Najgorzej, jak się zagubisz na 3 miesiące

Wciągnęło mnie chyba tzw. życie, bo czas mija mi ostatnio nie wiadomo, kiedy, a tak naprawdę zdziałałam niewiele takich jakichś konkretnych rzeczy, o których mogłabym napisać. Owszem, mam rozgrzebanych wiele planów, projektów, ale robić z tego zjawiska punktowe – to jeszcze potrwa, na razie liniowość to najlepsze, co udaje mi się osiągnąć (acz nieczęsto), a stan najczęstszy to tzw. Chmura Bzdur, czyli wielkoobszarowe nagromadzenie rzeczy, które próbuję ogarnąć. 

Ktoś ukradł mi nie tylko ostatnie 3 miesiące, ale w ogóle pół roku. Dobra, rok. Ok, sześć lat. Gosiaczek na pewno mnie rozumie. Proszę oddać mój czas!

Stałam się mistrzynią czystki, czyli usuwania z życia wszystkiego, co jest nieprzydatne. Dzięki temu osiągam wyższy poziom oświecenia duchowego i głębokiego spokoju. Jako radzi Dalej Lama:

Osiągam naprawdę dobre rezultaty. I zdrowsza jestem, chociaż zarzuca mi się nadzwyczajny cynizm i inne wady. Nie mogę się zgodzić.

Zgodnie z zaleceniami Mrs. Brick do myślenia używam muzyki SDM. Faktycznie – działa. 

Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko
- Jaka epoka,
Jaki wiek, jaki rok,
Jaki miesiąc,
Jaki dzień
I jaka godzina kończy się,
A jaka zaczyna…

I można wierzyć lub nie, ale nie wiem, kiedy czas mi ucieka. Strasznie szybko mi zlatują tygodnie, wypijam pierwszą kawę w pracy w poniedziałek, a chwilę po niej wypijam ostatnią w piątek. Między nimi, oczywiście, są dziesiątki innych kaw, ale trudno mi się zorientować, kiedy tak fizycznie je wypijam. 

Odkąd wróciłam do domu dzisiaj, przeminęły już chyba ze trzy.

Tak więęęęc… jakoś to wszystko (szybciutko) leci. Tak sobie to odnotowałam, żeby wiedzieć, że można zgubić trzy miesiące. Pół roku. Rok… i nawet sześć lat.

Rozważania toaletowe

Mrs. Brick: najgorzej, jak ktoś napsika w kiblu tym cytrusowym gównem (odświeżacz powietrza – przyp. red.). Wtedy wiesz, że grubo się działo…

ja: nie… najgorzej, jak deska jest ciepła. Wtedy wiesz, że ktoś musiał siedzieć na niej na tyle długo, że zdążył ją nagrzać.

cóż… miłego  :)

Bawi się dziecko!

Koleżanka K. jest ze mnie dumna, ja z siebie trochę również, Babeczka rozbawiona jest resztkami po ostrzeniu kredków, planuję na następne zajęcia z BHP zrobić wydruk na formacie A0 i przynieść 30 kompletów kredek, byśmy mogli rozładować stres w przyjemny, kolorowy sposób… O co chodzi? Bawi się dziecko. Znów terapia kolorami :) a wszystko przez szefową, która wynajduje radośnie takie rzeczy :D

Mam kilka zdjęć z postępami. Myślę, że ten wzór dzisiaj sobie skończę. Tylko mam za twarde kredki, wolałabym bardziej miękkie, ale znów nie tak miękkie jak Bambino. Ja wiem, tysiąc wymagań. Jak to dzieci. :)

Cóż… terapia kolorami w moim przypadku zawsze była skuteczna. Człowiek zamiast po pracy robić coś pożytecznego siada i koloru… wait. Przecież ja wczoraj zrobiłam masę pożytecznych rzeczy :D byłam w pracy, opanowałam te sterty bezużytecznych papie… ekhm… ważnych rysunków do projektu… porozdzielałam je tak, jak chciały być porodzielane, w tzw. międzyczasie zdążyłam przeliczyć kilka zadanek z matmy i przerobić je później z moim Matematycznym Stworzeniem, a jak już skończyłam, to nawet udało mi się wylecieć na kawę z Ojcem Najłaskawszym i chwała mu za to. Wróciłam do domu i zdążyłam jeszcze pokolorować trochę, obejrzeć 2 odcineczki „Szpitala”, jeden odcineczek „Z archiwum X” oraz zastanowić się, dlaczego z Mrs. Brick nie obejrzałyśmy jeszcze najnowszego odcineczka „Chłopaków do wzięcia”. Wypiłam też kawę wbrew przestrogom Mrs. Brick. Ten wpis też tworzę nad kawą. Hm… tak chyba wygląda niepoprawność… Nic to, kolory mnie uleczą xD

Jeśli chodzi o sterty bezużytecznych papie… ekhm… ważnych rysunków do projektu… – myślę, że warto w tym miejscu zobrazować ogrom naszej tragedii. Niejednej tragedii. Tragedia pierwsza – ilość egzemplarzy i ich przewidywana objętość.

Widzimy tzw. przednią gromadkę i tylną gromadkę. Jeśli weźmiemy egzemplarz z przedniej gromadki, egzemplarz z tylnej gromadki i jeszcze jeden egzemplarz, który dopiero powstanie, o grubości gdzieś tak pomiędzy tymi dwoma, to otrzymamy jedną w miarę kompletną sztukę projektu. Będziemy to chyba skręcać na borgi (albo spawać. albo wiązać grubym drutem.), bo nie jesteśmy pewni, czy urzędy chciałyby to dostać luzem w walizce, a to byłaby najbardziej logiczna opcja. Przypomnijmy, będzie to jedna sztuka. A my w sumie potrzebujemy 10 :D jest fun, jest zabawa, a karuzela śmiechu kręci się bez końca.

Tragedia druga – wydaje mi się, że zapomnieliśmy o jednej branży. Geotechnika, geologia – są, konstruktorzy są, kino- i teletechnicy są, elektryk, instalator, akustyk, automatyk i inne takie raczej oczywiste branże – są. Tylko przyszło mi ostatnio do łba, że zapomnieliśmy o egzorcyście. Pozwolę sobie w tym miejscu wstawić 3 ostatnie strony z jednego z opracowań, które dostaliśmy. Ja byłam zdumiona :D

Co prawda znalazłam to cudo tylko w jednym egzemplarzu, ale uważam, że to wystarczy, by powołać specjalistę z kolejnej branży :D już widzę te pieczęcie z krzyżykiem na każdym projekciku, jaki oddamy do urzędu <3 życie jest piękne :) zwłaszcza, kiedy dzisiaj się już wstało i siedzi się w pracy i czeka się na kolejne cząstki projektu do składania, uzupełniając w tym czasie bloga, został jeden dzień do weekendu, a oprócz tego ma się świadomość, że jeszcze tylko tydzień i wtedy tydzień urlopu :D i wróci Chłop z Mazur! I prawdopodobnie wywiezie mnie na Mazury, ale jakoś to przeżyję :)

A przed urlopem czeka mnie jeszcze jedna atrakcja, z koleżanką K. i kolegą M. już zacieramy rączki i tuptamy nóżkami z niecierpliwości… taaaak… początek drugiego semestru z BHP. W sumie – i tak jestem z nas dumna, że nie rzuciliśmy tego w cholerę i chodzimy na te zajęcia (czasami), chociaż nikt nam nie każe. To ciekawe :D myślę, że to się nazywa dojrza… nie. Nie, nie, nie. Sorry. To nadal zwykłe niedojebanie mózgowe. Ale i tak Was kocham :*

Cóż… to chyba tyle na dziś :) miłego :)

Bidżys…

pl. bigosczyli przegląd garnka zwanego życiem

Za nami pełna przygód i niebezpieczeństw Sesja W Technikum, zakończona wynikiem pozytywnym bardzo (tzn. mimo wielu przeszkód udalo nam się przejść na drugi semestr). Myślę, że warto pokrótce opisać to, co się zdarzyło, aby móc do tego powrócić w niewątpliwie trudniejszych chwilach sesji czekającej nas po drugim semestrze.

Pierwszy egzamin, jaki nas spotkał, to egzamin z ustalania przyczyn i okoliczności wypadków. Prowadzący, pan K. powiedział, że kto chce trójkę, ma zostać w sali, a reszta za drzwi. Rozległ się łomot odrzucanych krzesełek i wyszarpywanych z toreb notatek i zanim zdążyliśmy wziąć głębszy wdech, w sali został Prowadzący i Nasza Trójka, tj. kolega M., koleżanka K. i ja. W oczach Prowadzącego zalęgła się bezbrzeżna boleść: „naprawdę?”. Wytłumaczyłam panu, że jak coś ktoś mi daje za darmo, to ja to, oczywiście, z radością przyjmuję.

- Ale przecież pani chodziła na zajęcia.
- No chodziłam, i nawet wiem, o czym pan mówił, ale mi jak dają, to ja biorę.

Prowadzący pomyślał chwilę i żal go chyba zdjął, bo powiedział:

- No dobra. To wpiszę wam piątki.

W wielkiej radości opuściliśmy salę, robiąc miejsce tym, którzy zdecydowali się jak ludzie przystąpić do egzaminu i odpowiadać :D ogólnie pan K. nas bardzo lubi i jesteśmy tego świadomi. My też go raczej lubimy. Po tym weekendzie już w ogóle.

Na następnej godzinie przyszło nam pisać test z przedmiotu Zagrożenia w środowisku pracy. Ale test ten udostępnili na mailu nasi koledzy z grupy, którym udalo się napisac go na poprzednim zjeździe. Prowadzącemu nie chciało się zmieniać pytań, więc nie uznaliśmy tego wyzwania za szczególnie karkołomne. Poszło nam dobrze. :D

Opisane wydarzenia miały miejsce w piątek, w sobotę zaś od rana działy się nowe atrakcje. Na ergonomii pan K., ten sam, który wpisał nam litościwie piątki z ustalania, ogłosił, że kto chce czwórkę, ma zostać, reszta za drzwi. Świadomi, że dzisiaj już piątek nie dostaniemy, ale że czwórka za darmo też jest super, wygodnie usadziliśmy tyłki na krzesełkach. Prowadzący wypisał oceny, wygnał nas za drzwi i znów byliśmy zadowoleni. Kolejnym egzaminem tego dnia był egzamin z Technicznego bezpieczeństwa pracy. Ponieważ dość dobrze orientowaliśmy się w pytaniach, które mogą się pojawić, poszło nam – jak można się spodziewać – bardzo dobrze. A na koniec pani z psychologii wpisała mi piątkę, chociaz miała przepisać mi z indeksu czwórkę z psychologii ze studiów. Zaorane :D

Faktem jest więc, że pierwszy semestr za nami, uprawienia BHP loading: 33%… Bardzo nam z tego powodu wszystko jedno :D dowiedziałam się bowiem rzeczy o wiele ciekawszej: wraz z kolegą M. (tym razem ten od D. i zabawy świecącą lampką dla dzieci) doliczyliśmy się, że wreszcie po siedmiu latach (latach, nie semestrach…) studiów w przyszłym roku przyjdzie czas na obronę inżynierską :D ogłosiłam, że pijemy, a kolega M. ubogacił moją myśl, twierdząc, że będziemy pić tyle, ile on studiował. Widzę w tym dwa ważne aspekty:

  • aspekt biblijny: siedem lat chudych i następujące po nich siedem lat tłustych oraz marskość wątroby;
  • aspekt transplantologiczny: nie ma ktoś może jakiegoś wolnego dawcy…? Albo chociaż luźnej wątroby na zapas…?

W piątek D. zabrał mnie nad morze, okazał miłosierdzie i pozwolił mi wymrozić wszystkie moje żale do świata. Na drewnianym obiekcie wysuniętym w wodę, który wg fachowców z Politechniki powinien być nazywany pirsem, a jest nazywany molem, whatever, znaleźliśmy wspaniałe znalezisko. Ławki dla ludzi, którzy nie lubią innych ludzi :D to wspaniałe :D

Urzekły mnie i z miejsca zdobyły moją wiekuistą miłość. Podobnie jak lisek napotkany na wydmach, którego na zdjęciu chyba słabo widać, a który się pożywiał (czymś, co kiedyś żyło) w odległości czterech kroków od nas, ledwie zwracając na nas uwagę.

Ogólnie należy też wspomnieć o tym, że zakończyliśmy generalny remont kuchni i niby wszyscy są bardzo zadowoleni, jak ludzie, którzy odzyskali wreszcie istotną przestrzeń do życia oraz kot, który wreszcie może zacząć się myć (bo oczywiście na czas remontu przestał)…

… ale radość z końca remontu nie jest zjawiskiem tak oczywistym, jak mogłoby się wydawać. Króliczek na przykład w ogóle nie jest uradowany końcem remontu, bo wolał siedzieć wśród kartonów w pokoju i świetnie się tam bawić. Nie jest zadowolony, co zresztą widać.

I znów przeskok, znów rzeczy inne, tzw. zabawności z zajęć BHP, wyprodukowane przez koleżankę K. i kolegę M. Koleżanka K. z wielkim żalem opowiadała mi, jak to zapatrzyła się na kolorowy papier, na to, że kartki mogą być takie fluorescencyjne albo opalizujące, i za moich czasów takich nie było, był tylko taki parchaty papier kolorowy, jak pofarbowany toaletowy… Skisłam tam :D a druga rzecz, która mnie rozmiotła – wychodzimy ze szkoły, mówię grzecznie „do widzenia” i stwierdzam, że nawet staram się być miła. Koleżanka K. orzekła, że jest zaskoczona, a kolega M. na to: bo wiesz, to jest jak u normalnych ludzi ze złością: kumuluje się, kumuluje i w końcu wybucha, a ona ma tam z byciem miłą… Cudowne :D i chyba prawdziwe.

Niepokojące rzeczy znalezione w projekcie wrzucę następnym razem, bo wymagają odrębnego opracowania… więc został mi na koniec już tylko nieśmiertelny Arthur :D

Miłego!  :)

Dżizys…

… czyli sen D.

© ALL RIGHTS RESERVED

[krótkie wprowadzenie: na treść snu wpływ miał ostatnio oglądany przez nas serial - "Pod kopułą" - oraz fakt, że za ścianą D. jakiś przygłuchy dziadek ogląda co niedziela mszę, ustawiając głośność na poziomie "ile się da" - przyp. red.]

miałem sen
jak to mieszkałem w jakimś takim małym, dziwnym miasteczku
ogólnie fajne, fajni ludzie itp.
ja z jakiegoś powodu wyjechałem
a pozostałym mieszkańcom ktoś w tym czasie wyprał mózgi
okopali się i strzelali do każdego, kto się zbliżył
i teraz był przeskok, więc nie wiem, jak to zrobiłem, ale z pomocą (moja wada) Dużego Jima (tego serialowego) jakoś ich otrzeźwiliśmy
no i postanowiłem urządzić przyjęcie z okazji zwycięstwa 
chciałem przenieść ciasto
jakieś z polewą karmelową, tudzież krówką
ale jakiś geniusz położył je na czymś w rodzaju cienkiej tektury
nieważne jak to łapałem, ta tektura łamała mi się w połowie pod ciężarem ciasta
(i teraz wchodzi msza zza ściany)
obok przechodził Jezus (z obrazu „Jezu, ufam Tobie”)
więc poprosiłem go o pomoc
we dwóch przenieśliśmy ciasto
chwilę pogadaliśmy
poszedłem
i wtedy się obudziłem

(…) nawet w trakcie snu chyba parsknąłem śmiechem na widok Jezusa w tej białej szacie
wysoki był, skubany

____________________________________________________

umarłam. xD i wciąż mam przed oczami wizję, jak D. niesie z Jezusem to ciasto, gadają, na koniec zbijają piątkę i rozchodzą się każdy w swoją stronę :D mistrzowskie! Od razu lepszy poranek :)

miłego!  :)

Dostosowanie

Ogólnie rzecz ujmując, pojęcie dostosowania (się) do kogoś/czegoś jest raczej zrozumiałe i łatwo wychwycić sens, jaki temu pojęciu został tradycyjnie nadany. Nie zawsze jednak da się to tak ładnie ogarnąć. Bywają bowiem sytuacje, że wszyscy zainteresowani są mocno zdziwieni potrzebą dostosowania.

Oto przykład: budynek Ochotniczej Straży Pożarnej. Specyfika obiektu jest taka, że – jak wszyscy zapewne się domyślają – budynek jest otwarty tylko w momencie ogłoszenia alarmu i tylko dla strażaków ochotników. Niemniej jednak z okazji planowanej rozbudowy urząd nakazał dostosować budynek do potrzeb osób niepełnosprawnych.

Nie jesteśmy jakimiś przeciwnikami osób o ograniczonej sprawności ruchowej, Pan Komendant Straży też zapewne nie jest, ale pojawiła się wizja, jak to ogłasza się alarm, a z okolicznych domów wyjeżdżają ludzie na wózkach, słychać szczęk rozkładanych kul i balkoników, i wszyscy ci ludzie pędzą do budynku OSP. A ta grupa, która pełniła dyżur, zjeżdża po rurze z piętra na parter, gdzie tzw. wózkowy podstawia im kolejno wózeczki inwalidzkie, sadowiąc na nich jednego strażaka po drugim.

Na pytanie czy widzisz konieczność dostosowania budynku OSP do potrzeb osób niepełnosprawnych padały zazwyczaj odpowiedzi dwojakiego rodzaju:

  • ale po co?
  • yyy… a strażacy to nie powinni być raczej sprawni ludzie…?

Ale urzędasy wiedzą lepiej.

Chociaż czasami mam wrażenie, że nie do końca. Przyłącze wodociągowe, trasa od budynku do wejścia w wodociąg pod drogą wojewódzką. Administracyjnie przyłącze leci więc działką należącą do miasta, pod chodnikiem należącym do miasta i wchodzi w drogę wojewódzką. Nie da się jednak zrobić tak, żeby sprawę poprowadził jeden urząd, nieee… należy zrobić osobne opracowanie na ten kawałek przewodu, który jest w ziemi miejskiej i osobny na te śmieszne parę metrów, które leży w ziemi wojewódzkiej. No po prostu nie wierzę czasami w poziom zidiocenia naszych rodzimych organów administracyjnych i naszych przepisów. Ale się dostosowaliśmy :D

Karuzela śmiechu się kręci, jedziemy dalej – akcja „Chcesz siku? Schudnij!”, nazwa nadana przez koleżankę K. Chodzi o to, że kiedy projektujesz toaletę w miejscu na poddaszu, gdzie naprawdę nie ma przestrzeni na tę łazienkę, i jedziesz po najbardziej harcore’owych możliwych wymiarach, to robi się taka sytuacja, że jak do kibla przyjdzie nieco grubsza osoba, to nie ma bata, żeby usiadła na kibelku. Po prostu NIE. Zostanie jej wyprawa do bardziej przestronnych sanitariatów dwa piętra niżej. Pozdrawiam. :D nikt się do tego nie dostosuje, zapewniam. :D

Miłego :)

Zatrucie metalami

Znalazłam dzisiaj za pralką nieco pogniecioną wagę łazienkową. Osobowa normalna waga. Postanowiłam, że wejdę.

Rozumiem, że nie jestem jakąś anorektyczką, ale 84 kg mnie rozśmieszyły xD

Podejrzewam zatrucie metalami (bardzo) ciężkimi. :D

Modlitwa przed sprawdzianikiem

Mrs. Brick ma jutro sprawdzianik z nierówności kwadratowych. Modlimy się.

 

Delto nasza, któraś jest w zeszycie,
święć się trójkątność Twoja,
przyjdź dodatniość Twoja,
bądź pierwiastek Twój jako w zeszycie tak i na sprawdzianie.
Pierwiastka naszego powszedniego daj nam dzisiaj
i odpuść nam swoją ujemność, jako i my odpuszczamy
naszym matematykom,
i  nie wódź nas na minusowość,
ale nas zbaw od lacza.

Amen.