Problem świąteczny nr 2985

W ramach dotychczasowego przebiegu mojego żywota miałam okazję zdefiniować jakieś 2984 różnych problemów, na które napotyka się w okresie przedświątecznym, świątecznym i poświątecznym. Są to kolejki w sklepach czy przewożenie autobusami żywych karpii, żywych dzieci, martwych indyków i nieznanego stanu mandarynek. Są to również paniczne przygotowania do kolacji wigilijnej, zaproszeni goście (pod tym pojęciem rozumiemy zarówno ich zapraszanie, jak  i ich przybycie) bądź bycie zaproszonym gościem, a także obrus świąteczny poplamiony tak, że mógłby występować w reklamie wszystkich istniejących na świecie środków do prania i i tak by mu to nie pomogło już. Wszyscy potrafią wymienić tę długaśną listę czynników niebezpiecznych, szkodliwych i uciążliwych, które pojawiają się co roku przy okazji Gwiazdki. Ale w tym roku spotkałam się z problemem, z którym osobiście nie spotkałam się nigdy wcześniej.

Zwierzęta w moim domu rodzinnym zazwyczaj pracowicie zajmowały się ignorowaniem świątecznego wystroju mieszkania. Wyjątkiem jest zwyczajowo jedynie pies, który w słoneczne dni ściga zawsze po podłodze odblaski od dyskotekowych bombek mojej mamy. Dyskotekowa bombka to taka bombka ze szkiełek, jakby oklejona lusterkami (taka, jak ta na środku):

Inne zwierzęta zagrażające świętom, czyli – a jakże! – koty, zazwyczaj miały w nosie wszelkie ozdóbki i świecidełka; co najwyżej wyjadały czekoladę z cukierków wiszących na choince. Nie było przewracania drzewka, zrywania łańcuchów, gryzienia lampek i innych takich typowo kocich sprawek. Moja Babeczka wiodła zawsze prym w niezwracaniu uwagi na cokolwiek – nie zwraca uwagi nawet na fajerwerki w Sylwestra.

Ale to już było. W tym roku czuję, że napotkam nowy problem i będzie to właśnie kwestia kocia. Wczoraj znalazłam pierwsze świąteczne ozdóbki w mieszkaniu i postanowiłam, że skoro już je znalazłam, to je próbnie porozwieszam. Dwa sznury lampek, moje unikatowe bombki, otrzymane w różnych okolicznościach, parę typowo świątecznych drobiazgów. Zupełny wstępniak do świąt. Z pomocą D. poukładałam sobie to wszystko w miejscach, które uznałam za odpowiednie. 

Wyszło nawet spoko, zostało dość miejsca na girlandę z choinki i 30 kg bombek wyżebranych od rodzicielki.

Że Babeczka bawiła się tym wszystkim, gdy rozkładałam to na podłodze – ok. Wstążki, sznurki, genialna atrakcja wieczorna z punktu widzenia futrzaka. Gorsze jednak jest to, że bawiła się tym wszystkim również wtedy, kiedy już się tym bawić nie miała… Zabawa pierwsza – siedzenie na parapecie i obgryzywanie czerwonej filcowej śnieżynki (a żeby obgryzywać, to najpierw trzeba było ją sobie złapać i przyciągnąć). Zabawa druga – kable od lampek. Również gryzienie. I to już mi się nie spodobało, bo po pierwsze – zabawa trwała późno wieczorem, kiedy ja oczekuję ciszy, a po drugie – to moje ulubione lampki. Musiałam gada przegonić po całym mieszkaniu, żeby się uspokoiła. Po wszystkim padła na swój fotelik i planowała kolejne zbrodnie na ozdóbkach. Jestem tego pewna.

Dobrze, że nie planujemy stawiać w pokoju choinki jako takiej, bo coś czuję, że musiałabym przywieźć sobie od mego ojca rodzonego rolkę stretchu i zabezpieczyć WSZYSTKO. 

Zobaczę, jak się to moje kocisko będzie dalej zachowywać, mam nadzieję, że nie zrujnuje mi całego wystroju :D rozrywkowa się zrobiła od czasu wyprowadzki, nowe mieszkanie najbardziej chyba podoba się właśnie jej, dlatego obawiam się, że po raz pierwszy w życiu będę przez całe święta walczyć z dzikim kotem. Ale to chyba rzecz, której każdy kociarz musi doświadczyć, więc nie protestuję. Dopóki będę w stanie jakoś chociaż trochę nad tym zapanować – niech się dziecko bawi. Niech też ma coś ze świąt :D

Tymczasem czeka mnie trochę zawodowych wyzwań, następnie trochę wyzwań edukacyjnych i pewnie takich zwyczajnych, życiowych. Powoli widzę prostą, ostatnio było trochę za dużo „rozrywek”, niby czasu na odpoczynek miałam dosyć, ale nie odpoczęłam, bo głowa cały czas była zajęta czym innym. Dlatego wolę już ten problem nr 2985 – to przynajmniej jest coś normalnego, codziennego. I w gruncie rzeczy widok kota latającego po mieszkaniu ze sznurkiem od bombki nawet mnie bawi. :D

23 dni do Wigilii. Szykuje się kolacja w dobrym składzie. Nic, tylko oczekiwać :D i wszystkim życzę wesołego oczekiwania :D

Matematyka sierści i Halina z Henrykiem

Ostatnio bardziej niż zwykle zajmuję się hodowlą kotów, nazywaniem kwiatów pojawiających się w naszym mieszkaniu i nieuczeniem się do egzaminu (koleżanko K., to już tylko 48 i 51 dni :( ). Zgodnie z kolejnością pojawiania się zaczniemy od Henryka.

„Dlaczego Henryk?”, pytali wszyscy. Otóż dlatego, że miał być Haliną, ale później tak na niego spojrzałam i stwierdziłam, że zbyt męsko jak na Halinę wygląda. Pierwszym imieniem męskim na „H”, które przyszło mi do głowy, był Henryk. 

Dla tych, którzy nie posiadają jeszcze simsowej Brązowej Odznaki Ogrodnictwa – Henryk jest różą chińską, czyli hibiskusem, czyli ketmią. Pochodzenie Henryka jest raczej prymitywne i mało zajmujące: urwałam trzy gałązki z ok. 30-letniego krzaka należącego do mamy i postanowiłam je ukorzenić. Należy tu wspomnieć, że kwiat-matka to zawodnik pierwszego sortu, bo przetrwał spalenie słońcem na balkonie pewnego lata i liczne przelania ziemi w doniczce. Przetrwał też niegdysiejszy wielkanocny nerw mojej mamy, która obcięła mu wszystkie liście i zostawiła tylko suche badyle, na których wieszała wielkanocne ozdóbki. Kwiat-matka jednak bardzo szybko wypuścił nowe liście i cały czas daje do zrozumienia, że jemu to w ogóle nie przeszkadza, rośnie mu się świetnie, pozdro&potańcz. Mam nadzieję, że Henryk odziedziczy zdrowie i odporność po organizmie macierzystym. Na razie wszystko na to wskazuje. Każdy, kto zobaczył te urwane gałązki w szklance z wodą na mojej półce, był uprzejmy mi obwieścić, że może się ukorzeni, ale najpierw wszystkie liście zgubi. Nie zgubił. Wśród pouczających mnie amatorów-botaników nastąpiła zmiana frontu i dowiedziałam się, że jak przesadzisz, to zgubi wszystkie liście. Przesadziłam. Nie zgubił. Nie jestem w sumie pewna, czy Henryk w ogóle zauważył, że mieszka już w doniczce, a nie w szklance, bo jest tak zajęty rośnięciem i wypuszczaniem nowych liści, że chyba go to ominęło.

Żeby przesadzić Henryka do doniczki, kupiliśmy z D. doniczkę i mały worek ziemi, z którego wykorzystaliśmy połowę. Mam trochę rolniczą duszę i nie lubię, jak ziemia leży odłogiem (nawet jeśli to ziemia w worku z Bricomarche za 2,49 zł) i postanowiłam sobie zorganizować kolejnego chabazia. W tym celu udałam się do swego domu rodzinnego, ukradłam starą doniczkę i wymusiłam na rodzicielce podzielenie się ze mną anturium.

Tym razem kwiatek definitywnie został nazwany Haliną. Halina to anturium Andreego, zwane po polsku kitnią. Jeszcze bardziej po polsku zwane jest m.in. jęzorem teściowej. To sprawiło, że imię Halina zostało mu przypisane niemal na biegu, bo uważam, że Halina to idealne imię dla teściowej (chociaż moja teściowa się tak nie nazywa).

Ponieważ Henryk posiada swój identyfikator na doniczce, zdecydowałam, że Halina też powinna takowy mieć. Henryk ma nową doniczkę i minimalistyczną plakietkę, dlatego w ramach zachowania równowagi dla Haliny w starej doniczce zrobiłam identyfikator nieco bogatszy. A niech ma. Zresztą – kobiety przywiązują większą niż mężczyźni wagę do ozdóbek i myślę, że Halina będzie usatysfakcjonowana.

Poza mną, D., Henrykiem i Haliną w mieszkaniu żyje jeszcze jedno stworzenie, przypomnijmy. Babeczka nie bierze udziału w przesadzaniu roślin, w robieniu plakietek, tak w zasadzie to Babeczka nie bierze udziału w niczym oprócz żebrania o kocie chrupki, BO ŚPI.

Ulubione miejsce Babeczki: fotel-worek pod kaloryferem. Nakrywamy go kocem, bo inaczej składałby się głównie z sierści. W tyłek grzeją styropianowe kulki z fotela, w plecki grzeje kaloryfer, kot przeszczęśliwy. W zależności od używanego akurat koca można Babeczkę wykorzystywać do tworzenia zadań z matematyki, czego dowiodłyśmy ostatnio.

Konkurs wygrała koleżanka z pracy mojej mamy, która słusznie oceniła, że niezależnie od zaprezentowanych danych zasierściona zostanie całkowita powierzchnia koca. Jest to rozwiązanie prawidłowe, wielokrotnie potwierdzone doświadczalnie.

Tym optymistycznym akcentem kończę opowieść o Henryku, Halinie i dziale matematyki zwanym matematyką sierści. Wspomnę tylko, że babcia obiecała mi sadzonkę fikusa (figowca). Fikus powinien tradycyjnie nazywać się Beniamin (chociaż ten babciny to nie figowiec benjamina, tylko figowiec sprężysty), ale czy w ramach wyjątku mógłby się u mnie nazywać Hipolit…?

Miłego!  :D

Dlaczego moi sąsiedzi mają dzieci?

Celem wyjaśnienia tej kwestii posłużę się pewną opowieścią.

Małżeństwo świeżo po ślubie, przygotowują sobie pierwszy wspólny obiad w ich nowym życiu. Dziewczyna postanawia, że zrobi pieczeń, dobrą, tradycyjną pieczeń, taką jak robiło się w jej domu, jak robiła jej mama i babcia. Chłopak – zaciekawiony – siedzi w kuchni i obserwuje poczynania młodej małżonki. Ona zaś odcina kawałek mięsa i wyrzuca go, i jakby nigdy nic przygotowuje spokojnie obiad dalej.

- Dlaczego wyrzuciłaś ten kawałek? Coś było z nim nie tak? Wyglądał na dobry…
- Nie, no, dobry był, ale wiesz, moja mama zawsze tak robiła… W sumie nie wiem, czemu.

Obiad wyszedł fantastyczny, ale sprawa z odciętym kawałkiem mięsa nie dała im spokoju. Spakowali graty i pojechali do rodziców dziewczyny.

- Mamuś, bo jak robisz pieczeń, to zawsze odcinasz kawałek mięsa i wyrzucasz, nie?
- Nooo, taaak…
- Dlaczego tak się robi?
- Hm, w zasadzie to nie wiem, no, od babci się tego nauczyłam, ona zawsze tak robiła…

Towarzystwo wymieniło porozumiewawcze spojrzenia, jazda do samochodu i w te pędy do seniorki rodu.

- Babciu, kiedy robisz pieczeń, to zawsze kawałek mięsa odcinasz i wyrzucasz, nie?
- No tak.
- Dlaczego odcinasz?
- A bo zobacz, kochanie – ja mam garnek taki ooo, za mały…

Właśnie dlatego – najprawdopodobniej – moi sąsiedzi mają dzieci. Dlatego, że ich matki, babki i prababki i tysiące pokoleń wstecz też je miały. Bo ja rozumiem, że dzieci mogą wyprowadzić z równowagi i nawet Matka Nieskończonej Cierpliwości wydrze kiedyś ryja w desperackim „USPOKÓJCIE SIĘ I DO POKOJU!”. Ale jak ktoś wydziera się na dzieci przez cały dzień („Uspokój się, do ku*wy nędzy!”, „Zobacz, co zrobiłaś, idiotko!”, „Czy ty jesteś poje*ana?!”), a na ulicy (i przed mężem – niewiele mądrzejszym – też) udaje przykładną mamusię, uśmiechniętą i wzorową, to chyba coś jest mocno nie tak… Warto w tym miejscu wspomnieć, że dzieci wyglądają na przeciętne okazy 2-letnie i roczne. Dreptać drepczą, ale mówić dopiero się uczą; przykład odbierają zaiste wspaniały.

Tym razem wyjątkowo nie jest to manifest skierowany bezpośrednio przeciwko dzieciom, których nie lubię i nie polubię nigdy, ale przeciwko ludziom, którzy dzieci mieć nie powinni. To ta grupa, która jednakowo odpowiada na dwa pytania: Dlaczego masz dzieci? oraz Dlaczego chodzisz do kościoła? W obu przypadkach odpowiadają „nie wiem”, a potem w ich nieprzesadnie przepełnionych czymkolwiek zwojach pojawia się mgnienie myśli, że przecież i mama chodziła, i dziadek chodził…

Z tego miejsca pragnę życzyć wszystkim świadomości, samoświadomości i odwagi do pisania własnej powieści, a nie przepisywania błędów po przeszłych pokoleniach. Nikt nie powiedział, że jak ktoś młodszy, to nie umie napisać sobie lepiej sam.

Tyle z mojego rozgoryczenia. Miłego :)

P.S.: niedługo Gwiazdka. będzie barszczyk <3

Najgorzej, jak się zagubisz na 3 miesiące

Wciągnęło mnie chyba tzw. życie, bo czas mija mi ostatnio nie wiadomo, kiedy, a tak naprawdę zdziałałam niewiele takich jakichś konkretnych rzeczy, o których mogłabym napisać. Owszem, mam rozgrzebanych wiele planów, projektów, ale robić z tego zjawiska punktowe – to jeszcze potrwa, na razie liniowość to najlepsze, co udaje mi się osiągnąć (acz nieczęsto), a stan najczęstszy to tzw. Chmura Bzdur, czyli wielkoobszarowe nagromadzenie rzeczy, które próbuję ogarnąć. 

Ktoś ukradł mi nie tylko ostatnie 3 miesiące, ale w ogóle pół roku. Dobra, rok. Ok, sześć lat. Gosiaczek na pewno mnie rozumie. Proszę oddać mój czas!

Stałam się mistrzynią czystki, czyli usuwania z życia wszystkiego, co jest nieprzydatne. Dzięki temu osiągam wyższy poziom oświecenia duchowego i głębokiego spokoju. Jako radzi Dalej Lama:

Osiągam naprawdę dobre rezultaty. I zdrowsza jestem, chociaż zarzuca mi się nadzwyczajny cynizm i inne wady. Nie mogę się zgodzić.

Zgodnie z zaleceniami Mrs. Brick do myślenia używam muzyki SDM. Faktycznie – działa. 

Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko
- Jaka epoka,
Jaki wiek, jaki rok,
Jaki miesiąc,
Jaki dzień
I jaka godzina kończy się,
A jaka zaczyna…

I można wierzyć lub nie, ale nie wiem, kiedy czas mi ucieka. Strasznie szybko mi zlatują tygodnie, wypijam pierwszą kawę w pracy w poniedziałek, a chwilę po niej wypijam ostatnią w piątek. Między nimi, oczywiście, są dziesiątki innych kaw, ale trudno mi się zorientować, kiedy tak fizycznie je wypijam. 

Odkąd wróciłam do domu dzisiaj, przeminęły już chyba ze trzy.

Tak więęęęc… jakoś to wszystko (szybciutko) leci. Tak sobie to odnotowałam, żeby wiedzieć, że można zgubić trzy miesiące. Pół roku. Rok… i nawet sześć lat.

Rozważania toaletowe

Mrs. Brick: najgorzej, jak ktoś napsika w kiblu tym cytrusowym gównem (odświeżacz powietrza – przyp. red.). Wtedy wiesz, że grubo się działo…

ja: nie… najgorzej, jak deska jest ciepła. Wtedy wiesz, że ktoś musiał siedzieć na niej na tyle długo, że zdążył ją nagrzać.

cóż… miłego  :)

Bawi się dziecko!

Koleżanka K. jest ze mnie dumna, ja z siebie trochę również, Babeczka rozbawiona jest resztkami po ostrzeniu kredków, planuję na następne zajęcia z BHP zrobić wydruk na formacie A0 i przynieść 30 kompletów kredek, byśmy mogli rozładować stres w przyjemny, kolorowy sposób… O co chodzi? Bawi się dziecko. Znów terapia kolorami :) a wszystko przez szefową, która wynajduje radośnie takie rzeczy :D

Mam kilka zdjęć z postępami. Myślę, że ten wzór dzisiaj sobie skończę. Tylko mam za twarde kredki, wolałabym bardziej miękkie, ale znów nie tak miękkie jak Bambino. Ja wiem, tysiąc wymagań. Jak to dzieci. :)

Cóż… terapia kolorami w moim przypadku zawsze była skuteczna. Człowiek zamiast po pracy robić coś pożytecznego siada i koloru… wait. Przecież ja wczoraj zrobiłam masę pożytecznych rzeczy :D byłam w pracy, opanowałam te sterty bezużytecznych papie… ekhm… ważnych rysunków do projektu… porozdzielałam je tak, jak chciały być porodzielane, w tzw. międzyczasie zdążyłam przeliczyć kilka zadanek z matmy i przerobić je później z moim Matematycznym Stworzeniem, a jak już skończyłam, to nawet udało mi się wylecieć na kawę z Ojcem Najłaskawszym i chwała mu za to. Wróciłam do domu i zdążyłam jeszcze pokolorować trochę, obejrzeć 2 odcineczki „Szpitala”, jeden odcineczek „Z archiwum X” oraz zastanowić się, dlaczego z Mrs. Brick nie obejrzałyśmy jeszcze najnowszego odcineczka „Chłopaków do wzięcia”. Wypiłam też kawę wbrew przestrogom Mrs. Brick. Ten wpis też tworzę nad kawą. Hm… tak chyba wygląda niepoprawność… Nic to, kolory mnie uleczą xD

Jeśli chodzi o sterty bezużytecznych papie… ekhm… ważnych rysunków do projektu… – myślę, że warto w tym miejscu zobrazować ogrom naszej tragedii. Niejednej tragedii. Tragedia pierwsza – ilość egzemplarzy i ich przewidywana objętość.

Widzimy tzw. przednią gromadkę i tylną gromadkę. Jeśli weźmiemy egzemplarz z przedniej gromadki, egzemplarz z tylnej gromadki i jeszcze jeden egzemplarz, który dopiero powstanie, o grubości gdzieś tak pomiędzy tymi dwoma, to otrzymamy jedną w miarę kompletną sztukę projektu. Będziemy to chyba skręcać na borgi (albo spawać. albo wiązać grubym drutem.), bo nie jesteśmy pewni, czy urzędy chciałyby to dostać luzem w walizce, a to byłaby najbardziej logiczna opcja. Przypomnijmy, będzie to jedna sztuka. A my w sumie potrzebujemy 10 :D jest fun, jest zabawa, a karuzela śmiechu kręci się bez końca.

Tragedia druga – wydaje mi się, że zapomnieliśmy o jednej branży. Geotechnika, geologia – są, konstruktorzy są, kino- i teletechnicy są, elektryk, instalator, akustyk, automatyk i inne takie raczej oczywiste branże – są. Tylko przyszło mi ostatnio do łba, że zapomnieliśmy o egzorcyście. Pozwolę sobie w tym miejscu wstawić 3 ostatnie strony z jednego z opracowań, które dostaliśmy. Ja byłam zdumiona :D

Co prawda znalazłam to cudo tylko w jednym egzemplarzu, ale uważam, że to wystarczy, by powołać specjalistę z kolejnej branży :D już widzę te pieczęcie z krzyżykiem na każdym projekciku, jaki oddamy do urzędu <3 życie jest piękne :) zwłaszcza, kiedy dzisiaj się już wstało i siedzi się w pracy i czeka się na kolejne cząstki projektu do składania, uzupełniając w tym czasie bloga, został jeden dzień do weekendu, a oprócz tego ma się świadomość, że jeszcze tylko tydzień i wtedy tydzień urlopu :D i wróci Chłop z Mazur! I prawdopodobnie wywiezie mnie na Mazury, ale jakoś to przeżyję :)

A przed urlopem czeka mnie jeszcze jedna atrakcja, z koleżanką K. i kolegą M. już zacieramy rączki i tuptamy nóżkami z niecierpliwości… taaaak… początek drugiego semestru z BHP. W sumie – i tak jestem z nas dumna, że nie rzuciliśmy tego w cholerę i chodzimy na te zajęcia (czasami), chociaż nikt nam nie każe. To ciekawe :D myślę, że to się nazywa dojrza… nie. Nie, nie, nie. Sorry. To nadal zwykłe niedojebanie mózgowe. Ale i tak Was kocham :*

Cóż… to chyba tyle na dziś :) miłego :)

Bidżys…

pl. bigosczyli przegląd garnka zwanego życiem

Za nami pełna przygód i niebezpieczeństw Sesja W Technikum, zakończona wynikiem pozytywnym bardzo (tzn. mimo wielu przeszkód udalo nam się przejść na drugi semestr). Myślę, że warto pokrótce opisać to, co się zdarzyło, aby móc do tego powrócić w niewątpliwie trudniejszych chwilach sesji czekającej nas po drugim semestrze.

Pierwszy egzamin, jaki nas spotkał, to egzamin z ustalania przyczyn i okoliczności wypadków. Prowadzący, pan K. powiedział, że kto chce trójkę, ma zostać w sali, a reszta za drzwi. Rozległ się łomot odrzucanych krzesełek i wyszarpywanych z toreb notatek i zanim zdążyliśmy wziąć głębszy wdech, w sali został Prowadzący i Nasza Trójka, tj. kolega M., koleżanka K. i ja. W oczach Prowadzącego zalęgła się bezbrzeżna boleść: „naprawdę?”. Wytłumaczyłam panu, że jak coś ktoś mi daje za darmo, to ja to, oczywiście, z radością przyjmuję.

- Ale przecież pani chodziła na zajęcia.
- No chodziłam, i nawet wiem, o czym pan mówił, ale mi jak dają, to ja biorę.

Prowadzący pomyślał chwilę i żal go chyba zdjął, bo powiedział:

- No dobra. To wpiszę wam piątki.

W wielkiej radości opuściliśmy salę, robiąc miejsce tym, którzy zdecydowali się jak ludzie przystąpić do egzaminu i odpowiadać :D ogólnie pan K. nas bardzo lubi i jesteśmy tego świadomi. My też go raczej lubimy. Po tym weekendzie już w ogóle.

Na następnej godzinie przyszło nam pisać test z przedmiotu Zagrożenia w środowisku pracy. Ale test ten udostępnili na mailu nasi koledzy z grupy, którym udalo się napisac go na poprzednim zjeździe. Prowadzącemu nie chciało się zmieniać pytań, więc nie uznaliśmy tego wyzwania za szczególnie karkołomne. Poszło nam dobrze. :D

Opisane wydarzenia miały miejsce w piątek, w sobotę zaś od rana działy się nowe atrakcje. Na ergonomii pan K., ten sam, który wpisał nam litościwie piątki z ustalania, ogłosił, że kto chce czwórkę, ma zostać, reszta za drzwi. Świadomi, że dzisiaj już piątek nie dostaniemy, ale że czwórka za darmo też jest super, wygodnie usadziliśmy tyłki na krzesełkach. Prowadzący wypisał oceny, wygnał nas za drzwi i znów byliśmy zadowoleni. Kolejnym egzaminem tego dnia był egzamin z Technicznego bezpieczeństwa pracy. Ponieważ dość dobrze orientowaliśmy się w pytaniach, które mogą się pojawić, poszło nam – jak można się spodziewać – bardzo dobrze. A na koniec pani z psychologii wpisała mi piątkę, chociaz miała przepisać mi z indeksu czwórkę z psychologii ze studiów. Zaorane :D

Faktem jest więc, że pierwszy semestr za nami, uprawienia BHP loading: 33%… Bardzo nam z tego powodu wszystko jedno :D dowiedziałam się bowiem rzeczy o wiele ciekawszej: wraz z kolegą M. (tym razem ten od D. i zabawy świecącą lampką dla dzieci) doliczyliśmy się, że wreszcie po siedmiu latach (latach, nie semestrach…) studiów w przyszłym roku przyjdzie czas na obronę inżynierską :D ogłosiłam, że pijemy, a kolega M. ubogacił moją myśl, twierdząc, że będziemy pić tyle, ile on studiował. Widzę w tym dwa ważne aspekty:

  • aspekt biblijny: siedem lat chudych i następujące po nich siedem lat tłustych oraz marskość wątroby;
  • aspekt transplantologiczny: nie ma ktoś może jakiegoś wolnego dawcy…? Albo chociaż luźnej wątroby na zapas…?

W piątek D. zabrał mnie nad morze, okazał miłosierdzie i pozwolił mi wymrozić wszystkie moje żale do świata. Na drewnianym obiekcie wysuniętym w wodę, który wg fachowców z Politechniki powinien być nazywany pirsem, a jest nazywany molem, whatever, znaleźliśmy wspaniałe znalezisko. Ławki dla ludzi, którzy nie lubią innych ludzi :D to wspaniałe :D

Urzekły mnie i z miejsca zdobyły moją wiekuistą miłość. Podobnie jak lisek napotkany na wydmach, którego na zdjęciu chyba słabo widać, a który się pożywiał (czymś, co kiedyś żyło) w odległości czterech kroków od nas, ledwie zwracając na nas uwagę.

Ogólnie należy też wspomnieć o tym, że zakończyliśmy generalny remont kuchni i niby wszyscy są bardzo zadowoleni, jak ludzie, którzy odzyskali wreszcie istotną przestrzeń do życia oraz kot, który wreszcie może zacząć się myć (bo oczywiście na czas remontu przestał)…

… ale radość z końca remontu nie jest zjawiskiem tak oczywistym, jak mogłoby się wydawać. Króliczek na przykład w ogóle nie jest uradowany końcem remontu, bo wolał siedzieć wśród kartonów w pokoju i świetnie się tam bawić. Nie jest zadowolony, co zresztą widać.

I znów przeskok, znów rzeczy inne, tzw. zabawności z zajęć BHP, wyprodukowane przez koleżankę K. i kolegę M. Koleżanka K. z wielkim żalem opowiadała mi, jak to zapatrzyła się na kolorowy papier, na to, że kartki mogą być takie fluorescencyjne albo opalizujące, i za moich czasów takich nie było, był tylko taki parchaty papier kolorowy, jak pofarbowany toaletowy… Skisłam tam :D a druga rzecz, która mnie rozmiotła – wychodzimy ze szkoły, mówię grzecznie „do widzenia” i stwierdzam, że nawet staram się być miła. Koleżanka K. orzekła, że jest zaskoczona, a kolega M. na to: bo wiesz, to jest jak u normalnych ludzi ze złością: kumuluje się, kumuluje i w końcu wybucha, a ona ma tam z byciem miłą… Cudowne :D i chyba prawdziwe.

Niepokojące rzeczy znalezione w projekcie wrzucę następnym razem, bo wymagają odrębnego opracowania… więc został mi na koniec już tylko nieśmiertelny Arthur :D

Miłego!  :)