz robić alpejskie kombinacje z przepisaniem się pod szyldzik innego mężczyzny. Ja to ja, ta sama od urodzenia. I jestem okropna, wiem :D

** to „tylko w mojej obecności” to nawiązanie do pewnego letniego poranka, kiedy to własnymi ręcyma ładowałam łopatą węgiel do piwnicy. Przyszedł mój dziadek i skrzyczał mnie, że mam zostawić ten węgiel, że mój brat to zrobi, jak wstanie, że to nie jest robota dla dziewczyn, że co to ma znaczyć?! Zgodnie z faktami oświadczyłam, że zanim Młody się obudzi, to ja powolutku będę już miała większość skończone i że żadna krzywda mi się nie dzieje, rączek sobie nie urywam. Dziadek pomarudził, ale wiedząc, że nie wygra, odszedł z godnością. Jakieś pół godziny później idąca ulicą ciotka – na widok mojej skromnej osoby wymachującej łopatą – uznała za stosowne przekazać dziadkowi, że to chyba nie jest robota dla dziewczyny i „jej wnuczki by tego nie robiły”. Na to dziadek z niezmąconym spokojem:
- A bo ty masz źle wychowane.
Ta historia znalazła się tutaj dlatego, żeby uświadomić wszystkim, jak bardzo różni się rytualne marudzenie mojej rodziny od tego, jak odnoszą się do moich fanaberii faktycznie.

Powracamy na właściwą ścieżkę – przed ślubem należało stoczyć kilka tradycyjnych potyczek słownych, coś w rodzaju sympatycznej gry towarzyskiej, każdy to miał. Można byłoby pomyśleć, biorąc pod uwagę te wszystkie rozmowy, że rozczarowałam swoją rodzinę. Otóż – chyba nie. Ostatnio rodzicielka moja miała okazję spotkać się z jedną z ciotek. Padło pytanie, jakie teraz mam nazwisko po ślubie. Na to moja rodzicielka tonem największej oczywistości: no jak – G……..ska!, przyjmując postawę nie rozumiem pytania, no jak miałaby mieć inaczej na nazwisko?. Zapadła chwila milczenia, a następnie chyba ostatecznie zostałam przez ciotkę skreślona z Listy Poważanych Krewnych, ponieważ jako jedyna z tej gałęzi rodziny nie wyprawiałam wesela na 150 osób, a do tego ta sprawa z nazwiskiem, dajcie mi długopis, toć trza to kreślić. Przez jedną z babć zostałam skreślona z Listy Poważanych Krewnych w poprzedni weekend, kiedy na jej pytanie o ślub kościelny odpowiedziałam, że takowego nie będzie (ja już ślub wzięłam i nie planuję „poprawek”, halo). Druga babcia przyjęła fakty bez zbędnych uwag do wiadomości tuż po tym, jak moja mama wygarnęła jej, że lepszy dobry mąż bez ślubu kościelnego, niż pobłogosławiony związek z pijakiem i damskim bokserem. Ta wizja skutecznie podziałała i od tej pory nie słyszałam od dziadków ani słowa o kościele. Moja mama powinna dostać Order Wytrutych i Wymarłych za te swoje działania :D wracając do sprawy z ciotką i nazwiskiem – wieczorem rozmawialiśmy z D. o tym zdarzeniu i śmiałam się, że zobacz: przed ślubem to trzeba było rytualnie namarudzić, a teraz – wszelkie moje wybory mają domyślnie dopisaną klauzulę No Przecież To Oczywiste. Na to D.:
- Ja mam w ogóle wrażenie w takich momentach, że Twoja mama jest z Ciebie w jakiś sposób dumna za ten Twój upór i za to, że zawsze stawiasz na swoim.

Czasami też mam takie wrażenie. Że od małego rodzice próbowali mnie utemperować, bo brak reakcji na moje wyczyny byłby mało wychowawczy, ale tak naprawdę to pozwalali mi być tym upartym, nieustępliwym stworzeniem, jakim jestem do dziś. Że pouczali dla czystej przyzwoitości, a tak serio to całkowicie akceptowali to moje znarowienie. I chwała im za to!  :)

Z tych rozważań wziął się pomysł napisania książki o tym, że absolutnie nie należy opuszczać swojej strefy komfortu. Jeżeli ktoś próbuje sprawić, żebyśmy w naszej strefie poczuli się niekomfortowo, należy go tą strefą rozjechać i pozbawić złudzeń, że jego zamiar kiedykolwiek wypali. Proponuję ze strefy uczynić rodzaj czołgu i bez wyrzutów sumienia jeździć nim po świecie, udowadniając, że sukcesy i szczęśliwe rzeczy osiąga się właśnie wtedy, kiedy żyje się w zgodzie ze swoimi potrzebami i tym, co mamy w głowie, a nie „przełamując schematy swojego umysłu”. Nie ma sensu naginać się do świata, kiedy można świat nagiąć do siebie. Polecam :) na początku troszkę dziwnie, bo kulturowo jesteśmy wszyscy uczeni czegoś innego, ale później wchodzi w krew. Do takiej wygody można się szybko przyzwyczaić :D

Wszystko to dzisiaj, oczywiście, w kategorii żartu, ale nad książką się zastanowię. Ostatecznie wszystkiego w życiu trzeba spróbować podobno.

Miłego! :)

Wiosna wreszcie – wzruszonam!

Taaaaak jeeeeeeeeeest! Wreszcie :D idę rano do pracy w najcieńszej kurteczce, jaką posiadam (bez kurteczki jeszcze nie – czasami wiatr zawiewa, a ja nie lubię, jak idę i jest mi ciepło, a nagle dostaję po rękach arktycznym wiatrem i mi się komfort cieplny zaburza), bez szalików, bez kaptura, okulary przeciwsłoneczne (kocham) i lekkie buty. Mój D. rozpoczął już sezon na narzekanie dlaczego jest tak gorąco…?, ale wybaczam mu to marudzenie, bo wiem, że o ile dla mnie 27 stopni to poziom No-Ewentualnie-Mogę-Spać-Bez-Skarpet, to dla niego od 27 stopni zaczyna się Dlaczego-Nie-Mogę-Zdjąć-Skóry. Podpowiem, że istnieje jeszcze jeden poziom, poziom 35 stopni: dla mnie to strefa Komfort-Cieplny-Mocno-Proszę-Nie-Przeszkadzać, gdy D. po prostu osiąga wtedy stan Kompletne-Spopielenie. Innych poziomów, typu 20 stopni oraz 13 stopni nie będę nawet wspominać, bo takie temperatury wymagałyby wstawienia tutaj zestawienia warstw ubrań, jakie wtedy zazwyczaj na sobie mam. A te listy byłyby długie. Jestem organizmem ciepłolubnym i się z tym nie kryję; D. z kolei znosi podwyższone temperatury raczej słabo i nie wiem, na jakiej podstawie my się w ogóle dobraliśmy :p

Może na podstawie stukniętości. Ledwie parę tygodni temu wymyśliliśmy sobie ślub i zdążyliśmy go wziąć, już wymyśliliśmy sobie nowy powód do zmartwień: mieszkanie. Ogólnie fajnie, każdy chciałby mieć ten mityczny własny kawałek podłogi, urządzony wg swojego widzimisię (dobrze, że widzimisię mamy podobne), gdzie można się spokojnie zadekować i wprowadzać tysiąc zmian na metrze kwadratowym ściany/podłogi, ale jak sobie pomyślę o tysiącu rzeczy, które trzeba ogarnąć na wejściu, to trochę mi się odechciewa :p o ile łazienka jest oczywista w urządzeniu, o tyle kuchnia… Dla kogoś, kto dużo gotuje, dużo czasu w kuchni spędza i ceni sobie funkcjonalność, projekt zabudowy w kuchni jest najistotniejszym projektem, jeśli chodzi o mieszkanie w ogóle. I to ta kuchnia najbardziej mnie przeraża. Mam to po mamie: kuchnia musi być łatwa w ogarnianiu, wszystko musi być pod ręką, ciąg technologiczny musi być ściśle określony, a więc rozstawienie płyty, zlewu, zmywarki i lodówki nie jest przypadkowe NIGDY, a oprócz tego to wszystko ma być ładne :D i spełniać jeszcze 3000 warunków pobocznych. Powiedzmy, że z D. uzgodniliśmy już ładność kuchni, kolor frontów, blatu, wygląd zlewu i stołu (i chyba nawet krzesełek) w jadalni, ale reszta… Ech, to będzie wymagało sporo pracy :D najchętniej kupiłabym gotowe mieszkanie, żeby nie pakować się w robociznę, ale wtedy będę narzekać, że szuflady w kuchni są nie tak rozplanowane i nie tak głębokie, jak ja potrzebuję. Jak żyć… Ale zauważam w tym korzyść i swoją mocną stronę – przynajmniej wiem, że w określonych przypadkach będę marudzić :D   #samoświadomość

Poza tym – idzie lato. Niezapominajki i pokrzywy mają się świetnie :D

Dobrze nie mają się za to Delicje. Otwieram wczoraj opakowanie, a tam ewidentnie zmieściłaby się jeszcze jedna Delicja, ale jej tam NIE BYŁO. Banda oszukistów.

Na szczęście ciasto udało się zrobić i bez tego jednego ciastka, którego tu wyraźnie brakuje. Nadal jednak trwam w lekkim rozczarowaniu.

W międzyczasie, kiedy nie robię ciast, pieczeni, pasztecików i innych wynaturzeń, jestem ostatnio bojującą feministką i tyram wszelkie przejawy nawet żartobliwego i najlżejszego nieposzanowania kobiet, ich człowieczych praw i roli, jaką odgrywają. Nawet mój ojciec rodzony wie już, że lepiej nie zaczynać trudnych tematów, bo oprócz mnie przy stole zazwyczaj zasiadają też dwie inne bojujące feministki i niestety, ale w naszej rodzinie od pokoleń panuje matriarchat i wszelkie próby zamachów na władzę są pacyfikowane szybko i brutalnie. Matriarchat ma się dobrze i jasne jest, że ustrój ten pozostanie z nami przez wiele następnych pokoleń. Zaczynam się przekonywać, że im jestem starsza, tym bardziej bezkompromisowa i bezlitosna w swoich przekonaniach. Mój trudny i bojowniczy charakter z wiekiem nie łagodnieje… Powiem jednak, że wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli się jedzie czołgiem, to ogólnie mało rzeczy przeszkadza :D

Dziś dzień pełen atrakcji, bo po południu wybieramy się na konie, więc D. stanie się wreszcie adeptem sztuki jeździeckiej. Miejmy nadzieję, że nie skończymy tak, jak ostatnio Mrs. Brick, która na błocie wywaliła się z całym koniem :p pozdrawiamy i życzymy wyleczenia lewej strony ciała :D wieczorem mam zamiar przygotować roladki z kurczakiem, co by nie było gadane, że nie dbam, a tak w ogóle to do przygotowania jest jeszcze chłodnik <3 wczoraj do nocy robiłam ciasto, także na weekend jestem przygotowana – muszę się przygotowywać na weekendy z wyprzedzeniem, bo ostatnio sporo nam się pracuje, zwłaszcza w soboty, i czasu brak :D ale od poniedziałku (oby!) odpada jeden z większych obowiązków, także będzie można trochę zwolnić. Lubię, jak coś się kończy i człowiek ma wtedy to błogie poczucie wypełnionej misji.

Tedy więc w spokoju ducha dokończę dzisiejszy dzień i będę pokrzepiać się myślą, że za 4 tygodnie wypada kolejny w tym roku długi weekend. Czyli tak naprawdę 18 dni roboczych i można pomyśleć o jakimś wyjeździe (albo o przestawieniu rusztowania na kolejną ścianę :p ). Lubię długie weekendy, jakoś tak psychicznie je lubię, bo szczerze – w tym roku i tak nie wypoczywam, bo ciągle coś. Nie ma, że pośpię. Ale widocznie do dobrego samopoczucia wystarczy świadomość, że można pokręcić się po innym miejscu, niż praca, mój mózg lubi takie „odświeżenia”. Chociaż czasami tęsknię też za tym, żeby sobie po prostu spokojnie egzystować… widocznie jeszcze nie jest mój czas na to. Może na starość. A może nigdy, jak moja babcia, która nie ma na nic czasu, bo uniwersytet, grupa teatralna, koła, kółka i kółeczka, wycieczki, przedstawienia, wyjazdy :p czy takie rzeczy przenoszą się w genach…?

Miłego!  :)

Kategoria: prezent, nad którym ofiarodawca spędził chyba miesiące…

… bo najpierw musiał to wszystko wymyśleć, a potem wykonać. Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, dzisiaj zaprezentuję chyba najbardziej zaawansowany technologicznie prezent ślubny, jaki otrzymaliśmy z D. – prezent od mojej siostry i szwagra.

Dopiero dzisiaj znalazłam tyle czasu, żeby go należycie rozpakować (oglądaliśmy go już w dniu ślubu, ale uznałam, że spakuję wszystko tak, jak było i rozpakuję jeszcze raz, robiąc tym razem zdjęcia każdemu elementowi, bo warto zachować to dla potomnych). Przedstawię więc to wszystko w fotograficznej formule unboxing, nadal zastanawiając się, ile czasu ci ludzie poświęcili na wykonanie czegoś takiego :D

Panie i panowie… tadaaaam!

Skrzyneczka, biedroneczki, na wejściu wyglądało to dużo lepiej, bo jak ja już zacznę w czymś grzebać, to jak dzik w ściółce, ogólnie – higienicznie zapakowany prezent, bardzo lubię celofan :D a jeszcze bardziej te biedronki i inne ozdóbki, które pozdejmowałam i schowałam do swojego pudełka z pierdołkami. W rozpakowywaniu wszystkiego, a jakże, pomagała Babeczka:

Skrzyneczka bez celofanu prezentowała się następująco (trochę bajzel, bo zdążyłam przegrzebać w poszukiwaniu Bardzo Ważnego Elementu – ale o tym później):

I tu dochodzimy do zasadniczej części zabawy. Wiadomo, małżeństwo to teoretycznie ludzie razem na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie, w najróżniejszych życiowych sytuacjach… i do tego właśnie nawiązuje ten prezent. Są to rzeczy, które mają się przydać na każdym etapie życia, swego rodzaju niezbędnik, z którego już nawet zdążyłam skorzystać :D proszę bardzo, jedziemy, po kolei…

1. W zdrowiu

Jako że śmiech to zdrowie, mamy tutaj gazetkę lokalnego wydawcy pełną porytych artykułów zrozumiałych dla nielicznych (ale na pewno zrozumiałych dla Mrs. Brick, szwagra, D. i dla mnie). Kilka kartek wystarczyło mi, żeby osłodzić mi ten ciężki dzień, bo nie lubię zbiorowisk i bardzo mnie one stresują. A tu – same znane tematy, do tego przedstawione w mojej ulubionej, popieprzonej formie :D

A to tylko ułamek tego, co można znaleźć w tym czasopiśmie… Będę prenumerować, nie ma opcji :D

2. W chorobie

Różne rzeczy zdarzają się w życiu, o czym już doskonale wiemy, i trzeba być na wszystko przygotowanym. Moje życzenie: obyśmy chorowali tylko na takie rzeczy, na jakie dostaliśmy remedium :D

Chociaż facet z katarem albo grypą… wiadomo… poważna sprawa :D

3. W młodości

Ale wait. Tylko tyle?!  xD  a w sumie… no zawsze coś :D

4. Na starość

Mierzyłam, bardzo twarzowo w nim wyglądam, najbardziej twarzowo ze wszystkich :D Mrs. Brick wygląda w nim jak nasza babcia, ponieważ Mrs. Brick ma rysy wypisz, wymaluj tamtej gałęzi rodziny, a nasz tata wygląda w tym berecie jak pan artysta grzebiący po śmietnikach. A ja będę moherkiem z klasą (i moja antenka będzie emitować ateistyczne fale elektromagnetyczne).

5. W biedzie

Już powiedziałam – to ściema. Nie ma aż tak biednych ludzi :p NIE MA, powtarzam. Jezusiemaryjo, aż mnie wzdryga, jak widzę tę podejrzaną puszkę xD

6. W dostatku

No i to ja rozumiem. Jeszcze nie smakowałam, ale bardzo mnie korci, uwielbiam kokosowe rzeczy. Chociaż chyba zaproszę na likierek Mrs. Brick, albo wręcz wywiozę go do domu rodzinnego, to sobie we trójkę z rodzicielką zdegustujemy <3

7. Niespodzianka – świeczka poza konkursem :D

Otworzyłam prezent, szukam, na jaką to okazję, „na ciemność”, „na ciemnotę”, „na dwudziesty stopień zasilania”, aż tu słyszę: a ta świeczka to poza konkursem. No i też fajnie :D jak wiadomo, jeszcze nikt nigdy nie powiedział, że ma już dość świeczek i już więcej nie chce. Nie znam takich osób. Otóż NIE.

8. W głodzie

Wyjęłam ten pakuneczek i mówię do Mrs. Brick: chyba sobie żartujesz… Nie żartowała :D

Od tej pory zaczęłam myśleć o tym prezencie jak o koszyczku wielkanocnym: masa różnych rzeczy, starannie spakowanych i każdy ma swoją symbolikę. I można znaleźć jedzenie. :D

9. W bogactwie

Kocham spożywcze bogactwo! I wiem, że Czekotubki są niby dla dzieci, ale kurde, jakie to dobre jest <3 tak do kawki… :D zeżarliśmy dzisiaj i mój poziom szczęścia odczuwalnie się podniósł. Jednak czekolada to czekolada. Zwłaszcza wedlowska.

10. W smutku

Meliskę bardzo poważam i często używam :D nie wiem, czy mnie uspokaja, ale na pewno fajnie smakuje. Chociaż może i uspokaja, bo na mnie ziołowe środki świetnie działają – niepodważalna zaleta bycia alergikiem. I te słodkie małe chusteczusie – aż żal będzie je wszystkie zużyć przy następnym ataku furii i histerii… :)

11. W szczęściu

No słodziak :D zawieszę go za trąbkę w galeryjce z kartkami. Akurat jakieś sznurki tam wiszą, to za trąbkę będzie wisiał i on. A później postawię go obok Czikenowego Świecznika (do tego jeszcze wrócę), gdzie znajdują się wszystkie ciekawe rzeczy, których nie chcemy pogubić :D

12. W bólu

Plasterki w wiewiórki – hit! I to właśnie plasterki w wiewiórki są wyjaśnieniem, dlaczego ten prezent został przegrzebany jak ściółka przez dzika. Otóż fajnie, że kupiłam sobie bezpieczny blender, który nie robi krzywdy, ale obierając cebulę do czegośtam i tak dałam radę poharatać sobie palec nożem. Ponieważ nie chciałam tej cebuli dawać do kaszanki, ani w ogóle nie chciałam robić kaszanki, a z palca tak ciekło, że tylko kaszanka, to postanowiłam poratować się plasterkiem w wiewiórkę. Mój ból ostał uleczony. :D kolejna rzecz z cyklu no ja wiem, że to jest dla dzieci, ale…   :)

13. W nadziei

Czuję się oszukana – nic nie wygraliśmy :( ale, jak wiemy, każda matka kocha swoje dzieci i takie tam :D zresztą… co my byśmy robili z taką kasą? Jeszcze by się nam w dupach poprzewracało i co :D

14. Blisko

Haha, bardzo blisko :D chociaż to też ten sprzęt, który można wykorzystać do przykucia faceta do łóżka, żeby nie deptał po mokrej podłodze, jak zmywasz panele… W każdym razie – bardzo praktyczne i do różnorakich zastosowań :D

15. Daleko

Jak to zaznaczyli ofiarodawcy, w ramce na „daleko” mogą być zdjęcia albo na przykład wierszyk na czas rozstania. Proponuję zrobić 2 komplety rameczek: jedną na Wielkanoc z pieśnią Wesoły nam dzień dziś nastał, a drugą z jakąś kolędą na Boże Narodzenie, nie wiem, może moje ulubione pod względem muzycznym, polonezowe Bóg się rodzi? Skoro i tak rozstajemy się w zasadzie tylko na święta… :D

16. W deszczu

Jako aneks do prezentu mam dostać od taty mapę Tczewa z zaznaczonymi dzielnicami, po których możemy bezpiecznie się poruszać w tym zestawie kolorystycznym. Co ciekawe, dostaliśmy również ręczniki w tych kolorach. I dostaliśmy je przed finałem Pucharu Polski. Wniosek: co najmniej 2 osoby z mojej rodziny ostro bawią się w bukmacherkę. Creepy  8-O

17. W pogodzie

I to prawdopodobnie jest ta część prezentu, która urzekła mnie najbardziej :D

Bilety na spacery, o których pewnie normalnie byśmy nie pomyśleli :D a tak – podejście zadaniowe, lista osiągnięć do zdobycia, zaczęliśmy w majówkę wyjazdem do Wiela :D mamy już parę pomysłów, jak wykorzystać nasze bilety, czekam tylko na przyzwoitą pogodę, bo spacer po Starówce jakiejkolwiek w deszczu i przy 10 stopniach to trochę przesada, jestem ciepłolubne stworzenie :) niemniej jednak ten element prezentu zostawiłam do zaprezentowania na sam koniec, bo ryj mi się sam cieszy, jak oglądam te karneciki :D już się nie mogę doczekać wypełniania kolejnych, bo to oznacza same przyjemności i miłe spędzenie czasu <3 do karnecików dołączona jest karta zbiorcza, w której należy wpisywać zdobyte cele, a na końcu ją wezmę i pójdę po nagrodę do Mrs. Brick, a co!

Poza tym zdążyłyśmy się już z Mrs. Brick powymieniać prezentami typu prezent bez okazji, bo do Ciebie pasuje i w naszym czikenowym świecie zagościły nowe, fantastyczne elementy (ej, gdzie jest bilet na spacer po kurzej fermie?). Jakiś czas temu w odmętach Internetu znaleźliśmy z D. skarpetki ManyMornings i ten jeden wyjątkowy wzór, który zamówiliśmy dla Mrs. Brick:

Są obłędne :D Mrs. Brick z kolei wynalazła dla mnie świecznik z kurką, który dumnie zdobi teraz górę półek z książkami (a w środku mam rakotwórczy podgrzewacz z Ikei o zapachu czarnej porzeczki, coś wspaniałego).

Właśnie obok tego Czikenowego Świecznika będzie w przyszłości stał mały słonik na szczęście :D 

A widoczny na zdjęciu Iglak mały mix ma się dobrze, chociaż chyba stworzenia tego typu powinny mieszkać na zewnątrz… :p nieważne, jak to mawiają niektórzy z naszej dalszej rodziny – u was nigdy nic nie było normalnie :D

Podsumowując: udało mi się wykonać rzecz trudną, czyli przedstawić bardzo skomplikowany prezent, zachowując mniej więcej ciągłość zawartych w nim życzeń. Myślę, że mogę być z siebie zadowolona :D ofiarodawcom bardzo dziękujemy, chociaż nadziękowaliśmy się już też w świecie rzeczywistym. Nadal się głowię, ile czasu na to poświęcili, ale mam nadzieję, że pakowanie tego było dla nich choć w połowie tak dobrą zabawą, jak dla nas odpakowywanie :D teraz prezenty leżą sobie, grzecznie ułożone w skrzynce, i czekają na wykorzystanie, no może oprócz Czekotubek, które zjedliśmy, i tego wysuszonego chlebka, którym nakarmię rodzicielskie czikeny (znowu czikeny! to przeznaczenie). Plasterki w wiewiórki zostawiłam na wierzchu, żeby były łatwo dostępne, bo czasami bywam totalną sierotą, jeśli chodzi o kontakt z ostrymi narzędziami :D

Na dziś już koniec jakichkolwiek aktywności z mojej strony. A może tak otworzyć ten kokosowy dostatek….?

Miłego!  :)

Ciężkie życie gastronomiczne

W związku z tym, że po ślubie kupiliśmy sobie blender o mocy wystarczającej do obsłużenia małej profesjonalnej kuchni, a na urodziny kilka dni później dostałam mikser, dla D. nadchodzą ciężkie dni, bowiem będę gotować i piec rzeczy, których do tej pory nie gotowałam i nie piekłam ze względu na brak tych potrzebnych przyrządów. Zaczęliśmy od ciasta z masą na bazie zielonego Kubusia. Zielony Kubuś ma w składzie banana, a D. nie lubi bananów i wyczuwa je nawet po południu w powietrzu wydychanym przez sąsiada z przeciwnej strony ulicy, który zjadł banana wcześnie rano. Dlatego dla niektórych nadchodzą ciężkie dni, ale należy tu wspomnieć, że mam wysokie aspiracje i przy pomocy nowego ekwipunku będę w stanie zrobić także domowe masło orzechowe, wszelakie ciasta z kremami budyniowymi, karmelem i orzechami laskowymi, których w szafie nie brak, a także z bitą śmietaną, której dotychczas nie tworzyłam, bo nie miałam czym. Dlatego z jednej strony życie stanie się trudniejsze, ale z drugiej – zdecydowanie bardziej smakowite…

Korzystając z tego faktu, w ramach prezentu na urodziny mojego brata przygotowuję mu dużą porcję pasztecików z nadzieniem gyros. Koniec z ręcznym krojeniem tony kurczaka i skrzynek pełnych papryki i ogórków konserwowych. Nic jednak nie uratuje mnie od ręcznego składania pasztecików i upychania w nich farszu, ale cóż – nie można mieć wszystkiego :) faktem jednak jest, że farsz przygotowałam dzisiaj w jakieś 40 minut (w tym przygotowanie mięsa), a nie w dwie godziny, walcząc z osypującymi się stosami kosteczek papryki i pływającym wszędzie sokiem z ogórków. Niech żyje technika! I pyszny gyrosowy farsz.

Z innych pysznych rzeczy – będą się tu na pewno pojawiać elementy prezentów, które otrzymaliśmy z D. od naszych bliskich na ostatnią okazję. Elementy – bo nie lubię wysypywać wszystkiego na raz. Dzisiaj element pyszny – ciasteczka domowe od koleżanki O., które nas zachwyciły cytrusowym zapachem (i to pakowanie w stosiki!). Podejrzewałam, że przepachniły się herbatą, ale okazało się, że to smak i zapach celowy, wywołany pomarańczą.

Zeżerliśmy i myślę, że na jesień pójdę żebrać o przepis, będą świetne do herbaty w deszczowe popołudnie (idąc tym tropem, są świetne już teraz, bo wiosnę mamy jesienną – siedzę zawinięta w moje meksykańskie ponczo i marzę o meksykańskich upałach. Mieliśmy dziś z D. i Mrs. Brick pojechać na konie, ale jak sobie pomyślałam o moich zgrabiałych łapkach trzymających wodze i ociekających lodowatym deszczem, to aż mi się korzonki skurczyły i podziękowałam, wolę jednak ten Meksyk). 

W tych zimowych warunkach ciasteczka sprawdzają się świetnie :) na początku stwierdziłam, że takie ciasteczka dadzą się na pewno fajnie przechowywać, ale potem posmakowałam i uznałam, że w moim domu się nie dadzą, ponieważ nie mam szafek na kłódkę. U mnie w ogóle jedzenie słabo się przechowuje… jakoś tak nigdy długo nie leży :p 

Dzisiaj pracowity dzień, jak to niedziela – staram się zawsze w niedzielę bardzo dużo rzeczy brać sobie na głowę, bo wtedy nie siedzę i nie marudzę, że życie ciężkie, że biomet niekorzystny, że życie ulotne i że kwiaty cięte w wazonach swój czar tak szybko tracą, a zachodni wiatr spienione goni fale. Jak człowiek jest zajęty, to się nie ma czasu zastanowić i tak jest lepiej. Zastanawianie się w dni powszednie – jak najbardziej, bo w moim przypadku to jest zastanawianie się konstruktywne, prowadzi do wniosków i do ulepszeń, ale niedzielne rozkminy powodują tylko ból głowy, niestrawność i bezsenność – dlatego unikam, jak mogę. Nie wierzę w powiedzonko „niedzielna praca w g*wno się obraca” i robię wszystkie zaległości z całego tygodnia, łącznie z praniem, porządkami i przygotowywaniem obiadu na poniedziałek. Jakoś tak lepiej :p dzisiaj dziergam dość pracochłonne ciasto (do kawy do pracy na jutro), wielogarnkowy obiad i wspomniany gyrosik na paszteciki urodzinowe dla Młodszego. Planuję też obfotogrfować kolejne prezenty, chyba ten składający się z największej ilości elementów… Jak to ogarnę, to na pewno wstawię, bo warto :) 

Tymczasem – leniwej/pracowitej niedzieli, jak kto woli, i udanego popołudnia :)

Kiedy dostajesz śliczne kartki i musisz zrobić galeryjkę

Zacznijmy od tego, że zapomniałam się ostatnio pochwalić, jak mi się ładnie udało spakować chleb na Wielkanoc dla teściów:

Tym przerażonym duszom, które pomyślały, że wyjechałam dokądkolwiek na Wielkanoc: nie. Chleb zawiózł D., a ja spakowałam w ręczniczek drugi bochenek i wybyłam do rodziców swoich. Mamy do siebie nawzajem z D. tak wiele szacunku, że nie niszczymy sobie Świąt wzajemnym targaniem się do jednych i drugich rodziców, tylko każde z nas spędza święta w swoim domu rodzinnym, jeśli akurat ma taką ochotę, i nie robimy z tego problemu. Bardzo to lubię, bo jest to ogromnym ułatwieniem i nie prowokuje idiotycznych dyskusji pt.: a Wielkanoc / Boże Narodzenie to u moich czy Twoich rodziców? Nie. Każdy jedzie, gdzie mu się podoba i nie odstawiamy cyrków, że Święta to czas magii i trzeba je spędzać, trzymając się za rączki (i jeździć po Polsce, próbując odwiedzić obie rodziny i poświęcić im tyle czasu, żeby nikt nie poczuł się pominięty). Święta trzeba przede wszystkim przetrwać w spokoju – i to nam się udaje dzięki naszemu świątecznemu porozumieniu. Dziękuję :*

Poza tym – zdecydowanie mamy wiosnę. Świadczy o tym chociażby bukiet tulipanów od babci. Te ze szpiczastymi płatkami, ku mojemu zdumieniu, pachną oranżadą. Ale to i tak nieważne, czym pachną, bo wyglądają pięknie, są kolorowe, cieszą oczy i przeganiają wszelkie dołki :)

Do przeganiania dołków służą też rozmaite zbiegi okoliczności, np. w piątek zwrot podatku, w sobotę promocja w Empiku. Książę Małżonek pozwolił mi poszaleć i nasze półki wzbogaciły się o kolejne linijki radości i ucieczki przed światem :D nie ma to jak zamknąć się w bazie z kocyków i czytać, i nie wiedzieć, gdzie się jest, który mamy rok i czy trzeba ugotować obiad na jutro. Babeczka moja również cieszy się z nabytych książek, bo to oznacza, że będziemy więcej czasu spędzać w bazie – skoro wiosna, jak do tej pory, wyglądała paskudnie jak listopad, to nie widzę innej opcji, jak tylko zakup zabezpieczeń w postaci książek.

Jak zacznie się robić cieplej, takie środki nie będą potrzebne, ale na razie to mnie ta pogoda nie zachwyca. Ostatni raz, kiedy pamiętam, że było fajnie i ciepło, to był weekend Targów Ogrodniczych i Pszczelarskich w Lubaniu, gdzie udaliśmy się z D. „przewieźć tyłki”, a wróciliśmy z prezentami dla rodziców. Rodzice D. są miłośnikami ogrodnictwa szeroko pojętego, moi rodzice szykują się do tego, by być, więc jesteśmy świadomi, że z prezentami trafiliśmy. A nawet gdybyśmy nie trafili w ogrodnicze gusta, to trafilibyśmy w gusta estetyczne, bo te drzewka są rasowe i zwyczajnie urocze:

Te konspiracyjne zdjęcia zostały zrobione w garażu dziadka, w tle półka z ogórkami, gdzie musiałam chować zapakowane krzaczory aż do dnia ich wręczenia. Dopóki nie były zapakowane, stały bezczelnie w ogrodzie (mama tu nie chodzi, a tata i tak nie zauważy – sztama z babcią). Scenariusz okazał się trafny, bo faktycznie – schowane za trejażem nie wzbudziły niczyich podejrzeń. Zresztą plan awaryjny był taki, że ja nie wiem, co to za doniczki, ale skoro w ogrodzie, to pewnie babcia sobie kupiła – przeszłoby, bo babcia jest kierownikiem ogrodu i różne rzeczy tam hoduje. Tak więc iglaki stały sobie radośnie na świeżym powietrzu jako przyszły prezent-podziękowanie dla naszych rodziców. W ramach ciekawostki: pojechaliśmy po nie na targi do Lubania (ok. 50 km), ale  okazało się, że wystawca był z miejscowości oddalonej od nas o 18 km. Fuck logic :D nieważne, będzie pan zadowolony… Niemniej jednak rodzice z prezentów się ucieszyli, a dodatkową zaletą rozwiązania z iglakami jest fakt, że jest to już coś na długie lata – jeśli drzewkom uda się zimowanie, to przed nimi ładne kilkadziesiąt lat cieszenia ludzkich oczu. A teraz – tak, muszę, bo kocham te powalone nazwy roślin! Cyprysik dla rodziców D. (ten radośnie rozczapierzony, jasny) to cyprysik wielkoszyszkowy ‚Gold Crest’. Drzewko dla moich rodziców, ciemne i bardziej zebrane, to cyprysik tępołuskowy ‚Nana Gracilis’. #ktotowymysla

Wyprawa po te iglaki i pakowanie ich to tak naprawdę – szczerze! – były jedyne sensowne przygotowania do ślubu, jakie poczyniliśmy z D. Jako że wszelkie formalności (sala, urząd, zaproszenia) załatwiliśmy w niecały tydzień, D. miał garnitur niedawno kupiony na obronę, ja sukienkę koloru „złamana biel” kupiłam jakoś na jesień na jakiejś wyprzedaży w galerii (na lato taka jasna się przyda) i nie widziałam potrzeby kupowania innej, więc ciuchy odpadły, obrączki w zachwycie zamówiliśmy przez Internet i okazały się trafione – nic innego do załatwiania prócz tych iglaków nam nie zostało. To piękne :D uwielbiam sprawy, które są ważne, a załatwiają się same. Z rzeczy trochę trudniejszych, które nie chciały załatwić się same – uhodowałam na ten dzień Paznokcie Życia – stosunek ich wytrzymałości do długości był tak genialny, że już chyba takiego sukcesu hodowlanego nie powtórzę nigdy (biorąc pod uwagę moje ostatnie przygody dermatologiczne – powinnam płakać ze wzruszenia, że w ogóle mam paznokcie…). Zachwycałam się jednak nimi krótko, bo jak już je pomalowałam w dniu ślubu, to potem odtwarzałyśmy z Babeczką scenki z różnych obrazów, np. Stworzenie kota

Teraz w sumie czekam, kiedy się połamią, bo już mnie denerwują i przeszkadzają, a jednak szkoda mi przeprowadzić na nie zamach osobiście. Liczę więc na przychylność losu i prac budowlanych (gdzie jedziecie w podróż poślubną? na docieplenia do rodziców, podobno ma być bardzo ciepło na styropianie). Co prawda nie wykonuję jakichś spektakularnych dzieł na rusztowaniach, ale staram się odciążyć za to D. w domu, a to już sprzyja łamaniu paznokci (takie zmywanie… mmmm, odmoczony paznokieć taki nietrwały… a spróbuj zetrzeć na tarce cokolwiek :p ). Czekam.

Jestem niepokorna i niepoprawna, nie poszłam do fryzjera, nie poszłam do kosmetyczki, nigdzie nie poszłam, ale to przez Grubego. W żaden sposób nie mogłabym wyglądać tak spektakularnie jak on w swoich koronkowych firankach:

Nawet nie stawałam w szranki, czasami po prostu się wie, że się nie wygra. :D

Jeśli chodzi o „po ślubie” – zostało nam zmęczenie (introwertycy na własnej imprezie to naprawdę ciekawa sprawa… jak sprawić, żeby nikt nie zwracał na Ciebie uwagi, kiedy z definicji masz być na świeczniku przez cały dzień?) i śliczne kartki z życzeniami, z których zrobiłam galeryjkę wspomnianą w tytule. Będzie przypominać nam o tych, którzy życzą nam dobrze (bo przy okazji ślubu można się też dowiedzieć, jak bardzo ludzie potrafią być podli i bez klasy, ale to temat na osobny wpis. nie, książkę. hm… minimum 4-tomową powieść.). Lubię patrzeć na te kartki – są dowodem na to, że ma się wokół siebie dobrych ludzi, którzy akceptują w każdych warunkach. Chwała!

Ta szacowna zielenina w tle to coś, co nazywa się „Iglak mały mix” i było sprzedawane w Kauflandzie po niecałe 5 zł. Spojrzeliśmy sobie w igiełki i postanowiliśmy się zaprzyjaźnić. Jeśli da radę w domu, to nadam mu po czasie imię na literkę H, a jeśli będzie marniał, to wywiozę go na wieś i wysadzę na wolność w ogrodzie. Jesteśmy w fazie testów i trudno powiedzieć, na ile jest wytrzymały. Na razie idzie mu nieźle, muszę przyznać :)

A dziś? Dziś, kiedy kawał pierwszej ściany jest już docieplony, stresy przeminęły, a kartki już wiszą, siedzę sobie spokojnie i popijam Wino Mamy Marcina (pozdrawiam i Marcina, i mamę <3 ). Najlepsze są te momenty, kiedy wszystko się już załatwi i nic nie trzeba już robić. Jutro ostatni dzień urlopu, ale chętnie wrócę do pracy – praca porządkuje żywot i naprawdę bez zniechęcenia pójdę zająć swoje miejsce, posłuchać opowieści o przygodach z długiego weekendu i pośmiać się ze wszystkiego. Trochę zaczęło mi już brakować tej regularności dnia – jestem zwolenniczką uporządkowania i stałych pór na określone czynności. Dlatego tym, którzy woleliby, żeby urlop potrwał jeszcze kilka(naście/dziesiąt) dni życzę bezbolesnego powrotu do obowiązków, a takim czubkom jak ja, którzy lubią swoją pracę – tego, by faktycznie mogli bezproblemowo od razu wejść w ten lubiany rytm :) 

Miłego! :)

PS.: chciałabym wyglądać tak majestatycznie, jak Gruby w firance…

PS2.: chciałabym też, żeby ludzie umieli nie zazdrościć i nie mścić się na kimś za to, że ten ktoś ma dość odwagi i rozumu, by pójść własną drogą… ale prędzej chyba zacznę wyglądać majestatycznie :D z całego serduszka pozdrawiam wszystkie biedne, zakompleksione, nieszczęśliwe i tchórzliwe jednostki :* oby im kiedyś rozumek do łebków wrócił. 

Jakie święta jaki nowy rok co tu się wyrabia

Niedawno ściągałam bombki z choinki, wszyscy zdążyli już przetrawić wielkanocne jajka i o nich zapomnieć, kończy się kwiecień, a ja mam wrażenie, że jadę jakimś szalonym wagonikiem przed siebie i na początku jeszcze próbowałam z niego wyciągać ręce i łapać rzeczy pt. „Nowy Rok”, „Tłusty Czwartek” czy „Urodziny Mojej Mamy Pod Koniec Marca”, ale teraz już zrezygnowałam z tej rozrywki i po prostu jadę, bo tempo jest takie, że nie nadążam łapać.

Czy tylko ja tak mam?

To jest jakiś kosmos! W robocie mamy to samo – „kiedy odbiór?” „na początku maja” „ooo, to jeszcze tyle czasu”  *chwilę później*  ”ej, odbiór mamy za tydzień”. Wieczny niedoczas, dłuży mi się tylko w dni robocze (oprócz poniedziałków) między 13:00 a 14:30 (pozdrawiam koleżankę I.), a tak to nie wiem, kiedy to leci. Umówieni jesteśmy wstępnie ze Stadem na 20 maja i doskonale wiem, że ten termin nadleci w mgnieniu oka, popłyniemy na Hel, wrócimy i zanim się ktokolwiek ogarnie, będzie kolejny długi weekend z okazji tego, że jest Boże Ciało jak co roku w czwartek. I co to będzie? Połowa czerwca. Ze dwa razy zorganizujesz grilla i połowa roku za nami. Ja wiem, że Internety się z tego nalewają, ale to jest jedyna prawdziwa prawda:

Patrz, Bożenko… kwiecień, zaraz lato zleci, Wszystkich Świętych i znowu zima będzie…

Tak! Można się śmiać, ale TAK JEST. 

W związku z tym należy się zastanowić, na czym tak szybko mija mi czas. Na przykład na hodowli kwiatów :D wspomniani wcześniej Henryk i Halina mają się dobrze i rosną zdrowo. Hipolit (figowiec sprężysty) się nie przyjął, nie miał nawet zamiaru się ukorzenić i zdechł, cześć jego pamięci. Z organizmów, które postanowiły nie zdychać, tylko rosnąć i rozwijać się ku mojej radości, mamy dwójkę nowych lokatorów: Helmuta (figowiec beniamina) i Harolda (zamiokulkas zamiolistny – tak, to się serio tak nazywa…). Ponieważ zostało mi dobre pół worka ziemi, należy się spodziewać, że uprawa wkrótce zwiększy areał, bo się ziemia nie może marnować. Nie wiem tylko, skąd jeszcze będę wynosiła kwiaty, skoro już rodzinę i zakład pracy mam obskubane… :D

W tym tygodniu serce me jest przepełnione radością, ponieważ pracuję tylko 3 dni, do środy, a później urlopuję i wracam do zadań dopiero 4 maja. „Urlopuję” to chyba za duże słowo, tak sobie myślę. „Urlop” kojarzy się z wypoczynkiem, leżeniem na plaży bądź wędrówkami po lesie, a ja po prostu nie będę w tej pracy, w której mam umowę, tylko w innej – docieplamy chałupę, więc będę gdzieś między wiadrem z klejem na dole, a płytą styropianu na górze rusztowania :D lubię „domowe place budowy”, będzie męcząco, ale i śmiesznie, jak zakładam. Byleby tylko pogoda była, bo te deszcze i pizgawica z gradem, które ostatnio mają miejsce, to średnia pogoda do czegokolwiek, co tu mówić o docieplaniu ścian. 

Pomijając to wszystko – mam ostatnio lenia. Lenia miałam również przed Wielkanocą, bo czekałam na wolne i wyżerkę, a teraz mam lenia, bo czekam na wolne i robienie czegoś innego, niż robię na co dzień. Normalnie powiedziałabym, że czekam na odpoczynek na słoneczku, na opalanie i na karkówkę z grilla, ale podczas gradu brykiet nie zawsze chce się rozpalić, a opalanie się podczas ulewnego deszczu i totalnego braku słońca też bywa utrudnione. Naprawdę chciałabym, żeby końcówka kwietnia (ostatnie 3 dni, please?) była ciepła, słoneczna i fantastyczna, ale chyba muszę się pogodzić z faktem, że NOPE. Posiedzę więc pod kocem z kubkiem gorącej kawy w zmarzniętych dłoniach i zaczekam – może jednak przyjdzie to od dawna prognozowane „ocieplenie”, „cieplejszy front” i „poprawa pogody”. Chociaż pewnie przyjdą tak szybko, że przeminą niezauważenie i zanim zdążę się nacieszyć, to znów zrobi się chłodno. I dlaczego w Polsce mamy zimę, zimę, pozimie, troszkę ciepłego, jesień, przedzimie, zimę i zimę…? W takich warunkach trudno się dziwić, że czas mi ucieka, skoro większość życia spędzam w oczekiwaniu na ciepło :D

Cóż… pewnie do majówki już się tu nie pojawię, bo mam dużo na głowie chwilowo, dużo się dzieje i zmienia, książkę bym mogła napisać na temat ostatniego półrocza. Dlatego życzę wszystkim – mimo prognoz – słonecznego, ciepłego urlopu majowego, udanych wypadów rowerowych, grillowania, wędrówek mniejszych i większych, warunków sprzyjających prowadzeniu prac budowlanych (nie tylko dla mnie!) i fajnego wypoczynku, którego po zimie chyba każdy potrzebuje :) miłego!  

Problem świąteczny nr 2985

W ramach dotychczasowego przebiegu mojego żywota miałam okazję zdefiniować jakieś 2984 różnych problemów, na które napotyka się w okresie przedświątecznym, świątecznym i poświątecznym. Są to kolejki w sklepach czy przewożenie autobusami żywych karpii, żywych dzieci, martwych indyków i nieznanego stanu mandarynek. Są to również paniczne przygotowania do kolacji wigilijnej, zaproszeni goście (pod tym pojęciem rozumiemy zarówno ich zapraszanie, jak  i ich przybycie) bądź bycie zaproszonym gościem, a także obrus świąteczny poplamiony tak, że mógłby występować w reklamie wszystkich istniejących na świecie środków do prania i i tak by mu to nie pomogło już. Wszyscy potrafią wymienić tę długaśną listę czynników niebezpiecznych, szkodliwych i uciążliwych, które pojawiają się co roku przy okazji Gwiazdki. Ale w tym roku spotkałam się z problemem, z którym osobiście nie spotkałam się nigdy wcześniej.

Zwierzęta w moim domu rodzinnym zazwyczaj pracowicie zajmowały się ignorowaniem świątecznego wystroju mieszkania. Wyjątkiem jest zwyczajowo jedynie pies, który w słoneczne dni ściga zawsze po podłodze odblaski od dyskotekowych bombek mojej mamy. Dyskotekowa bombka to taka bombka ze szkiełek, jakby oklejona lusterkami (taka, jak ta na środku):

Inne zwierzęta zagrażające świętom, czyli – a jakże! – koty, zazwyczaj miały w nosie wszelkie ozdóbki i świecidełka; co najwyżej wyjadały czekoladę z cukierków wiszących na choince. Nie było przewracania drzewka, zrywania łańcuchów, gryzienia lampek i innych takich typowo kocich sprawek. Moja Babeczka wiodła zawsze prym w niezwracaniu uwagi na cokolwiek – nie zwraca uwagi nawet na fajerwerki w Sylwestra.

Ale to już było. W tym roku czuję, że napotkam nowy problem i będzie to właśnie kwestia kocia. Wczoraj znalazłam pierwsze świąteczne ozdóbki w mieszkaniu i postanowiłam, że skoro już je znalazłam, to je próbnie porozwieszam. Dwa sznury lampek, moje unikatowe bombki, otrzymane w różnych okolicznościach, parę typowo świątecznych drobiazgów. Zupełny wstępniak do świąt. Z pomocą D. poukładałam sobie to wszystko w miejscach, które uznałam za odpowiednie. 

Wyszło nawet spoko, zostało dość miejsca na girlandę z choinki i 30 kg bombek wyżebranych od rodzicielki.

Że Babeczka bawiła się tym wszystkim, gdy rozkładałam to na podłodze – ok. Wstążki, sznurki, genialna atrakcja wieczorna z punktu widzenia futrzaka. Gorsze jednak jest to, że bawiła się tym wszystkim również wtedy, kiedy już się tym bawić nie miała… Zabawa pierwsza – siedzenie na parapecie i obgryzywanie czerwonej filcowej śnieżynki (a żeby obgryzywać, to najpierw trzeba było ją sobie złapać i przyciągnąć). Zabawa druga – kable od lampek. Również gryzienie. I to już mi się nie spodobało, bo po pierwsze – zabawa trwała późno wieczorem, kiedy ja oczekuję ciszy, a po drugie – to moje ulubione lampki. Musiałam gada przegonić po całym mieszkaniu, żeby się uspokoiła. Po wszystkim padła na swój fotelik i planowała kolejne zbrodnie na ozdóbkach. Jestem tego pewna.

Dobrze, że nie planujemy stawiać w pokoju choinki jako takiej, bo coś czuję, że musiałabym przywieźć sobie od mego ojca rodzonego rolkę stretchu i zabezpieczyć WSZYSTKO. 

Zobaczę, jak się to moje kocisko będzie dalej zachowywać, mam nadzieję, że nie zrujnuje mi całego wystroju :D rozrywkowa się zrobiła od czasu wyprowadzki, nowe mieszkanie najbardziej chyba podoba się właśnie jej, dlatego obawiam się, że po raz pierwszy w życiu będę przez całe święta walczyć z dzikim kotem. Ale to chyba rzecz, której każdy kociarz musi doświadczyć, więc nie protestuję. Dopóki będę w stanie jakoś chociaż trochę nad tym zapanować – niech się dziecko bawi. Niech też ma coś ze świąt :D

Tymczasem czeka mnie trochę zawodowych wyzwań, następnie trochę wyzwań edukacyjnych i pewnie takich zwyczajnych, życiowych. Powoli widzę prostą, ostatnio było trochę za dużo „rozrywek”, niby czasu na odpoczynek miałam dosyć, ale nie odpoczęłam, bo głowa cały czas była zajęta czym innym. Dlatego wolę już ten problem nr 2985 – to przynajmniej jest coś normalnego, codziennego. I w gruncie rzeczy widok kota latającego po mieszkaniu ze sznurkiem od bombki nawet mnie bawi. :D

23 dni do Wigilii. Szykuje się kolacja w dobrym składzie. Nic, tylko oczekiwać :D i wszystkim życzę wesołego oczekiwania :D

Matematyka sierści i Halina z Henrykiem

Ostatnio bardziej niż zwykle zajmuję się hodowlą kotów, nazywaniem kwiatów pojawiających się w naszym mieszkaniu i nieuczeniem się do egzaminu (koleżanko K., to już tylko 48 i 51 dni :( ). Zgodnie z kolejnością pojawiania się zaczniemy od Henryka.

„Dlaczego Henryk?”, pytali wszyscy. Otóż dlatego, że miał być Haliną, ale później tak na niego spojrzałam i stwierdziłam, że zbyt męsko jak na Halinę wygląda. Pierwszym imieniem męskim na „H”, które przyszło mi do głowy, był Henryk. 

Dla tych, którzy nie posiadają jeszcze simsowej Brązowej Odznaki Ogrodnictwa – Henryk jest różą chińską, czyli hibiskusem, czyli ketmią. Pochodzenie Henryka jest raczej prymitywne i mało zajmujące: urwałam trzy gałązki z ok. 30-letniego krzaka należącego do mamy i postanowiłam je ukorzenić. Należy tu wspomnieć, że kwiat-matka to zawodnik pierwszego sortu, bo przetrwał spalenie słońcem na balkonie pewnego lata i liczne przelania ziemi w doniczce. Przetrwał też niegdysiejszy wielkanocny nerw mojej mamy, która obcięła mu wszystkie liście i zostawiła tylko suche badyle, na których wieszała wielkanocne ozdóbki. Kwiat-matka jednak bardzo szybko wypuścił nowe liście i cały czas daje do zrozumienia, że jemu to w ogóle nie przeszkadza, rośnie mu się świetnie, pozdro&potańcz. Mam nadzieję, że Henryk odziedziczy zdrowie i odporność po organizmie macierzystym. Na razie wszystko na to wskazuje. Każdy, kto zobaczył te urwane gałązki w szklance z wodą na mojej półce, był uprzejmy mi obwieścić, że może się ukorzeni, ale najpierw wszystkie liście zgubi. Nie zgubił. Wśród pouczających mnie amatorów-botaników nastąpiła zmiana frontu i dowiedziałam się, że jak przesadzisz, to zgubi wszystkie liście. Przesadziłam. Nie zgubił. Nie jestem w sumie pewna, czy Henryk w ogóle zauważył, że mieszka już w doniczce, a nie w szklance, bo jest tak zajęty rośnięciem i wypuszczaniem nowych liści, że chyba go to ominęło.

Żeby przesadzić Henryka do doniczki, kupiliśmy z D. doniczkę i mały worek ziemi, z którego wykorzystaliśmy połowę. Mam trochę rolniczą duszę i nie lubię, jak ziemia leży odłogiem (nawet jeśli to ziemia w worku z Bricomarche za 2,49 zł) i postanowiłam sobie zorganizować kolejnego chabazia. W tym celu udałam się do swego domu rodzinnego, ukradłam starą doniczkę i wymusiłam na rodzicielce podzielenie się ze mną anturium.

Tym razem kwiatek definitywnie został nazwany Haliną. Halina to anturium Andreego, zwane po polsku kitnią. Jeszcze bardziej po polsku zwane jest m.in. jęzorem teściowej. To sprawiło, że imię Halina zostało mu przypisane niemal na biegu, bo uważam, że Halina to idealne imię dla teściowej (chociaż moja teściowa się tak nie nazywa).

Ponieważ Henryk posiada swój identyfikator na doniczce, zdecydowałam, że Halina też powinna takowy mieć. Henryk ma nową doniczkę i minimalistyczną plakietkę, dlatego w ramach zachowania równowagi dla Haliny w starej doniczce zrobiłam identyfikator nieco bogatszy. A niech ma. Zresztą – kobiety przywiązują większą niż mężczyźni wagę do ozdóbek i myślę, że Halina będzie usatysfakcjonowana.

Poza mną, D., Henrykiem i Haliną w mieszkaniu żyje jeszcze jedno stworzenie, przypomnijmy. Babeczka nie bierze udziału w przesadzaniu roślin, w robieniu plakietek, tak w zasadzie to Babeczka nie bierze udziału w niczym oprócz żebrania o kocie chrupki, BO ŚPI.

Ulubione miejsce Babeczki: fotel-worek pod kaloryferem. Nakrywamy go kocem, bo inaczej składałby się głównie z sierści. W tyłek grzeją styropianowe kulki z fotela, w plecki grzeje kaloryfer, kot przeszczęśliwy. W zależności od używanego akurat koca można Babeczkę wykorzystywać do tworzenia zadań z matematyki, czego dowiodłyśmy ostatnio.

Konkurs wygrała koleżanka z pracy mojej mamy, która słusznie oceniła, że niezależnie od zaprezentowanych danych zasierściona zostanie całkowita powierzchnia koca. Jest to rozwiązanie prawidłowe, wielokrotnie potwierdzone doświadczalnie.

Tym optymistycznym akcentem kończę opowieść o Henryku, Halinie i dziale matematyki zwanym matematyką sierści. Wspomnę tylko, że babcia obiecała mi sadzonkę fikusa (figowca). Fikus powinien tradycyjnie nazywać się Beniamin (chociaż ten babciny to nie figowiec benjamina, tylko figowiec sprężysty), ale czy w ramach wyjątku mógłby się u mnie nazywać Hipolit…?

Miłego!  :D

Dlaczego moi sąsiedzi mają dzieci?

Celem wyjaśnienia tej kwestii posłużę się pewną opowieścią.

Małżeństwo świeżo po ślubie, przygotowują sobie pierwszy wspólny obiad w ich nowym życiu. Dziewczyna postanawia, że zrobi pieczeń, dobrą, tradycyjną pieczeń, taką jak robiło się w jej domu, jak robiła jej mama i babcia. Chłopak – zaciekawiony – siedzi w kuchni i obserwuje poczynania młodej małżonki. Ona zaś odcina kawałek mięsa i wyrzuca go, i jakby nigdy nic przygotowuje spokojnie obiad dalej.

- Dlaczego wyrzuciłaś ten kawałek? Coś było z nim nie tak? Wyglądał na dobry…
- Nie, no, dobry był, ale wiesz, moja mama zawsze tak robiła… W sumie nie wiem, czemu.

Obiad wyszedł fantastyczny, ale sprawa z odciętym kawałkiem mięsa nie dała im spokoju. Spakowali graty i pojechali do rodziców dziewczyny.

- Mamuś, bo jak robisz pieczeń, to zawsze odcinasz kawałek mięsa i wyrzucasz, nie?
- Nooo, taaak…
- Dlaczego tak się robi?
- Hm, w zasadzie to nie wiem, no, od babci się tego nauczyłam, ona zawsze tak robiła…

Towarzystwo wymieniło porozumiewawcze spojrzenia, jazda do samochodu i w te pędy do seniorki rodu.

- Babciu, kiedy robisz pieczeń, to zawsze kawałek mięsa odcinasz i wyrzucasz, nie?
- No tak.
- Dlaczego odcinasz?
- A bo zobacz, kochanie – ja mam garnek taki ooo, za mały…

Właśnie dlatego – najprawdopodobniej – moi sąsiedzi mają dzieci. Dlatego, że ich matki, babki i prababki i tysiące pokoleń wstecz też je miały. Bo ja rozumiem, że dzieci mogą wyprowadzić z równowagi i nawet Matka Nieskończonej Cierpliwości wydrze kiedyś ryja w desperackim „USPOKÓJCIE SIĘ I DO POKOJU!”. Ale jak ktoś wydziera się na dzieci przez cały dzień („Uspokój się, do ku*wy nędzy!”, „Zobacz, co zrobiłaś, idiotko!”, „Czy ty jesteś poje*ana?!”), a na ulicy (i przed mężem – niewiele mądrzejszym – też) udaje przykładną mamusię, uśmiechniętą i wzorową, to chyba coś jest mocno nie tak… Warto w tym miejscu wspomnieć, że dzieci wyglądają na przeciętne okazy 2-letnie i roczne. Dreptać drepczą, ale mówić dopiero się uczą; przykład odbierają zaiste wspaniały.

Tym razem wyjątkowo nie jest to manifest skierowany bezpośrednio przeciwko dzieciom, których nie lubię i nie polubię nigdy, ale przeciwko ludziom, którzy dzieci mieć nie powinni. To ta grupa, która jednakowo odpowiada na dwa pytania: Dlaczego masz dzieci? oraz Dlaczego chodzisz do kościoła? W obu przypadkach odpowiadają „nie wiem”, a potem w ich nieprzesadnie przepełnionych czymkolwiek zwojach pojawia się mgnienie myśli, że przecież i mama chodziła, i dziadek chodził…

Z tego miejsca pragnę życzyć wszystkim świadomości, samoświadomości i odwagi do pisania własnej powieści, a nie przepisywania błędów po przeszłych pokoleniach. Nikt nie powiedział, że jak ktoś młodszy, to nie umie napisać sobie lepiej sam.

Tyle z mojego rozgoryczenia. Miłego :)

P.S.: niedługo Gwiazdka. będzie barszczyk <3